09.11.2023, 08:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2023, 13:09 przez Alexander Mulciber.)
Loretta nie była żadną pierdoloną rusałką; mogła być nią na obrazach malowanych przez swoich licznych wielbicieli z grona artystycznej cyganerii (pluł na to określenie, bo sam miał w żyłach cygańską krew, nie jak ci podrabiańcy; pluł na tych wszystkich pseudointelektualistów, którzy uważali, że przez sztukę mogli poznać smak prawdziwej wolności – bo dla Mulcibera wolność była zawsze bardzo prosta – wolność to po prostu wolność, myślał); mogła być powabną nimfą, muzą inspirującą stylizowane poematy, opływające purpurową prozą prawie jak posty jego autorki wiersze, i rzeźby, chyba najgorsze z tego wszystkiego, bo Axel kurwa nienawidził, kiedy twarz Loretty patrzyła na niego, doczepiona do ciała jakiejś fantazyjnej sukkubicy z nieforemnymi cycami, i raz nawet wyraził swoje niezadowolenie z tego powodu, przewracając takie dzieło podczas jednej z organizowanych przez jego kobietę wystaw.
Loretta Lestrange była co najwyżej cholernym dementorem, który błąkał się po świecie – głodny pocałunków, wysysający esencję życiową z każdego, kto wybijał się ponad przeciętność, byle tylko się pożywić, byle dotrwać do następnego dnia, nieważne, jak wielką – a on był zimnym murem Azkabanu, który próbował utrzymać ją w ryzach. Ale od razu zamykać ją w złotej klatce? Nigdy; pozwolił jej bujać wokół ruin swojego serca na podobieństwo dzikiego bluszczu, zazdrośnie oplatać jego ramię, kiedy obok pojawiały się inne kobiety; on nie czuł wstydu, kiedy wracał do niej kolejny raz, kierowany tą samą potrzebą, co narkus odwiedzający ulubionego dilera.
– Leżałabyś ze mną w tym rowie – stwierdził ze zwyczajową sobie prostotą. Nigdy nie nazwałby siebie małomównym, a jednak w jego słowach tkwiła pewna dosadność, by nie powiedzieć – ostateczność. Loretta Lestrange była po prostu kobietą, która paradowała po domu półnago, w jego koszuli, zaledwie, zarzuconej na wierzch, i był zmęczony udawaniem, że on nie jest psychopatycznym manipulantem, który chciał ją posiąść w każdym tego słowa znaczeniu, a ona – historionicznym narcyzem (delikatnym kwiatuszkiem, który uschnie, jeżeli nie dostanie odpowiednio dużo uwagi, wiadomo).
Tylko dlaczego – skoro oboje mieli swój mały, chory układ, który działał przecież tak dobrze – zawsze musiało istnieć jakieś ale?
Jego ręce przesunęły się na urwisko jej talii, kiedy szeptała już w jego objęciach, jakie to ma piękne oczy, i musiał się natychmiast zgodzić: była piękna, w słodki i drapieżny sposób zarazem, i tylko kiedy patrzył jej w oczy, myślał, że mógłby zrozumieć, co czują mugole postawieni przed faktem, że magia istnieje. Absolutne zauroczenie. Lekką obawę, że ona wie o nim coś, co wolałby, by pozostało tajemnicą – co dokładnie, nie potrafił stwierdzić… Ale i nadzieję.
Kilka razy przez jego głowę przemknęła myśl, że tak naprawdę ją krzywdzi. Przecież wykorzystał ją, jej niewinność(??) i naiwność – chociaż Loretta na pewno myślała, że to ona dzierżyła nad tym wszystkim kontrolę, że to ona była panią własnego losu, i wiodła go na pokuszenie – ale Axel miał to gdzieś, bo Loretta mogła sobie myśleć i mówić cokolwiek zechciała, mogła rzucać w niego talerzami z rodzinnej zastawy, trzaskać drzwiami, eksplodować równie gwałtowną magią, kiedy on podnosił na nią rękę. To, jak już od samego początku próbował ją od siebie uzależnić, było najmniej pojebane w ich relacji.
Był hipokrytą, kiedy oskarżał ją, że to ona najchętniej zakułaby go w złote łańcuchy; że to ona mieszała mu w głowie, że to ona nie wiedziała czego chce. To też miał gdzieś.
Ważne, że dalej była z nim. Prawie.
– Na starość robisz się sentymentalna – zadrwił, jakby sam wcale nie wspominał ich pierwszego spotkania, które zakończyło się tak, że pozwoliła mu ująć swoją dłoń, kiedy patrzyli w gwiazdy, po tym, jak urwali się z seansu spirytystycznego, by móc porozmawiać na osobności po wieczorze wypełnionym grą pozorów… Ale w jego oczach pobłyskiwała wesołość.
