- Duchy i portrety? No jasne. Ale malowidła były trochę inne, bardziej… wiesz, w innym stylu – mieli też części zwierząt, kamienie które wskazywały drogę i inne tego typu. A duchy… szkoła była ich pełna, w Uagadou zresztą uczono o duchach, jak kontaktować się ze zmarłymi, jak ich wypędzać i inne. Mieli do tego zupełnie inne podejście niż w Hogwarcie.
Z pewną fascynacją słuchała o ruchomych schodach, znikających drzwiach i innych tego typu tajemnicach w obcej szkole, którą miała niemalże za plecami, na wyciągnięcie ręki. I chyba dobrze, że wybrali się do Hogsmeade w tygodniu, a nie w weekend, bo jeszcze gotowi natknąć się na rozkrzyczanych uczniów, którzy gnieździli się wszędzie, zwłaszcza w tak ładną, czerwcową pogodę. Sama mogła się z Cathalem wymienić różnymi historyjkami z Uagadou; tymi o sekretach samego zamku, jak i zdradzić mu co nie co jakim ona i Jamil byli w szkole ziółkami, włócząc się po nocy po korytarzach, zamiast grzecznie spać w łóżkach. Znała się z Anwarem dobre dwadzieścia lat, doskonale wiedziała w jakim stopniu ściągał do siebie kłopoty, jak i w jakim sam je wywoływał. Jaki miał talent do wnerwiania ludzi, tym bardziej, że ręce to miał lepkie… Shafiq nie musiał Ginevrze tłumaczyć, że jeśli Jamil był w coś zamieszany, to wiąże się to z zadymą… a jeśli Nell i on mieli mieć różne wersje, to tym bardziej. McGonagall uśmiechnęła się pod nosem, w nieco krzywy sposób wyciągając jeden kącik ust ku górze.
- Skoro mam pytać Jamila to ja już wszystko wiem. Przyniósł komuś skorpiona? Transmutował go w kamień, upuścił komuś pod nogi i zarzucił jakimś dennym tekstem na podryw w stylu "hej mała, to twój kamień"? Albo wrzucił go komuś za koszulę żeby łatwiej wyciągnąć z czyjejś kieszeni galeony? – na to "skąd ten skorpion" już też miała teorię – mógł go wygrać od kogoś w karty. Oparła głowę na dłoni, przechylając ją odrobinę w bok i zapatrzyła się na Cathala. - Trafiłam czy przestrzeliłam? – bo jeśli o Anwara chodziło, to mogła tak wymyślać długo. Jeśli chodziło o Nell, to sama bardzo lubiła tę dziewczynę, w pewnym sensie miały nawet podobny temperament, chociaż tam, gdzie Bagshotówna się obrazowo denerwowała, Ginny zwykle po prostu się uśmiechała, chyba że żart był naprawdę do kitu. Nie powiedziała też nic o braniu się za łby, bo widziała jak Jamil wodził wzrokiem za Nell. Kto się czubi, ten się lubi… czy jak to tam mówią.
- Bardzo chętnie. Dobrze wiesz, że jak mówisz słowo grobowiec, to nie trzeba mnie dwa razy namawiać – parsknęła i w te pędy zabrała się za dopijanie swojego piwa kremowego. Pokiwała mu nawet głową, na potwierdzenie, że a owszem – idziemy.
I po chwili faktycznie wyszli, a w tym czasie wieczór płynnie zmienił się w noc. Guinevere nawet nie zauważyła, że na tym jednym kuflu zeszło im tyle czasu, że słońce całkiem już zaszło, więc w rezultacie trafili na cmentarz i musiała sobie świecić różdżką, by lepiej widzieć drogę. Jak zwykle jednak zmieniła swoje oczy w kocie, by lepiej widzieć w ciemnościach i wyłapywać detale, które umknęłyby jej nawet przy świetle.