I jak tu się miał nie zgadzać ze swoją małżonką kiedy prawiła najszczerszą prawdę. Ci - młodzi - pędzili na złamanie karków, ciągle chcieli więcej, wszystko robili w biegu... Ale czy można było im się dziwić? Życie mieli jedno, a doba trwała tylko 24 godziny, co zapewne było problemem dla niektórych. Z drugiej zaś strony czy oni też tacy nie byli kiedyś i teraz po prostu patrzyli "z góry" na poczynania swoich młodszych członków rodziny?
- Dlatego właśnie trzeba ich życia trochę zwolnić bo się nabawią tych wszystkich chorób albo innych renautyzmów zanim dotrą do czterdziestki... - pokręcił przecząco głową z troski o najmłodszych - Mnie też to boli, że ich nie ma... Ale nie możemy zabronić tego. Mają takie samo prawo do podjęcia swoich decyzji czy nauki na własnych błędach jak mieliśmy my - stwierdził - To zupełnie tak jakby 20 lat temu rodzice mi powiedzieli abym nie brał Ciebie Józia za żonę... w życiu bym się na coś takiego nie zgodził - dodał - Miejmy tylko nadzieję, że kiedyś zrozumieją, że trzeba trochę zwolnić - skwitował ze swojej strony, a następnie wsłuchał się w rozważania swojej żony. Ciężko było się z nimi nie zgodzić - lato było najlepszym okresem dla kogoś kto trudzi się tego typu fachem... a to był dopiero początek tej pory roku i rzeczywiście miało być już tylko lepiej!
Kiedy Józefina złapała go pod dłoń, aż westchnął, pogrążając się na moment w nostalgii - Ahh. Stare czasy się przypominają jak wracałaś na wakacje ze szkoły, zupełnie jak nasza Alice teraz - przyznał, krocząc powoli wśród drzew w kierunku ich domostwa - Zawsze Cie zabierałem na spacer po sadzie rodziców... no i zabierałem mamie kwiaty dla Ciebie, a ona nigdy nie była zadowolona ale no cóż... musiała się z tym pogodzić skoro to dla większego dobra było, prawda? - zapytał, chociaż nie potrzebował potwierdzenia na swoje słowa. Przez te wszystkie lata może i narobił trochę szkód wśród ogródka rodziców ale robił to dla swojej ukochanej, później narzeczonej, aż w końcu małżonki. Gdyby ktoś zapytał Otto czy było warto w dniu dzisiejszym, ten rzekłby bez sekundy zawahania, że jak najbardziej i zrobiłby to jeszcze raz gdyby zaszła taka potrzeba. Z biegiem lat, sam się jednak dorobił własnej ziemi i nie potrzebował już podbierać roślin u swojej matki, a mógł z własnego ogrodu.
- Usiądź najdroższa na moment, a ja zaraz wrócę z kawą - poprosił, przejeżdżając dłonią po jej plecach aby tym samym ją do tego zachęcić - Rozmówimy się, jak najbardziej... Ale tak na spokojnie trzeba, jeno wspomnieć aby bardziej się szanował - rzucił, znikając w środku i czym prędzej kierując się do kuchni. Sprawnym ruchem różdżki zacząć grzać wodę, a w międzyczasie przygotował dwa kubki z czarnym napojem tak jak uwielbiali to popijać. Do mlecznika nalał mleka - tak jak to wskazywała nazwa. Kiedy woda była już zagotowana, nalał wody i ułożył na tacce, ruszając w kierunku podwórka.
- Tadaam! - rzekł trochę głośniej ale nie krzycząc, aby przypadkiem nie wystraszyć Józi, poczym rozstawił wszystko na stole - Proszę. Ta dla Ciebie, a ta dla mnie - wskazał odpowiednie kubki i czym prędzej zerknął do pudełka z bezami od ich drogiej Norki - Spróbujmy tych pyszności... - zawahał się przez moment, losując swoją szczęśliwą słodkość, pomimo faktu, że z tą był w związku małżeńskim od ponad 20 lat. W końcu się jednak zdecydował na jedną i wziął gryza - No palce lizać, aż słów mi brakuje na ten smak. Idealne po prostu - stwierdził, oblizując palce. Szybko skonsumował resztę bezy i wskazał dłonią dwie sowy na horyzoncie - Hmmmkffttppttrrm - spróbował zwrócić uwagę Józi na nadlatujące ptaki ale nie wypadało mówić z pełnymi ustami ani wskazywać palcem wskazującym. Liczył, że zrozumie o co mu chodzi, a nawet jeśli nie, to po prostu się rozejrzy.
To było dopiero pomysłowe - któreś z ich pociech wysłało swoją sówkę wraz z Bimberkiem aby go nie przemęczyć - A to ciekawe, ciekawe - przyznał, popijając kawą kiedy zwierzęta wylądowały na ganku.