13.11.2023, 13:00 ✶
W tej chwili Mark chyba nie myślał jeszcze o łamaniu zasad, chociaż zdawał się odrobinę rozczarowany, że nie będzie mu wolno używać magii poza szkołą. Pudełko z różdżką włożył w każdym razie do torby i tulił je do siebie podczas całej drogi do Esów i Floresów.
- Ewentualnie nawet jak ktoś próbuje, to i tak nie ma żadnych szans, bo nie ma odpowiedniego nazwiska - skwitowała Brenna lekkim tonem, chociaż gdy zerknęła na Marka pomyślała, że to bardzo ładnie obrazuje problemy, z jakimi chłopak będzie kiedyś się borykał.
Nieważne, jak bardzo utalentowany jesteś. Konkurując z kimś z rodziny czystej krwi, a nawet z tych najbardziej znanych półkrwi - jak Bagshotowie czy Abbottowie - nie miałeś wielkich szans.
- Księgi czarów mogą być nudne? - zdziwił się chłopak. Dla niego, wychowanego w mugolskiej rodzinie, dotąd siedzącego nad ułamkami, fizyką i geografią, wizja nauki zamiast tego czarów wydawała się zbyt fascynująca, aby mógł chociaż pomyśleć, że to kiedykolwiek go znudzi.
- Niektóre - przytaknęła Brenna. - Po roku - dwóch pewnie będziesz miał niektórych rzeczy dosyć. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale po pewnym czasie nawet to, że duch prowadzi zajęcia, przestaje na tobie robić wrażenie.
- Duch? - powtórzył Mark, zerkając na nią podejrzliwie, jakby niepewny, czy kobieta sobie z niego żartuje, czy mówi poważnie. Brenna znów zawahała się przed odpowiedzią: zwykle wyrzucała z siebie słowa bez namysłu i w dużej ilości, ale teraz rozmawiała z dzieckiem, dla którego wszystko było nowe. Nie chciała dzieciaka nadmiernie przytłoczyć.
- W Hogwarcie mieszka kilka duchów, ale są nieszkodliwe i przyjazne - zapewniła w końcu, mając w pamięci jeden, mugolski horror, na którym kiedyś była w kinie. Mark prawdopodobnie miał w głowie trochę inne zjawy niż Gruby Mnich z Hufflepuffu.
Chłopiec spuścił nieco głowę, gdy kazano mu wydać pieniądze na słodycze. Brenna przygryzła wargę, przez chwilę się zastanawiając. Było raczej oczywiste, że dzieciaka po prostu nie stać na to, aby kupić wyprawkę samemu. Równie oczywiste było, że nie należał do tych dzieci, które nie miały problemu z proszeniem o pieniądze innych - zapewne rodzice niekoniecznie spełniali wszystkie jego zachcianki.
Duma. Musiała nauczyć się ją rozumieć. Inaczej ze swoimi skłonnościami do obdarowywania wszystkich wkoło, prędko uraziłaby sporo osób.
- Potraktuj to jako stypendium - poprosiła w końcu, mając nadzieję, że to właściwa droga. - Inwestycja w twoją przyszłość. Ucz się dobrze, a o tym, w jaki sposób się odwdzięczysz, porozmawiamy za parę lat, dobrze?
- Ewentualnie nawet jak ktoś próbuje, to i tak nie ma żadnych szans, bo nie ma odpowiedniego nazwiska - skwitowała Brenna lekkim tonem, chociaż gdy zerknęła na Marka pomyślała, że to bardzo ładnie obrazuje problemy, z jakimi chłopak będzie kiedyś się borykał.
Nieważne, jak bardzo utalentowany jesteś. Konkurując z kimś z rodziny czystej krwi, a nawet z tych najbardziej znanych półkrwi - jak Bagshotowie czy Abbottowie - nie miałeś wielkich szans.
- Księgi czarów mogą być nudne? - zdziwił się chłopak. Dla niego, wychowanego w mugolskiej rodzinie, dotąd siedzącego nad ułamkami, fizyką i geografią, wizja nauki zamiast tego czarów wydawała się zbyt fascynująca, aby mógł chociaż pomyśleć, że to kiedykolwiek go znudzi.
- Niektóre - przytaknęła Brenna. - Po roku - dwóch pewnie będziesz miał niektórych rzeczy dosyć. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale po pewnym czasie nawet to, że duch prowadzi zajęcia, przestaje na tobie robić wrażenie.
- Duch? - powtórzył Mark, zerkając na nią podejrzliwie, jakby niepewny, czy kobieta sobie z niego żartuje, czy mówi poważnie. Brenna znów zawahała się przed odpowiedzią: zwykle wyrzucała z siebie słowa bez namysłu i w dużej ilości, ale teraz rozmawiała z dzieckiem, dla którego wszystko było nowe. Nie chciała dzieciaka nadmiernie przytłoczyć.
- W Hogwarcie mieszka kilka duchów, ale są nieszkodliwe i przyjazne - zapewniła w końcu, mając w pamięci jeden, mugolski horror, na którym kiedyś była w kinie. Mark prawdopodobnie miał w głowie trochę inne zjawy niż Gruby Mnich z Hufflepuffu.
Chłopiec spuścił nieco głowę, gdy kazano mu wydać pieniądze na słodycze. Brenna przygryzła wargę, przez chwilę się zastanawiając. Było raczej oczywiste, że dzieciaka po prostu nie stać na to, aby kupić wyprawkę samemu. Równie oczywiste było, że nie należał do tych dzieci, które nie miały problemu z proszeniem o pieniądze innych - zapewne rodzice niekoniecznie spełniali wszystkie jego zachcianki.
Duma. Musiała nauczyć się ją rozumieć. Inaczej ze swoimi skłonnościami do obdarowywania wszystkich wkoło, prędko uraziłaby sporo osób.
- Potraktuj to jako stypendium - poprosiła w końcu, mając nadzieję, że to właściwa droga. - Inwestycja w twoją przyszłość. Ucz się dobrze, a o tym, w jaki sposób się odwdzięczysz, porozmawiamy za parę lat, dobrze?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.