14.11.2023, 22:17 ✶
Laurence był tym typem człowieka, który ruszyłby na koniec świata, by pomóc innym, gdyby wiedział że to przyninesie efekt, jaki zamierzał uzyskać. Był... inny. I tak jak wszyscy nazywali dużą część rodziny Lestrange dziwnymi, tak Laurence dla Rodolphusa był dziwny. W tym ciekawym tego słowa znaczeniu. Na nienawiść było jeszcze za wcześnie, podobnie jak na pogardę. Oczywiście że w sprawach rodziny jego wyroki nie były tak ostre i natychmiastowe, jak w przypadku obcych mu osób.
Jeżeli można było jakoś najlepiej podsumować stan kobiety, to przelewanie się przez ręce było chyba najlepszym określeniem. Patrzyła zamglonym spojrzeniem to na Laurenca, to na Rodolpha. Widać było, że nawet mruganie sprawia jej ból i trudność. Rolph patrzył na tę scenę jak oczarowany. Sącząca się coraz wolniej krew, półprzytomne, mgliste spojrzenie i próby poruszania ustami były hipnotyzujące. Do tego stopnia, że przez chwilę kucał w bezruchu, jakby napawał się jej cierpieniem i całą makabryczną scenerią, która się rozgrywała wokół ataku. Jeżeli jednak coś mogło przywrócić go do realnego świata, to właśnie głos Laurenca. Rodolphus zamrugał kilka razy.
- Spójrz na mnie - powiedział miękko, ocieplając lekko spojrzenie. Złagodził rysy twarzy i ujął podbródek kobiety, by przekręcić jej głowę w swoją stronę. Nie obchodziła go, ale musiał grać w imię reputacji i przyszłych korzyści. A był dobrym aktorem, przynajmniej w swoim mniemaniu. - Anne. Jakie było twoje pierwsze zwierzę?
Nie zadał tego pytania bez powodu. Zwierzęta powodowały ciepłe wspomnienia. Na dobre zakorzeniały się w umysłach ludzi, przywiązanie do nich było jedną z nici, które trzymały ludzi na tym świecie. Większość mieszkańców Doliny Godryka miała zwierzęta lub jakkolwiek z nimi obcowała, to nie były zapuszczone, wysokie kamieniczki w Londynie. Tu były otwarte tereny, psy, koty, stadniny koni w oddali. Musi istnieć jakaś nić połączenia między Anne a czymś miłym tutaj.
- Lucky - szepnęła, pozwalając by młodszy Lestrange przechylił jej głowę w swoją stronę. Nie miała sił protestować, a dzięki temu manewrowi Laurence mógł wyczarować potrzebne mu przedmioty do tego, by zatamować krwawienie. - Był jak ty. Ale blond.
Odpowiadała starszemu, ale patrzyła na młodszego. Oczy się zamknęły, a Rolph delikatnie puknął kobietę w czoło. Na chwilę odzyskała przytomność.
- To był pies? - mrugnięcie wziął za "tak". Znowu puknął ją w czoło, bo zaczęła mu odpływać. - Jaka rasa?
Kobieta milczała. Utrzymywała jednak przytomność, starała się odpowiedzieć, ale była tak bardzo senna i słaba. Jeszcze chwila a im zejdzie.
- Nie chcemy ci zrobić krzywdy, Anne, ale musisz być silna - odezwał się znowu. W tej grze był rycerzem na białym koniu a Anne czystokrwistą czarownicą, która została zaatakowana przez mugola. Tylko uciekając w sferę wyobraźni był w stanie utrzymywać tę żałosną postawę.
Gdy Laurence zatamował krwawienie, nie rozwiązało to problemu skrajnego osłabienia i najpewniej uszkodzenia narządów wewnętrznych. Największe uszkodzenie zostało tymczasowo załatane, ale wiedział doskonale, że to rozwiązanie na kilka chwil. Anne nie miała już sił, bolał ją absolutnie każdy kawałek ciała.
- Laurence, ona odpływa - nie mógł nic zrobić, chyba że uderzyć mocniej, by ją otrzeźwić. Ale powstrzymał się, podejrzewając że zbyt mocny cios może ją zabić. Gdy puścił jej podbródek, głowa Anne opadła bezwładnie na klatkę piersiową. - Idę po pomoc.
