11.11.2023, 23:37 ✶
Miałem dwadzieścia cztery lata i całe życie przed sobą, pełne wszystkiego, co jeszcze nie zdążyło mnie zaskoczyć, kariery zawodowej, mniejszych i większych uniesień, zapewne też złamanego serca i urażonej męskiej dumy, a także innych szpargałów, o których nawet w tej chwili bym nie pomyślał albo się po prostu nie przyznał. Mogłem wszystko, świat leżał u mych stóp, zamiast tego planowałem drobną zemstę, ruch, który pozornie miał mnie przybliżyć do miłości mojego życia - Otto Degenhardta.
Kiedy tylko Persephona - jego młodsza siostra - skończyła szkołę, miałem go dla siebie coraz mniej, coraz rzadziej. I już nawet nie myślałem o tym, żeby go mieć na miejscu, przy sobie, bo dzieliły nas bezkresne morza, ale chociaż z tymi listami, by mieć go chociaż odrobinę i planować wspólne spotkania w urlopy czy coś, ale nie! Bo on miał Persephonę. Miał na jej punkcie totalną obsesję. Listy do mnie z każdym kolejnym dniem coraz bardziej ociekały Persephoną, aż w końcu zaczął wysyłać je rzadziej, prawie wcale, a od jakiegoś czasu mogłem kompletnie zapomnieć o znaku życia z jego strony. To mnie nieźle rozwścieczyło, bo zamiast myśleć o mnie, on tam był z nią, wpatrywał się w nią, kontrolował ją i zapewne też patrzył jak śpi. Chciałem by patrzył na mój sen, na mnie, nie kurwa na swoją siostrę.
Zamierzałem zawalczyć o jego uwagę. Normalnie, gdyby to nie był Otto, to powiedziałbym kolesiowi Spierdalaj i żył dalej, ale niestety chodziło o Otto, więc z premedytacją - znałem to słowo aż zanadto z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów; bardzo lubili je tam nadużywać - popłynąłem do Szwecji. Wziąłem wykorzystałem należny mi urlop, bo czemu by nie, i energicznie przemykałem przez znajome mi miasto, jego uliczki. Szukałem tego domu, tego mieszkania, krypty. Deszcz złośliwie nacinał, chcąc mnie niechybnie powstrzymać przed pochopnymi, gwałtownymi decyzjami, ale było za późno. Moja sprawa urosła do czegoś na miarę obsesji i musiałem, inaczej nie byłbym sobą.
Zastukałem do drzwi. Raz, zaraz drugi. Dosyć niecierpliwie. Nie byłem pewien, co powiem, kiedy otworzy drzwi, ale zamierzałem mu wpierw tak po dobroci...? Zaproponować, tak. Jak to się mówiło, że nie chciała góra przyjść do Mahometa... Ale jeśli się nie zgodzi, to chama uprowadzę. Taki był plan, stąd miałem eliksir usypiający w kieszeni, który obracałem między palcami.
Już miałem rzucać łaciną, kiedy drzwi się otwierały, ale okazało się, że w nich stanęła Persephona, siostra Otto, a nie sam książę-panicz-ciemności.
- Cześć, jest Otto? - zapytałem, pozwalając sobie na wproszenie się, bo lało jak diabli. Ująłem krawędź drzwi by je stanowczo, aczkolwiek delikatnie otworzyć. Dziewczyna była drobna, jeszcze bym ją zabił pchając całą siłą. Wsunąłem się obok niej całkiem sprawnie, pomimo mojej niezręcznie wysokiej postury. - Pada jak diabli. Cały przemokłem - stwierdziłem do Persephony, bo bądź co bądź się znaliśmy, a też normalnie nie wbijałem do czyichś domów i nie błociłem bez powodu. Może w domu Otto to powinienem zwalić tego błota podwójnie...? Pewnie bym to zrobił, gdybym był pewny, że to on będzie potem szurał z miotłą albo machał różdżką by ogarnąć ten bajzel.
Kiedy tylko Persephona - jego młodsza siostra - skończyła szkołę, miałem go dla siebie coraz mniej, coraz rzadziej. I już nawet nie myślałem o tym, żeby go mieć na miejscu, przy sobie, bo dzieliły nas bezkresne morza, ale chociaż z tymi listami, by mieć go chociaż odrobinę i planować wspólne spotkania w urlopy czy coś, ale nie! Bo on miał Persephonę. Miał na jej punkcie totalną obsesję. Listy do mnie z każdym kolejnym dniem coraz bardziej ociekały Persephoną, aż w końcu zaczął wysyłać je rzadziej, prawie wcale, a od jakiegoś czasu mogłem kompletnie zapomnieć o znaku życia z jego strony. To mnie nieźle rozwścieczyło, bo zamiast myśleć o mnie, on tam był z nią, wpatrywał się w nią, kontrolował ją i zapewne też patrzył jak śpi. Chciałem by patrzył na mój sen, na mnie, nie kurwa na swoją siostrę.
Zamierzałem zawalczyć o jego uwagę. Normalnie, gdyby to nie był Otto, to powiedziałbym kolesiowi Spierdalaj i żył dalej, ale niestety chodziło o Otto, więc z premedytacją - znałem to słowo aż zanadto z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów; bardzo lubili je tam nadużywać - popłynąłem do Szwecji. Wziąłem wykorzystałem należny mi urlop, bo czemu by nie, i energicznie przemykałem przez znajome mi miasto, jego uliczki. Szukałem tego domu, tego mieszkania, krypty. Deszcz złośliwie nacinał, chcąc mnie niechybnie powstrzymać przed pochopnymi, gwałtownymi decyzjami, ale było za późno. Moja sprawa urosła do czegoś na miarę obsesji i musiałem, inaczej nie byłbym sobą.
Zastukałem do drzwi. Raz, zaraz drugi. Dosyć niecierpliwie. Nie byłem pewien, co powiem, kiedy otworzy drzwi, ale zamierzałem mu wpierw tak po dobroci...? Zaproponować, tak. Jak to się mówiło, że nie chciała góra przyjść do Mahometa... Ale jeśli się nie zgodzi, to chama uprowadzę. Taki był plan, stąd miałem eliksir usypiający w kieszeni, który obracałem między palcami.
Już miałem rzucać łaciną, kiedy drzwi się otwierały, ale okazało się, że w nich stanęła Persephona, siostra Otto, a nie sam książę-panicz-ciemności.
- Cześć, jest Otto? - zapytałem, pozwalając sobie na wproszenie się, bo lało jak diabli. Ująłem krawędź drzwi by je stanowczo, aczkolwiek delikatnie otworzyć. Dziewczyna była drobna, jeszcze bym ją zabił pchając całą siłą. Wsunąłem się obok niej całkiem sprawnie, pomimo mojej niezręcznie wysokiej postury. - Pada jak diabli. Cały przemokłem - stwierdziłem do Persephony, bo bądź co bądź się znaliśmy, a też normalnie nie wbijałem do czyichś domów i nie błociłem bez powodu. Może w domu Otto to powinienem zwalić tego błota podwójnie...? Pewnie bym to zrobił, gdybym był pewny, że to on będzie potem szurał z miotłą albo machał różdżką by ogarnąć ten bajzel.