Obezwładnieni samotnością, jednocześnie będąc razem – ich orbity zawsze przecinały się w jednym miejscu; tym przeklętym, skalanym potrzebą momencie, gdy wbijał palce w miękkość jej ciała, a ona znaczyła bladoróżowymi śladami paznokci jego ramiona. Każde uniesienie nosiło znamiona bram piekielnych, samego Hadesu, rzeki Styks, w której z wolna się zanurzali – nigdy nie czuła tak głębokiej, nieposkromionej miłości, jak do niego. Prawdopodobnie dlatego tak łatwo przychodziło jej wracanie do niego każdorazowo, gdy kajał się na kolanach, że już nie będzie, że to ostatni raz. Miękko odwracała głowę od jego pijackich występków, bo wiedziała jedno: w psi sposób należał do niej i tylko ona była w stanie popchnąć go na skraj ekscytacji i spokoju zarazem. Nie liczyły się te wszystkie potłuczone naczynia; te ciosy opadające z obu stron; westchnięcia mające swoje źródło w skropionej nutami miłości alkowie.
Gwiazdy tej nocy migotały wyjątkowo wyraziście, znacząc nieboskłon czarny jak rozlana kawa, siateczką brylantów. Ta noc była właściwa; ta noc była wiążąca i nie liczyło się absolutnie nic innego, tylko oko księżyca spowijające w bladym blasku londyńskie ulice. Widzieli rzeczy takimi, jakimi one są – bez wymazywania wspomnień, bez odsuwania się od tego absolutu. Chciałaby, aby ktoś wyzerował jej życie, aby była zawsze jego. Bo nikt jej nie kochał tak bardzo, jak on.
Wiedziała, że gwiazdy tej nocy ścisną się w zwięzły ciąg: non omnis moriar.
Bo była jednocześnie świętą, co demoniczną. Otwarte rany, jątrzące się każdorazowo przy ich dotykaniu, milkliwie ukazywały ciepłotę wnętrza, w którym – choć zamknięta listopadowa bestia – ulokowała uczucia do niego. Nigdy nie potrafiła go odrzucić; nigdy nie potrafiła go kochać właściwie jednocześnie; to on był jej otwartą raną, to on nie potrafił się zasklepić.
– Jeśli jesteś moim przeznaczeniem, to całe życie czekałam na takie przeznaczenie – rzekła półgłosem, smukłe palce wplatając w jego włosy, drugą dłoń umiejscawiając na jego karku.
Było w tym geście coś nieodwołalnie miękkiego i delikatnego; jak trzepot skrzydeł sikorki i jednocześnie jak deszcze majowe. Uśmiech wstąpił na jej wargi, rozlewając się powoli jak późnoletni sok; filuterność zawarta w tym, jak błysnęła zębami, była nieodparcie urokliwa. Bo przecież jej atrybutem były jednocześnie czułość i diabelskie widły – on zdawał się z tym pogodzić.
– Nie chcę być jedynie piękną kobietą u twojego boku. Chcę być ci równa; chcę móc decydować o sobie; chcę tak wielu rzeczy, Alex, które boję się, że mi odbierzesz – stwierdziła gorzko, odwracając na moment wzrok od jego burzliwych, błękitnych tęczówek – tak bardzo w opozycji do jej orzechowej toni, w której zakochiwali się mężczyźni od pierwszego wejrzenia. Pewien urągliwy uśmiech jednak, nie odszedł w niebyt, nadal spoczywał miękko na jej wargach, drżąc nieprzejednanie kącikami.
– Tak, boję się – odparła gorzko, przybierając jednak na usta odciśniętą całunem łagodność. Zatrzepotała tym czarnym welonem rzęs – wiedziała, że zawsze mu się podobała taka – skąpana w akwenie uległości, jednocześnie będącą dominantą świadomą swojego ciała i ruchów. I choć nie dorosła jeszcze do podwiązek – w jej naturze drobnej lolity nie ujmowało to uroku.
W końcu pokochał ją odpowiednio już gdy ledwie skończyła osiemnastą wiosnę. Początkowo ich układ był zdrowy; prędko jednak urósł do rangi toksyczności, która jednak nie przeszkadzała im we wzajemnym wracaniu do siebie – jego z odmętów białego puchu, jej z objęć tych, którym nie była przeznaczona. Bo przecież należała do niego od zawsze i na zawsze – skuło ich ze sobą przeznaczenie, a jak wiadomo, z przeznaczeniem nie wchodzi się w dyskusję. Kochała go absurdalnie mocno, jednocześnie nienawidząc doszczętnie – było w nim coś, co kazało jej się uginać, jednak to on uginał się pod ciężarem zastawy lecącej w jego kierunku podczas jednej z siarczystych kłótni, które przyszło im rozgrywać.
