16.11.2023, 16:34 ✶
- No pewnie, moi też nie. Ale sobie wyobrażam, że pewnie nie byli najlepsi zawsze we wszystkim? W sumie to i teraz nie są. Chyba. To znaczy, mój ojciec jest w pojedynkach niezrównany, a jak mama rzuca zaklęcia, to wydaje się, że nie może popełnić błędu, przynajmniej jeżeli chodzi o transmutację, żebyś ty widział, jak kiedyś zamieniła wszystkie krzesła w stado pelikanów i... czekaj, bo trochę się zapętliłam, chodzi mi o to, że masz swoje mocne strony, nie?
Dla niej zawsze najważniejsze były czary przydatne do pojedynków. Dopiero po tym, jak Erik został ugryziony przez wilkołaka, naprawdę przyłożyła się do transmutacji, do której talent miała niejako we krwi. Ale i jedno, i drugie wynikało z tego, że była córką swego ojca i matki, która bardzo wiele wzięła po obojgu swoich rodziców. Nie radziła sobie kompletnie z numerologią, nie cierpiała historii magii, nigdy nie miała nauczyć się dobrze wpływać na cudze umysły, myliła z sobą rośliny, a eliksiry znosiła tylko dlatego, że wymagano ich od kandydatów na BUMowców. Leon ostatecznie przecież interesował się wyraźnie raczej tym, co jego matka: wróżbami, duchami, Limbo.
- Zastanawiam się, czy to kwestia tego, że uchodzimy za takich rozrywkowych, za mało eleganckich, czy może za szalonych i niemyślących? - zastanowiła się, kiedy oświadczył, że akurat Gryfonów namówiłaby bez trudu. Ale właściwie to była prawda, bo z Krukonami albo Ślizgonami pewnie nawet Brenna by nie próbowała. - Proponujesz włamania prefektowi? Nieładnie, panie Bletchley, udzielam ci oficjalnego upomnienia - roześmiała się, spoglądając na chłopaka znad dyni. Brenna łamała szkolny regulamin dość entuzjastycznie, w zakresie wycieczek do Zakazanego Lasu, włóczęgi po korytarzach i okazyjnych bójek - ale jednak nie kradła. I na większości przewin nie dała się przyłapać, bo wtedy nigdy nie dostałaby odznaki.
Podejrzewała zresztą, że opiekuna domu wybrała prefektów jej rocznika drogą losowania i dlatego padło na nią. Ewentualnie chodziło o to, że i tak miała skłonność do zajmowania się młodszymi uczniami.
- Przemyślę to – obiecała, oczywiście odnośnie przebierania się za leśne wiedźmy, nie włamywania się do pracowni eliksirów. Może dałaby się na to namówić, gdy była w trzeciej klasie, ale teraz odrobinę zmądrzała. („Odrobinę” było jednak tutaj słowem kluczowym.) – Proponujesz mi wróżenie? – spytała. Ktoś inny może zaproszenie na herbatę zrozumiałby inaczej, ale myśli Brenny biegały określonymi torami, więc dość łatwo odgadła intencje Leona. – Jeśli chcesz, to w porządku – powiedziała, wzruszając lekko ramionami. Tak naprawdę nie była ani trochę ciekawa tego, jaki symbol zobaczy w fusach, i nie bez powodu nigdy nie zapisała się na lekcje wróżbiarstwa. Ale też zważywszy na to, że był to przedmiot, który wyraźnie interesował Bletchleya, to miała wrażenie, że odmową mogłaby sprawić mu przykrość. Jakby lekceważyła jego umiejętności.
Dla niej zawsze najważniejsze były czary przydatne do pojedynków. Dopiero po tym, jak Erik został ugryziony przez wilkołaka, naprawdę przyłożyła się do transmutacji, do której talent miała niejako we krwi. Ale i jedno, i drugie wynikało z tego, że była córką swego ojca i matki, która bardzo wiele wzięła po obojgu swoich rodziców. Nie radziła sobie kompletnie z numerologią, nie cierpiała historii magii, nigdy nie miała nauczyć się dobrze wpływać na cudze umysły, myliła z sobą rośliny, a eliksiry znosiła tylko dlatego, że wymagano ich od kandydatów na BUMowców. Leon ostatecznie przecież interesował się wyraźnie raczej tym, co jego matka: wróżbami, duchami, Limbo.
- Zastanawiam się, czy to kwestia tego, że uchodzimy za takich rozrywkowych, za mało eleganckich, czy może za szalonych i niemyślących? - zastanowiła się, kiedy oświadczył, że akurat Gryfonów namówiłaby bez trudu. Ale właściwie to była prawda, bo z Krukonami albo Ślizgonami pewnie nawet Brenna by nie próbowała. - Proponujesz włamania prefektowi? Nieładnie, panie Bletchley, udzielam ci oficjalnego upomnienia - roześmiała się, spoglądając na chłopaka znad dyni. Brenna łamała szkolny regulamin dość entuzjastycznie, w zakresie wycieczek do Zakazanego Lasu, włóczęgi po korytarzach i okazyjnych bójek - ale jednak nie kradła. I na większości przewin nie dała się przyłapać, bo wtedy nigdy nie dostałaby odznaki.
Podejrzewała zresztą, że opiekuna domu wybrała prefektów jej rocznika drogą losowania i dlatego padło na nią. Ewentualnie chodziło o to, że i tak miała skłonność do zajmowania się młodszymi uczniami.
- Przemyślę to – obiecała, oczywiście odnośnie przebierania się za leśne wiedźmy, nie włamywania się do pracowni eliksirów. Może dałaby się na to namówić, gdy była w trzeciej klasie, ale teraz odrobinę zmądrzała. („Odrobinę” było jednak tutaj słowem kluczowym.) – Proponujesz mi wróżenie? – spytała. Ktoś inny może zaproszenie na herbatę zrozumiałby inaczej, ale myśli Brenny biegały określonymi torami, więc dość łatwo odgadła intencje Leona. – Jeśli chcesz, to w porządku – powiedziała, wzruszając lekko ramionami. Tak naprawdę nie była ani trochę ciekawa tego, jaki symbol zobaczy w fusach, i nie bez powodu nigdy nie zapisała się na lekcje wróżbiarstwa. Ale też zważywszy na to, że był to przedmiot, który wyraźnie interesował Bletchleya, to miała wrażenie, że odmową mogłaby sprawić mu przykrość. Jakby lekceważyła jego umiejętności.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.