On their own
Privately
In unison
They fall asleep
And drop like flies
And make ends meet
And it makes me cry
It makes me cry
One day we're here
One day we die
Jakże okrutnym miejscem byłby świat, w którym każde narzędzie jest wykorzystywane przede wszystkim do krzywdzenia. Jak ciężkie sumienie miałby Esmé, gdyby każde ostrze, jakie przyszło mu trzymać, próbował wepchnąć w serce innych. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak Laurent czuje się osaczony przez otoczenie, w którym żyje. Prawda wcale nie musiała być bronią, którą należało wycelować w innych i wypalić. Prawda była narzędziem, które można wykorzystać w wieloraki sposób, a jednak Prewett widział jedynie to, co najgorsze. A może tylko do tego był przyzwyczajony. Rzemieślnik zupełnie inaczej postrzegał Prawdę. Nawet gdyby prawdą było, że Laurent jest niedostatecznie dobry - w ogólnym znaczeniu tego słowa - to dlaczego Esmé zaraz miałby mówić mu to w twarz? Dlaczego miał z Prawdy zrobić sztylet, by ugodzić nim kogoś w bok? Nawet jeżeli zrobiłby z niego sztylet, to czemu atakować? Czemu go nie schować? Sztylet, w końcu, służył do samoobrony. Wbrew jego złej reputacji. Chciałoby się napisać, że Prawdę można było wykorzystać do pomocy, ale... prawdę mówiąc, Esmé daleko było do takiego regularnego altruizmu. Z natury dobry, ale nie oznaczało to, że szczególnie się starał. I zdecydowanie nie dla każdego.
Innym tematem były iluzje prawdy. Swoiste fatamorgany, gdy jesteśmy spragnieni pozytywnych bodźców, a ich, jak okiem sięgnąć, nie ma. Każdy miewał te myśli - czy śmieją się ze mnie? Czy to było sarkastycznie? Czy ten uśmiech nie był z politowaniem? Czy nie miał na myśli, że jestem niewystarczająco dobry? Drobne pomyłki, do których popychał nas nasz własny umysł. Doszukiwał się Prawdy albo, co gorsza, nie potrafił się z nią pogodzić i szukał innej. Tak, znalezienie Prawdy, tej właściwej, było prawdziwą sztuką. Czymś, co Esmé przychodziło z łatwością, bo był arogantem. Częściej myślał, że ma rację, niż że jej nie ma. I arogancko znał swoją wartość. Nie oznaczało to, że się przeceniał, nie, nie. Wiedział, że przejawiał nikłą wartość swoją osobą, ale znacznie większą swoim rzemiosłem. Wiedział też, że większość ludzi nie znaczy nawet tyle. Jak wspaniale żyło się ze świadomością, że nigdy nie dogonisz najlepszych, ale nigdy też nie skończysz tam na dnie, z najgorszymi. Można było skupić się na tym co ważne.
Co ważne? Co jest ważne dla Esmé? Jego całe życie uważał za "nieważne". Niczego nie dokonał, a samym swoim urodzeniem zniszczył, by później jedynie tracić. Morze wymywało muszle, ale zabierało ziemię. Powoli stawał się skorupą siebie samego. Iluzją człowieka, jakim miał być, a jakim nie dane mu było zostać.
- Masz takie dobre serce. - mruknął niby komplement, ale zupełnie niezadowolonym tonem. Jakby rozczarowanym. - Jak wiele masz zamiar jeszcze wycierpieć, zanim znajdziesz w sobie ten jad, tę zaciętość, ten... gniew? - pochylił się nad stolikiem, strzelając słowami, jakby oskarżeniami. - Z bólem nie masz się godzić, Laurent. Nawet jak nie masz siły walczyć. Nawet jak leżysz na plecach i czekasz na dobicie. Nawet gdy nadzieja błaga cię, byś przestał w nią wierzyć. - w Esmé zdecydowanie drzemała jakaś bestia. Jakieś krwawiące stworzenie, które leżało w ciemnej jamie, liżąc swoje rany i błyskając oczyma w mroku, by dudniącym, drżącym warknięciem przypomnieć, że chociaż cierpi, chociaż jest osłabione, to teraz... zdesperowane i gotowe na wszystko. - Nie. Wtedy szczególnie nie wolno ci się z nim pogodzić. Chociażbyś miał pistolet przy czole, to masz pluć w twarz temu, kto go trzyma. - uśmiechnął się cwaniacko. Po co? Po co to wszystko? - To jest jedyna rzecz, do której nie mogą cię zmusić - do pogodzenia się. To następuje tylko wtedy, gdy sobie na to pozwolisz. Przegrywasz ostatni bastion. Stawiasz kropkę. - nie musiał się z nim zgadzać. Właściwie ciekawiej