Loretta nie była pierdoloną rusałką głównie dlatego, że bliżej jej było do pierdolonego sukuba, żądnego krwi i cierpienia, jednocześnie fantazyjnie odzianej w jedwab, gładkiej w mowie osoby. Niemy krzyk, który wydobywał się z paszczy zamkniętej w złotej klatce żeber bestii, potęgował jedynie obraźliwość jej istnienia wobec błogosławieństwa życia. Bo przecież nie miała żadnych oporów ani sentymentów; krzywdziła bezpardonowo, ten właśnie krzyk przekłuwając w piękne w swojej krasie, osobliwe niebezpieczeństwo – gotowa wepchnąć do umysłu własną wartką wizję, zaliczała się do tych życiowych dominatur, które pod swoim obcasem trzymały potencjalnych adoratorów i cichych wielbicieli. Wiedziała, że nie istniał nikt, który byłby godzien jej w równej mierze, co ona sama. Prawdopodobnie dlatego kręciła te przeklęte piruety między ciżbą ludzi, tą właśnie cyganerią salonową, która nie miała w sobie nic z cyganerii faktycznej – uśmiechy lepkie jak miód i słodkie równie silnie, posyłała wyjątkowo często; była w tym tak absurdalnie urokliwa, jak tylko Loretta Lestrange potrafiła być.
Była właśnie owym dementorem; tym, który składał śmiertelne pocałunki na ustach tych, którzy okazali się jej niewiernymi. Wysysała ostatnie tchnienie życia dla zabawy i sportu – choć nie była biegła fizycznie, mącić w umysłach potrafiła, jak lubiła myśleć, lepiej od niejednego. Prawdopodobnie dlatego zaklinała swoje obrazy; lubiła smak władzy nad uczuciami, tym, jak zimny dreszcz przebiegał na palcach wzdłuż linii kręgosłupa oraz tym, jak finezyjne ciepło rozchodziło się we wnętrzu. Bardziej czynna aniżeli obserwatorska, brała swój los w dłonie pewnie, nawet gdyby miał rozbić się pod naciskiem na wzór wazonu, którego już nigdy nie przyjdzie jej poskładać na powrót.
Loretta Lestrange była tym, przed czym się uciekało. A on – z niewiadomych przyczyn nie uciekał, jedynie zbliżał się do niej coraz silniej, tak jakby ta nuta nieprzewidywalnego niebezpieczeństwa nęciła go bardziej niż sztandarowy, urokliwy uśmiech. Jego żądza zamykała się w jej mroku i na odwrót – im bardziej chciał mieć ją dla siebie, tym silniej umykała mu z dłoni. Dłoni, których palce miękko zatapiały się w ciele.
– Wiesz, jak uwieść kobietę. Kiedy zaprosisz mnie do swojego rowu? – zabrzmiała sarkastycznie pytaniem – było to coś cokolwiek nowego, gdyż Loretta biegła w ironii nie była. Nie należała do tych panien, które zręcznie władały dictum, znając odzew na każdy spośród słonych wyrazów. A skoro ich układ mienił się stażem wieloletnim – z pewnością musiał to wiedzieć. Prawdopodobnie ten faktor nadawał jej tej dziecięcej niewinności, gdy marszczyła bezradnie brwi, uginając ją pod ciężarem burzowych chmur.
Nacisk jego dłoni na talii sprawił jedynie, iż przysunęła się do niego blisko, oplatając w pasie nogami i gdy już była na tyle blisko, aby musnąć jego wargi, odsunęła się odrobinę, mrużąc oczy bacznie. Coś w niej rozgorało; coś miękko ślizgało spojrzeniem po jego ustach – będących tak absurdalnie blisko i daleko zarazem. I momentalnie rozbłysła cała plejada gwiazd między nimi, mikrokosmos zmysłowej pamięci, kalejdoskop wspomnień plecionych we dwoje. Po raz pierwszy od dawna, pragnęła go tak bardzo, że to aż bolało.
