Starała się być po prostu oazą spokoju, udawała, że nic ją nie rusza, ale w rzeczywistości przytyk Lorraine do jej wyglądu był skuteczny. Zaczynała mieć wątpliwości, a to nie było nic przyjemnego. Próbowała w głowie sobie wmawiać, że to nie jest prawda, a dziewczyna jest po prostu żałosnym człowieczkiem, który potrzebuje atencji innych osób, aby egzystować poprawnie w tym świecie. Obraża przy tym innych, aby siebie dowartościować. Nigdy nie potrafiła zrozumieć ślizgońskich dziewczyn, które były dosłownie śliskie. Nie chciała wrzucać przedstawicieli tego domu do jednego wora, bo poznała Augustusa i on był trochę inny niż sobie ich wszystkich wyobrażała. Jasne, prowadzili otwartą wojnę na korytarzach szkolnych, wytykali sobie błędy, czasem dostała jakimś zaklęciem od przypadkowej osoby, ale gdy w nocy dawała mu eliksiry, które u niej zamawiał rozmawiał z nią jak prawdziwa, żywa osoba. Miał swoje marzenia, pragnienia, czasami przekraczał granice jej komfortu, ale czuła się przy nim swobodnie. To był jeden z powodów, dla których ostatnio wycofywała się z tej relacji, unikała kontaktu z nim, uciekała przed nim chowając się szybko w swoim pokoju wspólnym po przekazaniu paczki. Nie mogła ryzykować, że poczuje do niego coś więcej niż przyjaźń. Musiała przed takimi emocjami uciekać, bo… no właśnie. Sama nie wiedziała, dlaczego się przed nimi chroniła, ale była jak prawdziwy skorpion – pluła jadem na zapas, aby nie zostać zranioną.
Przemilczała jej wyjaśnienie dotyczącej koleżeńskiej rady, zignorowała też wcześniejsze przesunięcie donicy. Skrzywiła się jednak przy tym jaki hałas dziewczyna robiła. Musiała jak najszybciej kończyć swoje zadanie i wypierdalać z tego cyrku, bo jeszcze przez taką głupotę dostanie szlaban, a tego naprawdę nie chciała. Na błoniach widziała Augustusa – chyba zmienił swoje miejsce patrolu, może sam chciał jej unikać? Może też nie chciał z nią kontaktu, albo nie chciał być przez nią zauważony? Mówiła mu ostatnio, że skończyły jej się składniki, może czekał, aż sama się tu pojawi? Nie była niczego pewna, ani nie chciała dłużej o tym myśleć. Blondynka zaczęła gadać, a Avelina wpakowała roślinki do swojej torby ukrywając je gdzieś w kieszonkach, aby nie zostały odnalezione. Wyprostowała się i spojrzała na Lorraine. Ledwo powstrzymała się przed parsknięciem śmiechem, gdy wspomniała o Ulyssesie Rookwoodzie.
– Niestety to nie on, a jego młodszy brat, który należy do tych najbardziej narwanych Rookwoodów – westchnęła ciężko. Na pewno słyszała o tych bliźniakach, którzy potrafili siać często zamęt. Augustus zdecydowanie był z nich najmniej opanowany i cholernie dobrze się pojedynkował, więc Avelina nigdy nie próbowała rzucać w niego zaklęciem, ale czasami się o to prosił.
– Co będziesz robić eliksiry na biegunkę i maści na pryszcze? Aż tak poważny biznes ci się tu kroi? – prychnęła i ruszyła w jej kierunku, aby ją minąć i opuścić to przeklęte miejsce. – Póki co to ty tutaj hałasujesz jak buhorożec w składzie porcelany – dodała jeszcze patrząc prosto w jej jasne oczy. Avelina dosłownie była jej przeciwieństwem.