Loretta lubiła podkreślać, że pojawił się w jej życiu kiedy była jeszcze nastolatką, że ją zepsuł, sponiewierał jej nieistniejącą cnotę, i zwiódł na złą drogę. Używała wielu podniosłych słów, by oddać swój upadek; znów, używała pospolitych przekleństw, by oddać jego niegodziwość.
Tak samo zachowywała się tworząc: raz precyzyjnie dobierała farby, każdą pieczołowicie mieszając, aż do uzyskania perfekcyjnego kolorytu, skupiona, aby skomponować idealną gamę refleksów świetlnych przy pomocy drobnych muśnięć pędzla – innym zaś razem, impastami pokrywała płótno, agresywnie drapała paznokciami po zaschniętej farbie, zamaszyście grezdała węglem po pergaminie, darła w strzępy prace, które nie okazały się satysfakcjonujące…
– To nie będzie takie jak wtedy, wiesz – powiedział, tknięty szczerością. Wciąż był w tamtych ogrodach, w willi pod Londynem, gdzie pierwszy raz gwiazdy na letnim niebie były świadkami czegoś więcej między nimi. Wtedy „coś więcej” oznaczało ich splecione dłonie, głowę opartą o jego ramię i przyciszone głosy mieszające się z orkiestrą cykad. – Wtedy nie znaliśmy się tak jak teraz i mogliśmy po prostu oglądać gwiazdy. Wiem, że… – potrząsnął lekko głową, jakby próbował odgonić jakąś myśl, ale poddał się, patrząc jej w oczy, i wypowiedział jednak, co leżało mu na sercu. – Nie mogę tak po prostu patrzeć w niebo. Za dużo myślę wtedy o naszej przyszłości.
Prawda była taka, że Loretta Lestrange nigdy nie była niczym więcej aniżeli znudzoną, przesadnie egzaltowaną, arystokratyczną panną z przerostem ego, nie zaś ucieleśnieniem cnót niewieścich, za które chciała uchodzić; lubiła wzrok, którym ślizgał się po jej ciele, lubiła, że był starszy, doświadczony; lubiła też myśleć, że jest zakazany, ale w gruncie rzeczy – cóż było zakazanego w ich relacji? Oboje byli bogaci, czystej krwi, i lubili robić problemy z niczego, a jednak… Nie była tak naprawdę jego, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, który cały czas odsuwał ich od siebie.
Loretta zawsze była chciwa miłości, a on był tym idealnym mężczyzną, który potrafił odczytać jej pragnienia, ledwie zdążyła im nadać właściwe brzmienie w swoich myślach. Z innymi kobietami szybko nudziła mu się ta zabawa. Z nią mógłby to robić choćby i wieczność.
– Nic nas tu nie trzyma, chodź - dodał miękko.
Loretta Lestrange była co najwyżej cholernym dementorem, który błąkał się po świecie – głodny pocałunków, wysysający esencję życiową z każdego, kto wybijał się ponad przeciętność, byle tylko się pożywić, byle dotrwać do następnego dnia, nieważne, jak wielką – a on był zimnym murem Azkabanu, który próbował utrzymać ją w ryzach. Ale od razu zamykać ją w złotej klatce? Nigdy; pozwolił jej bujać wokół ruin swojego serca na podobieństwo dzikiego bluszczu, zazdrośnie oplatać jego ramię, kiedy obok pojawiały się inne kobiety; on nie czuł wstydu, kiedy wracał do niej kolejny raz, kierowany tą samą potrzebą, co narkus odwiedzający ulubionego dilera.
– Leżałabyś ze mną w tym rowie – stwierdził ze zwyczajową sobie prostotą. Nigdy nie nazwałby siebie małomównym, a jednak w jego słowach tkwiła pewna dosadność, by nie powiedzieć – ostateczność. Loretta Lestrange była po prostu kobietą, która paradowała po domu półnago, w jego koszuli, zaledwie, zarzuconej na wierzch, i był zmęczony udawaniem, że on nie jest psychopatycznym manipulantem, który chciał ją posiąść w każdym tego słowa znaczeniu, a ona – historionicznym narcyzem (delikatnym kwiatuszkiem, który uschnie, jeżeli nie dostanie odpowiednio dużo uwagi, wiadomo).
Tylko dlaczego – skoro oboje mieli swój mały, chory układ, który działał przecież tak dobrze – zawsze musiało istnieć jakieś ale?