Niejednokrotnie poddawała rozważaniom, które z nich jest katem w tej relacji. Była przecież jak wódka żurawinowa, której smakował jedynie po to, aby poza cierpkim smakiem poczuć słodycz – mąciła mu w myślach i w głowie, pozostawiając po sobie ślad niemego i krzykliwego zarazem pożądania. Chciała przecież, aby jego ognisty dotyk spoczywał na jej biodrach, sunął cielesnością po udach, zatrzymując się na kolanach. Nie była niewinna; może odrobinę, gdy się poznali te osiem spienionych wiosen temu – zgubiła jednak wszelakość skrupułów na rzecz własnej uciechy i dobrego imienia, a fakt, iż uciechę sprawiało jej krzywdzenie innych, należało zepchnąć na margines.
– Na starość? Czy to nie jest tak, że to ty odbijasz sobie na mnie kryzys wieku średniego? – zabrzmiała filuternie pytaniem, a w jej oczach rozbłysły diamenty roziskrzonych gwiazd.
I za każdym razem, gdy syczała w jego stronę, obwiniając o wszelkie złe meandry, którymi potoczyło się jej życie – doceniała jego obecność na tej przeklętej kanwie życiorysu, tak jakby istnieli na tym padole wyłącznie oni. Zresztą, nawet gdyby wokół były miliardy istnień, zawsze wybrałaby jego. Skuta okowami obezwładniającej miłości, zawsze wracała do jego ust. I chociaż powinna była zrobić krok w tył, gdy był bliski zatrucia jej osobą, nie mogła – zbyt uwielbiała jego wargi sunące po zgięciu szyi.
Nasza historia godna i tragiczna, czy nie do maski tyrana podobna? Jaskrawy dramat czy scena magiczna, czy chłodny detal już tego nie odda, czym była nasza miłość patetyczna.
– Masz rację, będzie inaczej – powiedziała półgłosem, przekrzywiając nieznacznie głowę. – Bo teraz kochasz mnie tak, jak wtedy nie kochałeś. Bo ja kocham ciebie niepoprawnie – głos drastycznie przycichł, nie przypominając już świergotu niewinnych ptasząt, elegii głoszonych o poranku.
Był o wiele za blisko; czuła ciepło uchodzące z jego ciała, z jego dłoni, które układały się na miękkiej talii i z jego oczu, które mówiły o wiele więcej, niż chciałby kiedykolwiek powiedzieć. Ona jednak wiedziała więcej; świadoma uczucia, które urosło między nimi do miary niebotycznej, pozwoliła oddechowi przyspieszyć, zupełnie jakby wypełniał ją obezwładniający lęk, który był niczym innym, jak pożądaniem. I może to wówczas powinna była wykonać ten krok w tył…
Zamiast tego, docisnęła do niego swoje wargi miękko. Ułożywszy dłonie na jego policzkach, objawiała mu każdy spośród sekretów jestestwa, całe rozlane zorzą polarną, niby mlekiem, niebo w okolicy biegunów. Smakował słodko i ujmująco, co skłoniło ją do pogłębienia pocałunku, który jednocześnie był pocałunkiem złożonym na obmierzłym licu wszechświata. Było w tym coś intergalaktycznego, oderwanego w zupełności od prozy codzienności – czuła to za każdym razem, gdy łączyła ich nić dotyku, wobec którego nigdy nie znajdowała właściwego dictum. Zacisnęła nogi na jego biodrach, opatulając miękkością łydek, a gdy nić pocałunku została przerwana – poczuła gwałtowną, urastającą wewnątrz pustkę.
Lubiła, jak czytał z niej niczym z otwartej na oścież książki; nie musiała być zagadkowa, nie musiała być filuterna ani urocza – widział jej wnętrze takim, jakie było i choć kochała go niepoprawnie, uwielbiała, gdy odkrywał ją każdego poranka na nowo.
– Gdzie chcesz uciec? – spytała miękko, uginając brwi w wypełnionym niewinnością geście. – Uważaj, bo pomyślę jeszcze, że chcesz ze mną wziąć ślub. – Och, Loretto…