11.11.2023, 18:17 ✶
Słowa wypowiedziane przez Florence jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że mąciła i, to nie pierwszy raz, w umyśle mego małego, biednego Lorka. Mamiła go słowami, wizjami, zmieniając moje intencje na swoją korzyść, odgradzając go ode mnie, od naszej rodziny. Nie był to widok, który mi się podobał. To wstrząsnęło moją wiarą w niego, skłaniając mnie do zapisania w głębi duszy, by zakazać Laurentowi wszelkich kontaktów z tą wiedźmą. Nie wróżyło to niczego dobrego, jedynie kłopoty.
Poczułem się, jakbym otrzymał bezczelny policzek od własnego syna. Z jednej strony chciał przyjąć moją pomoc, próbując wyrazić lojalność, pokazać, po czyjej stał stronie, a z drugiej strony zadać niemalże śmiertelny cios. To było zwykłe znieważenie. Cios ten był tylko - i aż - ciosem zniewagi.
- Przemyśl to, synu - powiedziałem zimnym tonem, odprowadzając go wzrokiem. Był biedny i przygarbiony, ale nauczony bezczelności, zmanipulowany przez tę przebrzydłą Florence. Traciłem go, a ona jeszcze śmiała mi się w twarz, jak gdyby nigdy nic. Bezczelna. - Jesteś jedną z tych trzech osób, które powinny bez wahania opowiedzieć się po mojej stronie - dodałem z nutką grozy między słowami. Niech odejdzie i niech zniknie z mojego pola widzenia. Zamierzałem porozmawiać z nim ponownie, kiedy tylko uporam się z Florence, a potem z Pandorą.
- Czy jesteś usatysfakcjonowana, Florence? Sianie niezgody między moimi dziećmi i mną. To się nie uda - rzuciłem i obróciłem się niespiesznie w jej kierunku. Kevin stał już w drzwiach, więc Laurent najprawdopodobniej minął się z nim w drzwiach. Kevin zapewne przepuścił go pierwszego. - Jak myślisz? Co takiego bezlitosny, zły, wielki i potężny Edward Prewett robiłby z takimi insektami jak ty? - zapytałem Florence, skoro tak wiele o mnie wiedziała, o moim życiu. Kobietę, która się tak mądrzyła. Kobietę w wielkim świecie mężczyzn. Kobietę nudną, bez iskry pasji w oku. Samo przez się... Roześmiałbym się prosto w jej twarz, ale i tak by tego nie zrozumiała. Marna istota.
Podniosłem różdżkę, celując prosto w jej serce. Jeden ruch i po niej. Tyle wystarczyło, jeden ruch, by Laurent zaczął traktować mnie jako bezdusznego, deptającego jego uczucia człowieka, a przecież zawsze byłem jego ojcem, zawsze jego oparciem. Teraz stałem się jedynie hartownym mieczem. Nic nie zagrażało mu tutaj, w Keswick, które było jego domem, więc dlaczego chciał uciekać? Odpowiedź była przed moimi oczami - Florence, moja niesławna córka chrzestna.
Poczułem się, jakbym otrzymał bezczelny policzek od własnego syna. Z jednej strony chciał przyjąć moją pomoc, próbując wyrazić lojalność, pokazać, po czyjej stał stronie, a z drugiej strony zadać niemalże śmiertelny cios. To było zwykłe znieważenie. Cios ten był tylko - i aż - ciosem zniewagi.
- Przemyśl to, synu - powiedziałem zimnym tonem, odprowadzając go wzrokiem. Był biedny i przygarbiony, ale nauczony bezczelności, zmanipulowany przez tę przebrzydłą Florence. Traciłem go, a ona jeszcze śmiała mi się w twarz, jak gdyby nigdy nic. Bezczelna. - Jesteś jedną z tych trzech osób, które powinny bez wahania opowiedzieć się po mojej stronie - dodałem z nutką grozy między słowami. Niech odejdzie i niech zniknie z mojego pola widzenia. Zamierzałem porozmawiać z nim ponownie, kiedy tylko uporam się z Florence, a potem z Pandorą.
- Czy jesteś usatysfakcjonowana, Florence? Sianie niezgody między moimi dziećmi i mną. To się nie uda - rzuciłem i obróciłem się niespiesznie w jej kierunku. Kevin stał już w drzwiach, więc Laurent najprawdopodobniej minął się z nim w drzwiach. Kevin zapewne przepuścił go pierwszego. - Jak myślisz? Co takiego bezlitosny, zły, wielki i potężny Edward Prewett robiłby z takimi insektami jak ty? - zapytałem Florence, skoro tak wiele o mnie wiedziała, o moim życiu. Kobietę, która się tak mądrzyła. Kobietę w wielkim świecie mężczyzn. Kobietę nudną, bez iskry pasji w oku. Samo przez się... Roześmiałbym się prosto w jej twarz, ale i tak by tego nie zrozumiała. Marna istota.
Podniosłem różdżkę, celując prosto w jej serce. Jeden ruch i po niej. Tyle wystarczyło, jeden ruch, by Laurent zaczął traktować mnie jako bezdusznego, deptającego jego uczucia człowieka, a przecież zawsze byłem jego ojcem, zawsze jego oparciem. Teraz stałem się jedynie hartownym mieczem. Nic nie zagrażało mu tutaj, w Keswick, które było jego domem, więc dlaczego chciał uciekać? Odpowiedź była przed moimi oczami - Florence, moja niesławna córka chrzestna.