byłoby, gdyby miał zupełnie inne spojrzenie na ten... element życia. Ten dylemat, gdy ból przekraczał nasze możliwości, a nam powoli brakowało sił do walki. Rowle napędzał się gniewem, nienawiścią do tego, by przegrać. By pozwolić sobie znów zostać pokonanym. Nie łudził się, że wszystkie bitwy wygra, ale wiedział, że większości nie musi przegrać. Może pozostać w wiecznym impasie, w którym może nie zatryumfuje, ale z całą kurwa pewnością nie zatryumfuje również druga strona. - Świat jest pełen zła, które musimy chłonąć. Nie pozwól mu zniszczyć się od środka. Wykorzystaj je. - bo jak długo człowiek mógł być krzywdzony, zanim dalej będzie nadstawiał policzka? Jak długo wytrzyma poniżanie? Wystarczyło tę frustrację spożytkować do walki - z niesprawiedliwością świata, z własnymi myślami, z Prawdą. Gniew, którym wypełniali nas inni nie musiał być obracany przeciwko nim, a przeciwko społeczeństwu jako ogół - nie pozwalając mu się stłamsić i pokonać. Esmé westchnął na koniec, opadając na krzesło, jakby przez moment był opętany... jakimś uczuciem. I nagle to z niego zeszło. - Albo i nie. Spróbuj stać się studnią, w której inni topią swe żale, a gwarantuję, że na końcu i ciebie utopi. - bo przed bólem nie dało się uciec, nie dało się go ominąć. Każdy musiał cierpieć, lecz niektórzy szybko znajdywali remedium na swe utrapienie. Inni wręcz przeciwnie - nie potrafili albo wcale nie byli w stanie go znaleźć. Można było to wszystko tłamsić w sobie, próbować pochłonąć i nie dać światu ujrzeć tego zła, lecz prowadziło to do autodestrukcji. Tak czy inaczej, Czarodziej w całym swym wywodzie zdawał się bardzo lekko nawiązywać do rzeczywistego tematu rozmowy, z której cały jego strumień świadomości wyniknął. Znacznie więcej było tutaj alegorii, skojarzeń i zastosowania jednakowej logiki wobec dwóch różnych zjawisk. A jeszcze więcej po prostu absurdu, na jaki mógł pozwolić sobie jedynie ktoś wystarczająco nonszalancki. Czyli Esmé.Atmosfera tego spotkania zmieniała się co chwilę. Nastrój był jak w kalejdoskopie, a jednak i Laurent, i Esmé zdawali się odnajdywać w całym labiryncie zachowań, które pasują, które nie pasują. Naturalnie przenosili się z żartu do żalu, z żalu do złości, ze złości do rozkochania. W słowach, w ideach, w marzeniach. Rowle nadawał tempa i może zgubił Prewetta w tańcu, lecz teraz bez niczyjej pomocy... potknął się. O coś, co sam wywołał. O to uczucie.
Mimowolnie skrzywił się, jakby coś go zabolało. Z trudem przełknął ślinę, na moment uciekając wzrokiem gdzieś na bok. Czuł się... okropnie, lecz nie dlatego, że był zagubiony. Sam chciał, by mówił co myśli, bo nie bał się myśli. Nie była mu straszna żadna idea. Wszystko potrafił logicznie rozkładać na części, aż znajdzie wyjaśnienie i dorobi do tego filozofię. Ale zapominał o tym, że za myślami kryły się emocje. Że to nie były wyryte w kamieniu argumenty pozostawione przez zapomnianą cywilizację. Laurent cierpiał, a jego myśli wyrażały ból. Ból tak widoczny w tym wołającym, prostym życzeniu - by świat był dobry. Lament.
Tak niewinne, czyste życzenie. Esmé, chociaż nie był najgorszym ścierwem jakie stąpało po tej ziemi, poczuł się brudny i winny. Tak mówił i wierzył w ten lepszy świat, lepsze społeczeństwo, w którym prawda góruje, a ludzie potrafią ją wykorzystywać dla dobra. To wszystko było jak postulaty spisane na kartce. Brakowało za tym uczuć, takich prawdziwych, które pochodzą z rozpaczy nad tą niesprawiedliwością. Były jedynie te, o których mówił kilka chwil temu - zaciekłość i gniew. Ranne zwierzę, a nie gołąbek pokoju. Teraz zdawał sobie sprawę jak... absurdalne to wszystko było. Jak jego postulaty były absurdalne, gdy wychodziły z jego ust. Sam nie był zdecydowanie wzorem do naśladowania i chociaż teraz, tutaj, dla Laurenta mógł być tym, czego potrzebował, tak dla innych bywał trucizną. Nie musiał mocno skrzywdzić, ale jego efekty były odczuwalne jeszcze długo.