Zerwał się, wyjątkowo sprawnie, na równe nogi i zniknął za zaułkiem. Kopnął coś, ale nie zwrócił na to uwagi. Coś miękkiego, czarnego. Wyglądało jak mugolska portmonetka.
Jeżeli można było jakoś najlepiej podsumować stan kobiety, to przelewanie się przez ręce było chyba najlepszym określeniem. Patrzyła zamglonym spojrzeniem to na Laurenca, to na Rodolpha. Widać było, że nawet mruganie sprawia jej ból i trudność. Rolph patrzył na tę scenę jak oczarowany. Sącząca się coraz wolniej krew, półprzytomne, mgliste spojrzenie i próby poruszania ustami były hipnotyzujące. Do tego stopnia, że przez chwilę kucał w bezruchu, jakby napawał się jej cierpieniem i całą makabryczną scenerią, która się rozgrywała wokół ataku. Jeżeli jednak coś mogło przywrócić go do realnego świata, to właśnie głos Laurenca. Rodolphus zamrugał kilka razy.
- Spójrz na mnie - powiedział miękko, ocieplając lekko spojrzenie. Złagodził rysy twarzy i ujął podbródek kobiety, by przekręcić jej głowę w swoją stronę. Nie obchodziła go, ale musiał grać w imię reputacji i przyszłych korzyści. A był dobrym aktorem, przynajmniej w swoim mniemaniu. - Anne. Jakie było twoje pierwsze zwierzę?
Nie zadał tego pytania bez powodu. Zwierzęta powodowały ciepłe wspomnienia. Na dobre zakorzeniały się w umysłach ludzi, przywiązanie do nich było jedną z nici, które trzymały ludzi na tym świecie. Większość mieszkańców Doliny Godryka miała zwierzęta lub jakkolwiek z nimi obcowała, to nie były zapuszczone, wysokie kamieniczki w Londynie. Tu były otwarte tereny, psy, koty, stadniny koni w oddali. Musi istnieć jakaś nić połączenia między Anne a czymś miłym tutaj.
- Lucky - szepnęła, pozwalając by młodszy Lestrange przechylił jej głowę w swoją stronę. Nie miała sił protestować, a dzięki temu manewrowi Laurence mógł wyczarować potrzebne mu przedmioty do tego, by zatamować krwawienie. - Był jak ty. Ale blond.
Odpowiadała starszemu, ale patrzyła na młodszego. Oczy się zamknęły, a Rolph delikatnie puknął kobietę w czoło. Na chwilę odzyskała przytomność.
- To był pies? - mrugnięcie wziął za "tak". Znowu puknął ją w czoło, bo zaczęła mu odpływać. - Jaka rasa?
Kobieta milczała. Utrzymywała jednak przytomność, starała się odpowiedzieć, ale była tak bardzo senna i słaba. Jeszcze chwila a im zejdzie.
- Nie chcemy ci zrobić krzywdy, Anne, ale musisz być silna - odezwał się znowu. W tej grze był rycerzem na białym koniu a Anne czystokrwistą czarownicą, która została zaatakowana przez mugola. Tylko uciekając w sferę wyobraźni był w stanie utrzymywać tę żałosną postawę.
Gdy Laurence zatamował krwawienie, nie rozwiązało to problemu skrajnego osłabienia i najpewniej uszkodzenia narządów wewnętrznych. Największe uszkodzenie zostało tymczasowo załatane, ale wiedział doskonale, że to rozwiązanie na kilka chwil. Anne nie miała już sił, bolał ją absolutnie każdy kawałek ciała.
- Laurence, ona odpływa - nie mógł nic zrobić, chyba że uderzyć mocniej, by ją otrzeźwić. Ale powstrzymał się, podejrzewając że zbyt mocny cios może ją zabić. Gdy puścił jej podbródek, głowa Anne opadła bezwładnie na klatkę piersiową. - Idę po pomoc.
Zerwał się, wyjątkowo sprawnie, na równe nogi i zniknął za zaułkiem. Kopnął coś, ale nie zwrócił na to uwagi. Coś miękkiego, czarnego. Wyglądało jak mugolska portmonetka.