Guinevere była zdolna i lubiła przygody – tyle wystarczyło, żeby regularnie dostawać szlabany (albo się z nich wyplątywać), grać na nosie kolegów, by na koniec dnia i tak uczyć się w indywidualnym toku nauczania – bo takie otrzymywały w Uagadou te dzieciaki, które potrafiły zmienić się w zwierzę. A Ginny opanowała tę zdolność jeszcze w szkole i to dość szybko – mając pod nosem ludzi, którzy do tego zachęcali, pomagali, ktoś taki jak Ginevra, z tak osobliwym talentem do zmiany ciała w zwierzę, musiał opanować to prędziutko. Nie łamała regulaminu w imię buntu, a w imię ciekawości, być może jakiejś tam zaradności. Dzień był zwyczajnie zbyt krótki i w eksploracji terenów szkoły przeszkadzało zbyt wiele kręcących się wokół ludzi.
– Aaach, cholera. Niemożliwe – nie dawała za wygraną, bo nie potrafiła przegrywać. To na szczęście nie był żaden konkurs, chociaż Ginny wewnętrznie czuła takie nieprzyjemne ciągnięcie, że nie udało jej się trafić. Na całe szczęście to nie była kwestia pieniędzy ani niczego takiego, więc jedynie odetchnęła. – Za mało w siebie wierzysz, Cathalku? – powiedziała zaczepnie, całkowicie pewna, ze Cathal opowiedziałby to równie interesująco, albo przynajmniej tak, ze jej wyobraźnia dorobiłaby sobie resztę, ale zaraz zmarszczyła brwi. – To może ostatnia próba. Skorpion wlazł komuś do talerza i zaczęła się ogólna panika, a Jamil próbował go stamtąd wylewitować bez pomocy różdżki i tylko go rozwścieczył, albo po prostu reszta nie wiedziała co chce zrobić i zaczęła się ogólna panika, więc wtedy ty cały na biało zamieniłeś skorpiona w puchar? – brakowało jeszcze tylko żeby zatrzepotała rzęsami, ale do tego poziomu to się nie zniżała, w każdym razie bawiła się zbyt dobrze, wymyślając te absurdalne (albo wcale nie…) historyjki. Wyobraźnię miała nazbyt bogata, a i język cięty i oto co wychodziło.
Nie była osobą, która musiała ciągle trajkotać a i milczenie w towarzystwie Shafiqa nie należało do tych niezręcznych czy nieprzyjemnych, więc uśmiechała się pod nosem, kiedy tak w ciszy szli na cmentarz. Dziecięcy głos, jaki oboje usłyszeli, zatrzymał ją jednak w miejscu i odruchowo się odwróciła, by koci wzrok padł na niewysoką dziewczynkę w ślicznej, bogatej sukieneczce. Ginevra przechyliła głowę i nawet nachyliła się nieco do dziewczynki, schylając się, i oparła dłonie o swoje kolana. Była w końcu wysoką kobietą.
– Cześć, kochanie. A co się stało? – zapytała dziewczynkę i nawet uśmiechnęła się do niej wcale nie krzywo.
– Ciemno się zrobiło i nie umiem sama trafić do domu. Pomogliby mi państwo? To na południe od Hogwartu. Mieszkam w Dworze Cape – wyjaśniła, patrząc to na Cathala, to na Ginny – a przynajmniej Ginevra była w stanie to stwierdzić w półmroku.
– Nie znam terenu, a ty, Cal? Nie zostawimy jej tak chyba, co? Jeszcze się ktoś przyplącze… Jak się nazywasz, słoneczko? – zwróciła się znowu do dziewczynki. Chyba nici z oglądania cmentarza, ale co się odwlecze to nie uciecze…