Pewna energia trzymała ich ze sobą, zawarta w każdej myśli i dotyku – silna jak żadna inna.
Ugięła brwi, poirytowana jego tonem – nigdy nie rozumiała jego nieodwołalnego chłodu goszczącego w głoskach, obojętności przebijającej się przez grubą kanwę zimowej burzy. Nagie ciało drżało pod jego dotykiem, mając na sobie jedynie narzuconą luźno koszulę; ułożyła dłonie na jego ramionach, wbijając igłę roziskrzonego spojrzenia w nieodkryte meandry jego błękitnych tęczówek.
– Nie uwalniaj się ode mnie nigdy – wyszeptała półgłosem, palce przenosząc z jego ramion na jego policzki. – Obiecaj mi to. Obiecaj. – Słowa potoczyły się same. – Jestem tak ogromną hipokrytką, Alex. Nie wiedziałam… Nie, nie chciałam wiedzieć, jak bardzo rani cię widok mnie u boku innego. Zorientowałam się o tym, gdy pomyślałam, jak bardzo moje serce by rozdarł widok ciebie z kobietą, która nie jest mną. Kocham cię, Alex, kocham cię najbardziej.
– Bardziej niż ciebie, boję się siebie – wyznała szczerze, a kąciki jej ust opadły w skupieniu.
Chciała z nim upadać i się wznosić; nic nie nęciło jej tak bardzo, jak wspólny upadek – rozbicie się o sam bruk piekła. Uwielbiała w nim nieprzewidywalność i burzliwe emocje, które skrywał pod stoicką powłoką; był tak różny od niej – egzaltowanej panny z dobrego domu, o myślach wyraźnie odbijających się na twarzy – gdzieś między oczami a zadzieranym noskiem. Chciała do niego należeć równie mocno, co aby on należał do niej; aby cudze dłonie go nie dotykały w sposób, w który mogła tylko ona – ślizgać się dotykiem po jego ciele, usta gorączkowo dociskać do jego warg; tak, jakby jutro miało nie nadejść.
Rozpromieniła się momentalnie; Alex ją kochał – tylko ją.
– Ja ciebie też. To jest odpowiedni moment, bierzemy ślub – zawyrokowała, wciąż rozanielona deklaracją miłości, powiedzianej głosem tak czułym i miękkim, jak te chmury, które wędrowały po nocnym niebie.
On był często zamknięty, a ona była kluczem, który mógł go otworzyć – jego i tę całą plejadę bycia Alexem. I choć jej niewinność była grana, trzymanie go za dłoń o poranku – w końcu w takiej konfiguracji zasypiali co noc: ze splecionymi palcami, nią wtuloną w jego ramię, nim odurzonym zapachem jej perfum, którymi bez cienia wątpliwości pachniała jego amortencja. Lubiła, gdy budząc się rano, czuła jego niegolony, trzydniowy zarost na czubku swojej głowy, gdy zgarniał ją do siebie przez sen mimowolnie. Tak, jakby jutro miało nie nadejść.
– Czy naprawdę małżeństwo trzeba konsumować po ślubie? – zapytała, głosem podszytym chichotem, zsuwając się ze stołu.
Zniknęła na moment w pokoju, a Alex mógł słyszeć jedynie, jak grzebie w szufladach szafy i szuka odpowiedniej kreacji. Znalazła sukienkę, którą kiedyś podarowała jej matka – z myślą, że kiedyś w niej wyjdzie za mąż. Cóż, matka nie byłaby zachwycona, że mariaż odbędzie się w cygańskiej przyczepie z mężczyzną o opinii poszlakowanej; czuła jednak, że to właściwe. W progu salonu powitała go w koronkowej, białej sukience, linią kończącej się w połowie łydki, o rozkloszowanym kroju i urokliwej stójce. Skrzyżowała ręce na piersi, wzrokiem nieomal pytającym: i jak?
Bardzo liczyła, że odejmie mu mowę.
– Więc jaki jest plan? Masz obrączki? Kto nam udzieli ślubu? – zalała go kaskadą pytań.