11.11.2023, 23:58 ✶
Chciałem być, kurde, wściekły na Persephonę. Miałem ku temu wiele powodów, które składały się razem, cóż, tylko w jedno stwierdzenie - odwracanie uwagi Otto ode mnie. Chciałem być dla niej gburem albo co. Może kląć jak szewc aż zwiędłyby jej uszy? Całkowicie możliwe. Niestety, kiedy tylko ujrzałem ją taką niską, wychudzoną, bladą, ogólnie drobną i dziwnie milczącą, to jakoś nie potrafiłem jej nienawidzić. Cholera, gdybym chciał, to bym wziął i ją przełamał na pół za pomocą samych rąk. Taka to była dziewczyna krucha. Kto wie? Może właśnie stąd brała się we mnie ta niepoprawna myśl? Może jej współczułem obsesyjnego brata...? A może powinna mi się lampka zapalić w głowie, bo milejdi była po prostu wilkiem w owczej skórze, hmm?
Warto było to przemyśleć, Hades - tak dokładnie pomyślałem, kiedy machnęła różdżką, robiąc te wszystkie czary. Ulżyło mi. Nie powiedziałem jednak nic. Skrzywiłem się jedynie, bo nie podobało mi się, że Otto wróci wieczorem. Chciałem go tu teraz, natychmiast, a nie, że miałem jeszcze czekać... Czekałem całą podróż statkiem, a dłużyło się jak diabli. Nie potrafiłem w nocy zmrużyć oka.
Chciałem zapytać Persephonę o Otto. Czemu mi nie odpisuje? Czy ma kogoś? Gdzie teraz jest? Czemu będzie dopiero wieczorem? Czy mogłem go gdzieś złapać? Czy można było jakoś przyspieszyć jego powrót...? Wszystkie te pytania jednak ugrzęzły w mojej głowie i ani drgnęły, kiedy omiotłem spojrzeniem wnętrze domu. I Persephonę, bo do niej również wróciłem wzrokiem. Próbowałem odczytać z jej oczu i ust, z gestów, akcentu, czemu Otto tak bardzo miał fioła na jej punkcie, ale żadna tajemnica chociażby kroplą nie ulała się z niej. Zagadka losu. Nie przepadałem za zagadkami.
Zrobiłem tylko wymowną minę, że mi nie po drodze są te wieczorne powroty Otto, deszcz za oknem i cała ta sytuacja. Wolałbym być gdzieś indziej z kimś innym, a zamiast tego utknąłem tu z Persephoną, osobą, która zabierała mi druha, przyjaciela, kochanka. Nie ręczyłem za siebie. Serce waliło mi jak szalone, szczególnie że byłem w jego domu. Byłem tak blisko i jednocześnie wciąż za daleko. Doprowadzało mnie to do szału. Zagryzłem nawet wargę, tak mocno, by nie zakląć siarczyście, paskudnie, może opluwając przy tym twarz. Nie chciałem sobie opluwać twarzy ani brody.
- Żmija z niego wstrętna, paskudna - stwierdziłem jednak ostatecznie gdzieś w bok, wpatrując się w posadzkę. Cóż, dosyć szybko straciłem nią zainteresowanie, bo spojrzałem na zastawę, dzbanek, jedną porcję nalanej herbaty. - Co to są za zioła? - zapytałem, kiwając palcem na te jej dzieło. Persephony dzieło. Herbatka. Może na uspokojenie albo na dostanie totalnej cholery?
Złapałem między palce drobną filiżankę i postawiłem przed sobą. Spoko, obsłużę się sam. Mogłem przynajmniej kontrolować ilość, a przy okazji być pewnym, że mi nic ta Persephona nie wleje do herbaty, ani nie wsypie, ani nie napluje. Kto wie? Może to ona nastawiła Otto przeciwko mnie? Może to ona tu była żmiją?
Cukru nie chciałem. Zero słodkich, zakłamanych słówek, tylko całą szczerą prawdę. Wbiłem w nią oczy. Świdrujące, takie po części zwalające z nóg, po części zabijające fragmenty duszy. Jeśli miało się coś na sumieniu, rzecz jasna.