Wpatrywał się niemo w Prewetta, zupełnie nie wiedząc co powinien teraz powiedzieć. Zupełnie jakby przybrał rolę lekarza, który musiał oznajmić dziecku, że jego matka nie żyje. Bo świat nigdy nie będzie na niego zasługiwał. Esmé nie wierzył, że tak drastyczne zmiany mogą nadejść podczas ich krótkich żyć. Tysiące lat rozwoju technologii, magii i tysiące lat tych samych okrucieństw świata, a czasami nawet dziesiątki nowych - na jakie pozwala ludzkości rozwój. Prognozy były fatalne, dlatego właśnie Rowle mówił, że nigdy nie można się pogodzić. Nawet, gdy wojna jest przegrana.
- Ja... - też? Nie, jego uczucie nie było tak szczere, tak smutne, tak prawdziwe. Tak wynikające z naprawdę dobrego serca. Jego życzenie, chociaż identyczne, wynikało z parszywych powodów. Z chęci zemsty, z gniewu, z frustracji. Nie było w tym smutku już od dawna. - Mam nadzieję, że kiedyś, chociaż na moment, zasłuży. - skreślił pierwszą myśl i zaczął zupełnie inną głosem drżącym, niezwykle niepewnym jak na człowieka, który najbardziej bezczelne i ordynarne rzeczy mówił z aroganckim zacięciem. Nie potrafił grać, nie potrafił też kłamać, ani... być tak zuchwały w tym momencie, gdy Laurent zabrzmiał tak, po prostu, smutno. W ten sposób, w jaki rzadko brzmieli ludzie. Z charakterystyką płaczu, chociaż to były słowa. Czarodziej na swój sposób był teraz rozbrojony. Podejrzewał, że właśnie do tego zmierza ta rozmowa, gdy przestał słyszeć muzykę. Nabrał głęboko powietrza, zamykając oczy i masując dłonią skronie.Ten głos zapadnie mu w pamięć na lata.
Ale wiedział co się szykuje i przygotowany miał plan - przejście do interesów. Stary, sprawdzony sposób, który nie mógł nie działać. Był to taki wytrych na samego siebie, bo wystarczyło, że temat jego rzemiosła został poruszony, a on już poświęcał mu całą uwagę. Razem z Laurentem mieli chwilę na "ochłonięcie". Bardzo przydatna, swoją drogą.
Zagwizdał w podziwie, gdy usłyszał o Jarczuku i nieco prychnął, gdy została mu przedstawiona kartka ze szkicem zwierzęcia oraz dodatkowymi opisami. Przechylił głowę na bok, robiąc minę w stylu "naprawdę?".
- Błagam, Laurent, jestem Rowle. - powiedział nieco zniesmaczonym tonem, po czym roześmiał się wesoło, głośno i szczerze. Nie, nie bawiło go, że Prewett uważał, że ten może nie znać Jarczuka. Właściwie, to właśnie nie wiedział o nim za dużo, jedynie jakieś strzępki informacji i ogólniki. Bawiło go to, że musiał grać rolę Rowle nawet po tym wszystkim, co tutaj zostało powiedziane. Gdy obaj przez moment mieli swe serce na dłoni. On czuł się każdym, ale zdecydowanie nie Rowle. Rodzina nie pozwalała mu o tym zapomnieć.Mimo wszystko przysunął kartkę do siebie i zaczął ją przeglądać, nie spoglądając na Laurenta. Jego skupiony wzrok szybko przesuwał się po tekście, by zaraz wrócić na szkic przerośniętego psa. Kiwał głową, potakując, gdy mowa była o młodym i tresurze. Nie odezwał się nawet, nie oderwał wzroku od rysunku, a ręką na ślepo sięgnął gdzieś do płaszcza. Badał go dłonią, aż namierzył kieszeń, z której wyciągnął ołówek. Albo pozostałość po nim, bo cały "ołówek" był już tak krótki, że Esmé z trudem trzymał go w palcach. Zaczął coś kreślić po Jarczuku, najpierw ostrożnie, niepewnie, lecz po chwili nabierał tempa, a linie były coraz grubsze i wyraźniejsze.
