12.11.2023, 00:34 ✶
Tak, porywanie sierotek... Zajmowałem się porywaniem sierotek. Doskonale znałem tę legendę, aczkolwiek wolałem określać to w inny sposób - adoptowaniem może? Osobiście nie czułem się porwany, tylko przygarnięty. Tully podarował mi dom, którego nie miałem. Mogło być ze mną źle, mogłoby mnie na dobrą sprawę teraz tu nie być, ale poszło jak poszło i niczego nie mogłem żałować, bo to był jedyny wybór, jaki ktoś mógł za mnie podjąć, jaki mógłbym ja podjąć, gdyby ktokolwiek pytał mnie o zdanie... A może nawet pytał? Pamięć zacierała takie fakty z naszego życia, a dzień mojego dołączenia do cyrku to właściwie już nie pamiętałem wcale. Tyle się wtedy działo, dużo nowych niesamowitych rzeczy i twarzy.
Podniosłem się z ziemi i ogólnie z Flynna. Może to jednak faktycznie nie był dobry pomysł? Takie macanki o poranku na tym chłodnym, niemalże mroźnym powietrzu? A kto wie? Może serio bym go wrzucił do lodowatej wody? A potem jakieś przeziębienie albo inne cholerstwo mielibyśmy gwarantowane.
Wyciągnąłem dłoń do Flynna by pomóc mu się podnieść z tej mokrej twarzy, a kto wie... Może jak wstanie, to dostanie kolejnego buziaka? W usta albo w nos, albo w czoło. Zależało do tego, jak wysoko zadarłby głowę.
- Moje psychopatyczne ciągoty to, jak to ująłeś, porywanie dzieci - rzuciłem do niego neutralnie, choć gdzieś tam z tyłu znowu pojawiły się obawy, że może tak naprawdę Flynn nie traktował cyrku jako domu. Dla mnie to był żaden problem, ale ja nie porzuciłem domu na paręnaście lat. On z kolei porzucił nas, wrócił, ale... może traktował tylko jako tymczasowy hotel? Czy te jego obietnice były szczere? Te jego przyrzeczenia ile były warte? Może o to też powinienem zapytać kart?
- Powiedz mi, Flynn, czy ty czujesz się porwany przez cyrk? Dlaczego uciekłeś? Dlaczego wróciłeś? - zapytałem, stojąc z nim twarzą w twarz, a może właśnie wisząc nad nim niczym Bóg Ojciec Wszechmogący, o ile nie zdecydował się wcześniej skorzystać z mojej dłoni i wstać. Trudne tematy poruszałem, ale sam zaczął, więc... miał za swoje? Prędzej czy później i tak musieliśmy przeprowadzić tę rozmowę, no nie?
Nie oceniałem go. Nie krytykowałem. Po prostu chciałem wiedzieć. Pragnąłem go zrozumieć. Go i jego motywacje.
Podniosłem się z ziemi i ogólnie z Flynna. Może to jednak faktycznie nie był dobry pomysł? Takie macanki o poranku na tym chłodnym, niemalże mroźnym powietrzu? A kto wie? Może serio bym go wrzucił do lodowatej wody? A potem jakieś przeziębienie albo inne cholerstwo mielibyśmy gwarantowane.
Wyciągnąłem dłoń do Flynna by pomóc mu się podnieść z tej mokrej twarzy, a kto wie... Może jak wstanie, to dostanie kolejnego buziaka? W usta albo w nos, albo w czoło. Zależało do tego, jak wysoko zadarłby głowę.
- Moje psychopatyczne ciągoty to, jak to ująłeś, porywanie dzieci - rzuciłem do niego neutralnie, choć gdzieś tam z tyłu znowu pojawiły się obawy, że może tak naprawdę Flynn nie traktował cyrku jako domu. Dla mnie to był żaden problem, ale ja nie porzuciłem domu na paręnaście lat. On z kolei porzucił nas, wrócił, ale... może traktował tylko jako tymczasowy hotel? Czy te jego obietnice były szczere? Te jego przyrzeczenia ile były warte? Może o to też powinienem zapytać kart?
- Powiedz mi, Flynn, czy ty czujesz się porwany przez cyrk? Dlaczego uciekłeś? Dlaczego wróciłeś? - zapytałem, stojąc z nim twarzą w twarz, a może właśnie wisząc nad nim niczym Bóg Ojciec Wszechmogący, o ile nie zdecydował się wcześniej skorzystać z mojej dłoni i wstać. Trudne tematy poruszałem, ale sam zaczął, więc... miał za swoje? Prędzej czy później i tak musieliśmy przeprowadzić tę rozmowę, no nie?
Nie oceniałem go. Nie krytykowałem. Po prostu chciałem wiedzieć. Pragnąłem go zrozumieć. Go i jego motywacje.