- Nie usiądziesz ze mną? Czyżbym cię… odrażał? Albo co? - zapytałem, opierając się przedramionami o stolik i nieco wyciągając w jej kierunku. Powoli zaczynało mnie kusić zdjęcie kurtki, bo już odmarzałem po ulewie, z której mnie osuszyła. Drobny plus dla niej, ale tylko drobny. I tylko dlatego że łatwiej było się poruszać, kiedy nie ważyło się tony przez wodę zalegającą w każdej nitce odzienia.
Wykrzesałem teortycznie szeroki, ciepły uśmiech, ale był raczej taki... ironiczny? Kpiący sobie z jebanej sytuacji?
Warto było to przemyśleć, Hades - tak dokładnie pomyślałem, kiedy machnęła różdżką, robiąc te wszystkie czary. Ulżyło mi. Nie powiedziałem jednak nic. Skrzywiłem się jedynie, bo nie podobało mi się, że Otto wróci wieczorem. Chciałem go tu teraz, natychmiast, a nie, że miałem jeszcze czekać... Czekałem całą podróż statkiem, a dłużyło się jak diabli. Nie potrafiłem w nocy zmrużyć oka.
Chciałem zapytać Persephonę o Otto. Czemu mi nie odpisuje? Czy ma kogoś? Gdzie teraz jest? Czemu będzie dopiero wieczorem? Czy mogłem go gdzieś złapać? Czy można było jakoś przyspieszyć jego powrót...? Wszystkie te pytania jednak ugrzęzły w mojej głowie i ani drgnęły, kiedy omiotłem spojrzeniem wnętrze domu. I Persephonę, bo do niej również wróciłem wzrokiem. Próbowałem odczytać z jej oczu i ust, z gestów, akcentu, czemu Otto tak bardzo miał fioła na jej punkcie, ale żadna tajemnica chociażby kroplą nie ulała się z niej. Zagadka losu. Nie przepadałem za zagadkami.
Zrobiłem tylko wymowną minę, że mi nie po drodze są te wieczorne powroty Otto, deszcz za oknem i cała ta sytuacja. Wolałbym być gdzieś indziej z kimś innym, a zamiast tego utknąłem tu z Persephoną, osobą, która zabierała mi druha, przyjaciela, kochanka. Nie ręczyłem za siebie. Serce waliło mi jak szalone, szczególnie że byłem w jego domu. Byłem tak blisko i jednocześnie wciąż za daleko. Doprowadzało mnie to do szału. Zagryzłem nawet wargę, tak mocno, by nie zakląć siarczyście, paskudnie, może opluwając przy tym twarz. Nie chciałem sobie opluwać twarzy ani brody.
- Żmija z niego wstrętna, paskudna - stwierdziłem jednak ostatecznie gdzieś w bok, wpatrując się w posadzkę. Cóż, dosyć szybko straciłem nią zainteresowanie, bo spojrzałem na zastawę, dzbanek, jedną porcję nalanej herbaty. - Co to są za zioła? - zapytałem, kiwając palcem na te jej dzieło. Persephony dzieło. Herbatka. Może na uspokojenie albo na dostanie totalnej cholery?
Złapałem między palce drobną filiżankę i postawiłem przed sobą. Spoko, obsłużę się sam. Mogłem przynajmniej kontrolować ilość, a przy okazji być pewnym, że mi nic ta Persephona nie wleje do herbaty, ani nie wsypie, ani nie napluje. Kto wie? Może to ona nastawiła Otto przeciwko mnie? Może to ona tu była żmiją?
Cukru nie chciałem. Zero słodkich, zakłamanych słówek, tylko całą szczerą prawdę. Wbiłem w nią oczy. Świdrujące, takie po części zwalające z nóg, po części zabijające fragmenty duszy. Jeśli miało się coś na sumieniu, rzecz jasna.
- Nie usiądziesz ze mną? Czyżbym cię… odrażał? Albo co? - zapytałem, opierając się przedramionami o stolik i nieco wyciągając w jej kierunku. Powoli zaczynało mnie kusić zdjęcie kurtki, bo już odmarzałem po ulewie, z której mnie osuszyła. Drobny plus dla niej, ale tylko drobny. I tylko dlatego że łatwiej było się poruszać, kiedy nie ważyło się tony przez wodę zalegającą w każdej nitce odzienia.
Wykrzesałem teortycznie szeroki, ciepły uśmiech, ale był raczej taki... ironiczny? Kpiący sobie z jebanej sytuacji?