- Materiał nie będzie problemem. Obroża do tresury, hm? Jarczuk to silne stworzenie, agresywne, a jego ugryzienie przerażające. Ryzykowne. - mruczał pod nosem do siebie, bo zdecydowanie nie do Laurenta, który mógł mieć nawet problemy ze zrozumieniem co Czarodziej mówił. Rzemieślnik uniósł wzrok, kierując go natychmiastowo na Prewetta. Znowu mu się przyglądał, prawie jak na początku ich spotkania, ale teraz jego wzrok wyrażał coś zupełnie innego. Taką... prostą kalkulację. - Ah, racja, słabe zdrowie. Jarczuk jest młody, ale przecież urośnie. - dalej nie mówił do niego, wrócił wzrokiem do kartki i zaczął coś kreślić, coś przerabiać w swoim początkowym projekcie. W końcu skończył i zasłonił kartkę dłonią, stukając nią w blat co chwilę.- Jeżeli chcesz, to wykonam tradycyjną obrożę - jak dla psa, ale odpowiednio wytrzymałą, dopasowaną do gatunku. Jeżeli jednak mogę zaproponować coś... - tutaj się lekko uśmiechnął i podsunął kartkę do Laurenta. Co było narysowane na szkicu Jarczuka? Nic innego, co współcześnie dałoby się nazwać szelkami dla psa, ale z kilkoma różnicami. - Utrzymanie Jarczuka na zwyczajnej obroży byłoby trudne, a tym trudniejsze, gdybyś chciał go kontrolować podczas tresury. Nawet młody Jarczuk będzie silniejszy, niż dorosły pies, a Ty... bez urazy, ale miałbyś problemy utrzymać zwykłego psa, moim zdaniem. Trzeba też wziąć pod uwagę, że trzymanie całego ciężaru i siły Jarczuka na samej obroży to testowanie limitów materiału raz za razem. Nie chodzi mi o samą skórę, ale jej zszycie, łączenie, zapięcie. Takie... coś, jak narysowałem, pozwala rozłożyć tę siłę. W ten sposób masz też dwa punkty, za które możesz zaczepić łańcuch. - kiedy mówił o rzemiośle, to był niczym zupełnie inny człowiek - znikał ten na swój sposób szalony Esmé, a pojawiał się nadzwyczaj poważny, rzeczowy, skupiony. Pochylił się nad stołem i wskazał palcem na kark Jarczuka, a później na grzbiet między dwoma przednimi łapami. - Tu i tu. W ten drugi sposób nie ciągnie go ciągle za kark, nie przydusza też, gdyby chciał się wyrywać i najlepiej rozłoży siłę na materiał. - usiadł znów na swoim krześle, zakładając nogę na nogę i wsuwając resztki ołówka do kieszeni koszuli.
- Skoro to młody Jarczuk, to pierwsze... coś, będzie z możliwością regulacji. Podwójne paski skóry, które przesuwasz w klamrach, na których skóra się zaciska. Jak Jarczuk osiągnie pełne rozmiary, to zgłosisz się do mnie jeszcze raz, a ja zrobię ten sam projekt, albo inny, jeżeli taka wola jaśnie klienta, ale w stałych wymiarach - upewniając się, że materiał sprosta nowej, dojrzałej sile zwierzęcia. - mówił bawiąc się palcami, ściskając jedną dłoń za pomocą drugiej w pięść, aż kość strzeliła i wtedy przenosił punkt nacisku na kolejny palec. - A co do budy... najlepiej stworzyć pełnowymiarową od razu. Za młodu się do niej przyzwyczai. Konstruując coś tych rozmiarów jest to już bardziej budownictwo, ale... - tutaj Esmé uśmiechnął się szeroko. - ...ale masz szczęście, Laurent, bowiem jestem człowiekiem... - rozkładał ręce, gdy to mówił, jakby przedstawiał swoją wspaniałość, ale nagle uniósł wzrok do góry, kiwając głową na boki, niczym wyliczając coś w głowie. - ...człowiekiem kilku talentów. Dam radę zbudować budę dla Jarczuka, ale widzisz, moja pracownia jest trochę na to za mała. Mogę załatwić materiały albo dać ci namiary skąd je zdobyć, a samą budę zrobiłbym już na miejscu. To ułatwi i tworzenie jej, i transp... ah, tak, teleportacja. - no tak, teleportacja w końcu istniała. Łatwo było o tym zapomnieć, gdy posiadało się prawdziwy antytalent do wszelkiego rodzaju translokacji. Jak dla Czarodzieja to mogłoby jej wcale nie być i nie zrobiłoby mu to żadnej różnicy. Złożył ręce ze sobą, pocierając nimi. - Potraktuj to wszystko jako sugestię profesjonalisty. Ostatecznie, przecież wiesz. - zaśmiał się lekko, rozplótł nogi i podniósł się, odsuwając ze zgrzytem krzesło do tyłu. Skłonił się lekko, z gracją o jaką trudno było go podejrzewać. - Mój klient, mój pan. - i znów usiadł, ale zaraz zastukał palcem w szkic magicznego stworzenia. - Groźnego masz pupilka. Środowisko magiczne nie przepada za tym, co im zagraża. - a ugryzienie Jarczuka było szczególnie niebezpieczne dla wszystkich istot magicznych. Czy Laurent chciał, aby się go bano? Czy może chciał odstraszać od siebie innych, by czuć się bezpieczniej?