Jego ręce przesunęły się na urwisko jej talii, kiedy szeptała już w jego objęciach, jakie to ma piękne oczy, i musiał się natychmiast zgodzić: była piękna, w słodki i drapieżny sposób zarazem, i tylko kiedy patrzył jej w oczy, myślał, że mógłby zrozumieć, co czują mugole postawieni przed faktem, że magia istnieje. Absolutne zauroczenie. Lekką obawę, że ona wie o nim coś, co wolałby, by pozostało tajemnicą – co dokładnie, nie potrafił stwierdzić… Ale i nadzieję.
Kilka razy przez jego głowę przemknęła myśl, że tak naprawdę ją krzywdzi. Przecież wykorzystał ją, jej niewinność(??) i naiwność – chociaż Loretta na pewno myślała, że to ona dzierżyła nad tym wszystkim kontrolę, że to ona była panią własnego losu, i wiodła go na pokuszenie – ale Axel miał to gdzieś, bo Loretta mogła sobie myśleć i mówić cokolwiek zechciała, mogła rzucać w niego talerzami z rodzinnej zastawy, trzaskać drzwiami, eksplodować równie gwałtowną magią, kiedy on podnosił na nią rękę. To, jak już od samego początku próbował ją od siebie uzależnić, było najmniej pojebane w ich relacji.
Był hipokrytą, kiedy oskarżał ją, że to ona najchętniej zakułaby go w złote łańcuchy; że to ona mieszała mu w głowie, że to ona nie wiedziała czego chce. To też miał gdzieś.
Ważne, że dalej była z nim. Prawie.
– Na starość robisz się sentymentalna – zadrwił, jakby sam wcale nie wspominał ich pierwszego spotkania, które zakończyło się tak, że pozwoliła mu ująć swoją dłoń, kiedy patrzyli w gwiazdy, po tym, jak urwali się z seansu spirytystycznego, by móc porozmawiać na osobności po wieczorze wypełnionym grą pozorów… Ale w jego oczach pobłyskiwała wesołość.
Loretta lubiła podkreślać, że pojawił się w jej życiu kiedy była jeszcze nastolatką, że ją zepsuł, sponiewierał jej nieistniejącą cnotę, i zwiódł na złą drogę. Używała wielu podniosłych słów, by oddać swój upadek; znów, używała pospolitych przekleństw, by oddać jego niegodziwość.
Tak samo zachowywała się tworząc: raz precyzyjnie dobierała farby, każdą pieczołowicie mieszając, aż do uzyskania perfekcyjnego kolorytu, skupiona, aby skomponować idealną gamę refleksów świetlnych przy pomocy drobnych muśnięć pędzla – innym zaś razem, impastami pokrywała płótno, agresywnie drapała paznokciami po zaschniętej farbie, zamaszyście grezdała węglem po pergaminie, darła w strzępy prace, które nie okazały się satysfakcjonujące…
– To nie będzie takie jak wtedy, wiesz – powiedział, tknięty szczerością. Wciąż był w tamtych ogrodach, w willi pod Londynem, gdzie pierwszy raz gwiazdy na letnim niebie były świadkami czegoś więcej między nimi. Wtedy „coś więcej” oznaczało ich splecione dłonie, głowę opartą o jego ramię i przyciszone głosy mieszające się z orkiestrą cykad. – Wtedy nie znaliśmy się tak jak teraz i mogliśmy po prostu oglądać gwiazdy. Wiem, że… – potrząsnął lekko głową, jakby próbował odgonić jakąś myśl, ale poddał się, patrząc jej w oczy, i wypowiedział jednak, co leżało mu na sercu. – Nie mogę tak po prostu patrzeć w niebo. Za dużo myślę wtedy o naszej przyszłości.
Prawda była taka, że Loretta Lestrange nigdy nie była niczym więcej aniżeli znudzoną, przesadnie egzaltowaną, arystokratyczną panną z przerostem ego, nie zaś ucieleśnieniem cnót niewieścich, za które chciała uchodzić; lubiła wzrok, którym ślizgał się po jej ciele, lubiła, że był starszy, doświadczony; lubiła też myśleć, że jest zakazany, ale w gruncie rzeczy – cóż było zakazanego w ich relacji? Oboje byli bogaci, czystej krwi, i lubili robić problemy z niczego, a jednak… Nie była tak naprawdę jego, jakimś dziwnym zrządzeniem losu, który cały czas odsuwał ich od siebie.
Loretta zawsze była chciwa miłości, a on był tym idealnym mężczyzną, który potrafił odczytać jej pragnienia, ledwie zdążyła im nadać właściwe brzmienie w swoich myślach. Z innymi kobietami szybko nudziła mu się ta zabawa. Z nią mógłby to robić choćby i wieczność.
– Nic nas tu nie trzyma, chodź - dodał miękko.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat