Zdążyła się już przyzwyczaić, że na jej widok ludzie reagują różnie… Jedni się w nią wpatrywali jak w obrazek, inni z zaciekawieniem, jeszcze inni uciekali wzrokiem i udawali, że wcale przed momentem się na nią nie gapili. Niektórzy podchodzili zagadać, jeszcze inni szeptali coś pod nosem. Bezsprzecznie jednak pojawienie się gdzieś na horyzoncie Victorii Lestrange, powodowało pewne poruszenie, bo wydarzenia z Beltane w ludziach wciąż były żywe. A po wywiadzie, jaki dała w maju, a który ukazał się kilka dni temu w Proroku, ciekawość, która zdążyła opaść po miesiącu, u niektórych została na nowo rozbudzona.
Zgadza się, aurorzy też musieli jeść. Natomiast pracowała w różnych godzinach, czasami jej partner zanosił jej jedzenie do biura, czasami ona jemu… Wszystko, co stało się tej pamiętnej nocy z 1 na 2 maja odcisnęło jednak na Lestrange piętno i to, ze weszła do Limbo i z niego wyszła, całkiem żywa (a przynajmniej przedwczoraj zyskała pewność, że wciąż była żywa…), to była tylko jedna część medalu. Drugą było znoszenie wszystkiego, co się z tym wiązało. Dojmujące zimno, to, że nijak nie mogła się ogrzać, wspomnienia babci, jakie ciągle rozgrywała w głowie i szereg innych rzeczy sprawiły, że jadła zdecydowanie mniej niż powinna. I ktoś, kto dobrze ją znał, zapewne był w stanie to zauważyć, jak też to, że trochę schudła. Ale pod czarną koszulą i mundurem aurora być może nie było to tak dobrze widoczne.
[a]Miała na tacę nałożone już wszystko, co chciała (niespecjalnie dużo, ale zmuszała się do jedzenia) i właśnie wypatrzyła wolne miejsce przy jednym ze stolików, kiedy kątem oka dostrzegła ruch. Spojrzała w tamtą stronę, a Leon (tak chyba miał na imię? Był rok wyżej od niej w Hogwarcie, pamiętała to jak przez mgłę, ale coś jej się jednak kojarzyło) patrzył wprost na nią i machał… chyba do niej? Odwróciła się aż, by się upewnić, ale za nią nikt nie stał więc… Coś od niej chciał. I zaraz zresztą ją zawołał – więc nie miała już wątpliwości.
Było w niej wahanie i było to widać, bo co ktoś mógł od niej chcieć? Z drugiej strony… Co jej szkodziło? W zasadzie to nic. Więc po tym chwilowym zawahaniu ruszyła przed siebie w stronę Leona i stolika – który poza tym był pusty.
– Cześć – przywitała się krótko i z lekkością położyła tacę na stoliku. Dopiero teraz spojrzała na mężczyznę. – Leon, prawda? Dobrze pamiętam? – zagaiła krótko, i wolała to zrobić teraz i bezboleśnie, żeby zaraz nie popełnić jakiejś gafy. – Zakładam, że coś się stało. W czym mogę pomóc? – rzuciła bardzo bezpośrednio, po czym odsunęła sobie krzesło, żeby zaraz na nim usiąść z gracją.