Matka jedna wiedziała, że Jackie doświadczyła w swoim życiu wystarczająco wiele przeciwności i niepowodzeń, aby zasługiwać na to, żeby ten jeden raz uśmiechnęło się do niej szczęście. I wyglądało na to, że właśnie tak będzie. Michael, który na początku był do niej słusznie nastawiony nieufnie, zdawał się ogrzewać i przekonywać do jej osoby. Oczywiście, Jackie wiedziała, że nie byli przyjaciółmi, ani nawet dobrymi znajomymi. Ale nie byli też już sobie obcy, a ona naprawdę miała nadzieję wiele nauczyć się od samego abraksana, jak też poprzez jego obserwację.
Kiedy koń zapytał ją o kolejne jabłko, udała, że się zasmuca i pokręciła głową.
- Niestety nie mam więcej jabłek... - zaczęła, jednocześnie sięgając jednak ręką do innej sakiewki przy pasie i wyłuskując z niej palcami niewielki cukierek. Dla Michaela, mógł zdawać się śmiesznie mały, ale też wiedziała, że nadmierne ilości słodyczy mogłyby mu zaszkodzić. Cukierek był karmelowo-kajmakowy i nasączony ognistą whiskey, za którą te stworzenia - o ile wiedziała - przepadały. Jackie bardzo cieszyła się, że poprosiła parę dni wcześniej Norę Figg o przygotowanie dla niej domowej roboty cukierków. Domyślała się, że kiedy zacznie zarabiać, będzie musiała umówić się z przyjaciółką na stałe dostawy tych łakoci - chociaż w żadnym wypadku nie planowała przekarmiać nimi abraksanów. -... ale zaplątało mi się to. Wybaczysz? - to ostatnie powiedziała bardziej do Laurenta, niż jego rumaka. Mrugnęła przy tym do Michaela okiem i wyciągnęła otwartą dłoń z łakociem w stronę jego pyska.
Cieszyła się, że przeszła pozytywnie test, chyba jeden z najważniejszych jakim planował ją poddać Laurent. Widać było, że nie szuka pracownika, który pozjadał wszystkie rozumy i miał opanowaną w małym paluszku teorię, a raczej kogoś kto gotowy jest uczyć się od podstaw praktycznego podejścia.
- Do widzenia, Michaelu. - pożegnała się uprzejmie z ogierem.
Kiedy Laurent wskazał jej drogę powrotną, pokiwała głową i ruszyła w stronę stajni. Widać było, że obecność abraksana, rozmowa z nim i jej pozytywne zakończenie bardzo ją rozluźniło. Jej kroki nie były krótkie i niepewne, stały się bardziej spokojne i zrelaksowane. Opuściła nieco ramiona, nie sięgała też nerwowo do sakiew ani nie spoglądała co chwila niepewnie ukradkiem na Laurenta. Na jej twarzy zagościł uśmiech, policzki zarumieniły się zdrowo, a jej oczy błyszczały podekscytowaniem na myśl o wspaniałych dniach, które miała szansę spędzić u boku jego i jego pracowników. Bo ktoś kto zamienił swoją pasję w pracę, nie pracował tak naprawdę ani jednego dnia w życiu. A ona miała nadzieję dokładnie to uczynić.
A potem Laurent zapytał ją o to, czego miała nadzieję, że być może nie zauważył lub zignorował, przy ich spotkaniu z Michaelem. Jackie do tej pory nigdy nikomu nie tłumaczyła się ze swojej przypadłości. Ojciec i brat zostali poinformowani przez Dumbledore'a oraz opiekuna jej domu, a wszyscy znajomi, których obecnie miała byli też znajomymi Samuela i to on informował wszystkich jak wygląda sytuacja. W tym krótkim okresie czasu kiedy pracowała w Ministerstwie, nie informowała nikogo o swojej klątwie. Była ona na tyle rzadka, że nie istniał żaden spis ani żadne wytyczne, których musiałaby się trzymać. Potem zaś pracowała głównie dorywczo, dla konkretnych czarownic i czarodziejów, którym nie musiała się z niczego tłumaczyć, tak długo jak rozwiązywała ich problem z infestacją kołkogonów czy relokowała lunaballe, które w ich zagajniku założyły gniazdo. Teraz natomiast Laurent zapytał ją bardzo otwarcie, czy jest coś czym chciałaby się z nim podzielić, bardzo niesubtelnie nawiązując do sposobu w jaki odebrał ją Michael.
Dziewczyna znów spuściła głowę a w jej kroku można było zobaczyć wkradającą się sztywność i niepewność. Co miałaby mu powiedzieć? "Tak, co jakiś czas zamieniam się w ogromnego wilka i hasam sobie w jego formie po lesie, ale to nie tak jak myślisz! Nie jestem wilkołakiem, po prostu ciąży na mnie ekstremalnie rzadka klątwa i pewnego dnia zostanę tym wilkiem już na zawsze." nie brzmiało jak coś co porusza się na pierwszej randce, a co dopiero na rozmowie rekrutacyjnej do pracy. Z drugiej strony, rozumiała jego troskę o stworzenia powierzone jego opiece i cały rezerwat. Sama na jego miejscu byłaby bardzo uważna w doborze załogi, która miała z nimi kontakt. Żyli w świecie, w którym jedna niewłaściwa decyzja mogła kosztować życie wiele magicznych stworzeń. Ludzi też.
- Nie... - zaczęła, mając już w głowie dokładnie ułożone gładkie, wygodne, białe kłamstewko, dzięki któremu otrzyma tą pracę i będzie szczęśliwa. A potem przypomniała sobie z jaką ufnością patrzył na Laurenta abraksan i zrozumiała, że nie miała prawa stawiać swojego szczęścia ponad ich dobrobyt. - Tak... Przepraszam, że zataiłam to przed panem w moim liście aplikacyjnym. Miałam nadzieję, że może... - pokręciła głową, czując że głos jej drży. - ... Nie ważne, ma pan rację. Nie powinnam tego zatajać. Ciąży na mnie klątwa, która prawdopodobnie została mi przekazana przez matkę. Choć nie jestem pewna, bo nigdy jej nie poznałam.
Jackie zatrzymała się i obróciła przodem do Laurenta. Choć było to dla niej trudne, patrzyła na niego, kiedy mówiła, a przynajmniej skupiła wzrok na jego ustach, bo nie mogła zmusić się by mu spojrzeć prost w oczy.
- Zapewniam, że nie jestem zagrożeniem dla nikogo. Kiedy klątwa się dopełni, przestanę jednak być człowiekiem, a stanę się... Cóż, będę bardziej podobna stworzeniom, którymi się pan tu opiekuje. - nie mogło przejść jej przez usta słowo "wilk", choć przecież jego istota była jej często bliższa niż jej własna. Ale przeżyć coś, a opowiedzieć o tym komuś obcemu, to były dwie zupełnie różne rzeczy.
- W każdym razie, pójdę już. Przepraszam, że zajęłam pana cenny czas. - zakończyła i odwróciła się, żeby odejść. Była gotowa teleportować się kilka kroków dalej, nawet ryzykując torsje i rozszczepienie, byle tylko nie musieć słuchać zawodu i rozczarowania w jego głosie, kiedy odmówi jej pracy.