15.11.2023, 22:59 ✶
Ulżyło mi, że ten Alex to tylko jej brat był. Ściągnął ją do cyrku, ale pozostawał bratem, rodziną, nikim więcej. To trochę tak, jakby pozbyć się konkurencji, aczkolwiek wciąż był zagrożeniem pod kątem wścibskości. Na szczęście, Elaine nie ze wszystkim chciała się z nim dzielić. I dobrze. Im mniej będzie wiedział, tym dla niego lepiej. Że tak określę, będzie bezpieczniejszy...
Uśmiechnąłem się delikatnie, nieco pobłażliwie, kiedy Elaine zadała dosyć trudne pytanie. Nie chciałem jej robić przykrości, ale też nie miałem co kłamać. Właściwie, musiałem przyznać, że zaskoczyła mnie z tym pytaniem, z tym zadziornym uśmiechem. Mała niewinna Elcia dorastała i robiła się z niej młoda kobieta z pełną świadomością zarówno swoich uroków osobistych, jak i prężnego umysłu.
- Nie ukrywam, że gdybyś miała zostać małżonką mojego syna, byłby dokładnie przestudiowany twój rodowód. Mniemam, że to nie byłoby proste z wiadomych powodów, ale tak, potwierdzam, że jeśli wśród twoich bliskich znalazłaby się chociaż jedna persona półkrwi bądź mugolskiej krwi, to byłabyś zdyskwalifikowana - odparłem zgodnie z prawdą. Mogło jej się to wydawać absurdalne, ale podobnie dla mnie czy mi podobnych osób życie w cyrku mogło się takim wydawać, a przecież ostatecznie to był dom Elaine, najbliższe jej sercu miejsce, gdzie czuła się zapewne bezpieczna i gdzie w każdej chwili mogła prosić o pomoc. Tak zachowywanie idei czystości krwi, pozwalało mi dbać o mój dom i moją rodzinę. Dzięki temu nie dość, że byliśmy bezpieczni przed tym nowym świrem Lordem Voldemortem, to na dodatek skrzętnie omijały nas skandale... Skandale zapewne też bawiłyby panienkę Bell, ale myślę, że to był temat na inne okazje, bo właśnie opowiadała mi ciekawą historię o zapoznaniu pewnego Laurenta.
Uśmiechnąłem się łobuzersko. Kto by pomyślał, że ten mój szczypior zawędrował nawet do cyrku.
- Tak, abraksany są niezwykle majestatycznymi i inteligentnymi stworzeniami... Ale ten Laurent, którego poznałaś. Jeśli faktycznie nazywał się Prewett, a musiał się tak nazywać, skoro przyleciał na abraksanie, to właściwie mój syn. Więcej Laurentów nie uświadczysz w mojej rodzinie, szczególnie takich lubujących pikniki - zaśmiałem się i zaskakująco stwierdziłem, że o Laurenta to ja akurat zazdrosny nie byłem. Ciekawe spostrzeżenie.
- Mam nadzieję, że przyjemnie spędziłaś czas w jego towarzystwie...? - zapytałem, spoglądając na nią z ciekawością. Ciekawe byłem jej reakcji. Ta mogła wiele powiedzieć o przebiegu ich spotkania. - Wiesz, w razie czego zawsze mogę złoić mu skórę - dodałem niewinnie, mrugając do niej okiem. O ile dane mi będzie z nim porozmawiać. Normalnie. Jak ojciec z synem. A nie tak... Że ech.
Uśmiechnąłem się delikatnie, nieco pobłażliwie, kiedy Elaine zadała dosyć trudne pytanie. Nie chciałem jej robić przykrości, ale też nie miałem co kłamać. Właściwie, musiałem przyznać, że zaskoczyła mnie z tym pytaniem, z tym zadziornym uśmiechem. Mała niewinna Elcia dorastała i robiła się z niej młoda kobieta z pełną świadomością zarówno swoich uroków osobistych, jak i prężnego umysłu.
- Nie ukrywam, że gdybyś miała zostać małżonką mojego syna, byłby dokładnie przestudiowany twój rodowód. Mniemam, że to nie byłoby proste z wiadomych powodów, ale tak, potwierdzam, że jeśli wśród twoich bliskich znalazłaby się chociaż jedna persona półkrwi bądź mugolskiej krwi, to byłabyś zdyskwalifikowana - odparłem zgodnie z prawdą. Mogło jej się to wydawać absurdalne, ale podobnie dla mnie czy mi podobnych osób życie w cyrku mogło się takim wydawać, a przecież ostatecznie to był dom Elaine, najbliższe jej sercu miejsce, gdzie czuła się zapewne bezpieczna i gdzie w każdej chwili mogła prosić o pomoc. Tak zachowywanie idei czystości krwi, pozwalało mi dbać o mój dom i moją rodzinę. Dzięki temu nie dość, że byliśmy bezpieczni przed tym nowym świrem Lordem Voldemortem, to na dodatek skrzętnie omijały nas skandale... Skandale zapewne też bawiłyby panienkę Bell, ale myślę, że to był temat na inne okazje, bo właśnie opowiadała mi ciekawą historię o zapoznaniu pewnego Laurenta.
Uśmiechnąłem się łobuzersko. Kto by pomyślał, że ten mój szczypior zawędrował nawet do cyrku.
- Tak, abraksany są niezwykle majestatycznymi i inteligentnymi stworzeniami... Ale ten Laurent, którego poznałaś. Jeśli faktycznie nazywał się Prewett, a musiał się tak nazywać, skoro przyleciał na abraksanie, to właściwie mój syn. Więcej Laurentów nie uświadczysz w mojej rodzinie, szczególnie takich lubujących pikniki - zaśmiałem się i zaskakująco stwierdziłem, że o Laurenta to ja akurat zazdrosny nie byłem. Ciekawe spostrzeżenie.
- Mam nadzieję, że przyjemnie spędziłaś czas w jego towarzystwie...? - zapytałem, spoglądając na nią z ciekawością. Ciekawe byłem jej reakcji. Ta mogła wiele powiedzieć o przebiegu ich spotkania. - Wiesz, w razie czego zawsze mogę złoić mu skórę - dodałem niewinnie, mrugając do niej okiem. O ile dane mi będzie z nim porozmawiać. Normalnie. Jak ojciec z synem. A nie tak... Że ech.