Zgodnie z tym co powiedziała – zamykała tyły, chcąc osłaniać cywilów, jacy zostali z nimi na statku. Większa część grupy się teleportowała, ale to dobrze, bo to oznaczało, ze nie trzeba było mieć oczu skierowanych na aż tyle ludzi, a jedynie na tych kilkoro, którzy nie mogli, bądź nie potrafili się przeteleportować na brzeg. Ale to nic. Statek tonął. Statek płonął. Magia, która trzymała go w całości ewidentnie puściła i zbutwiałe drewno zaczęło się zachowywać dokładnie tak, jak od dawna powinno, rozmoknięte przez zasoloną wodę, metal pordzewiały, rozsypywał się niczym piasek.
Widziała te wszystkie duchy i nawet jednym gestem zasalutowała nieznajomemu jej aurorowi, który musiał znaleźć się tutaj dużo, dużo wcześniej. Lata wcześniej. Pożegnania były trudne, ale Victoria tych wszystkich ludzi nie znała, a oni odeszli już dawno… i ich dusze też powinny w końcu opuścić to miejsce by zaznać spokój – bo w Limbo ktoś na pewno na nich czekał. I tam właśnie było ich miejsce. W ciszy oglądała więc scenki, przysłuchiwała się… Ale mając na uwadze ciągle to, że statek się rozpada.
– Wchodźcie na łódź – zwróciła się do Laurenta i Anthonego. Tak samo jak Brenna, czekała, aż wszyscy będą w łodzi, dopiero wtedy teleportowała się do jednej z nich, tak jak prosiła Longbottom, by Danielle nie musiała sama wszystkimi sterować, chyba, że Atreus był od niej szybszy – wtedy najpewniej trafiła na łódkę z Borginem i Prewettem, by bezpiecznie doprowadzić ich na brzeg.
Statek jęczał… Co chwila coś się waliło. Ale jej jedynym celem było przedostać się bezpiecznie na brzeg. Nie zamierzała dać po sobie znać, jakie to wszystko było dla niej wykańczające, jak te wszystkie emocje z poprzedniego wieczora i to co działo się na statku, się w niej kotłowały i siały spustoszenie. Że znowu patrzyła śmierci w twarz… Nie było czasu ani miejsca, na okazywanie jakichkolwiek słabości.