Śmierć uczennicy mugolskiego pochodzenia wywołała niemałe poruszenie w świecie czarodziejów. Dotyczyło to również Departamentu Przestrzegania Prawa, w którym już pracował jako Brygadzista z aspiracjami do stania się Aurorem. Takie sprawy nigdy nie przechodzą bez echa i konsekwencji. Dla niektórych, zwłaszcza dla rodziców uczennicy, była to tragedia. Natomiast dla niego, wychowanego w poczuciu wyższości nad szlamami i znalazłszy się pod wpływem znacznie bardziej radykalnych antymugolskich poglądów, niż te które wyniósł z domu, zaczynał postrzegać śmierć tamtej szlamy, jako w pełni zasłużony koniec.
Sprawca tego ataku powinien zostać ukarany i częściowo sprawiedliwości miało stać się zadość, gdyż za sprawcę tego czynu uznano jednego z uczniów, po czym wydalono go ze szkoły kładąc kres wszystkim atakom oraz oddalając ryzyko zamknięcia Hogwartu. Dotarły do niego pogłoski, że odbędzie się głośny proces będącego mordercą półolbrzyma i liczył, że one okażą się czymś więcej, niż tylko plotkami. Prawdą. Powinien on zgnić w Azkabanie. W ogóle... kto dopuścił takiego plugawego mieszańca, takiego dzikusa do kształcenia się w szkole magii? To jednakże jednostkowy przypadek, w przeciwieństwie do wszystkich szlam, którym dano możliwość pobierania kształcenia. Ze swoimi coraz bardziej radykalnymi poglądami nie mógł się obnosić, mogąc jedynie patrzeć z pogardą na zatrudnione w tym samym departamencie szlamy.
Podobnie, jak wszyscy Rookwoodowie, wyczekiwał przybycia młodych Mulciberów, którzy mieli pozostać pod opieką jego rodziny przez najbliższe kilka dni. Mieli być traktowani niczym domownicy zamiast goście i tak też się stało. Rodzice Chestera kazali skrzatom przygotować dla gości jak najlepsze pokoje w rodowej posiadłości, tak aby zaznali wszelkich wygód podczas swojego pobytu w tym domu.
Chester powinien już dawno spać, tak jak wszyscy domownicy i goście. Popołudniowa zmiana i odbywany przez niego kurs aurorski oznaczały to, że wracał późno do domu. Na domiar tego wszystko dzisiaj uległo znacznemu wydłużeniu się, dlatego zamiast udać się na spoczynek dopiero przekroczył próg rodowej posiadłości. W holu rozpiął swoją czarną marynarkę i zsunął z barków czarną marynarkę, pozostając w czarnej koszuli i spodniach od munduru, przepasanych pasem ze srebrną klamrą w kształcie litery M. Nie zdejmując butów skierował się do kuchni z zamiarem zagonienia skrzata domowego do przygotowania mu kolacji i dostarczenia jej do jego pokoju. Zamierzał w tym czasie wziąć prysznic. Po kolacji planował iść od razu spać.
W drodze do swojego pokoju nie zapalał wiszących na ścianach gazowych lamp, jedynie przyświecając sobie różdżką. Należąca do niego sypialnia mieściła się na piętrze i aby się do niej dostać, musiał wspiąć się po schodach. Wyżej było jeszcze jedno piętro i strych pełniący funkcję sowiarni. Pokonawszy schody znalazł się na swoim piętrze, jednak usłyszał skrzypienie schodów piętro wyżej oraz dostrzegł słabą łunę. Nasłuchiwał przez chwilę. Harmider dobiegający z sowiarni uświadomił go o tym, że jeden z domowników albo gości znalazł się na strychu. Postanowił podążyć w tamtym kierunku. Po pokonaniu dwóch kondygnacji schodów, dotarł do tego pomieszczenia. W bladym świetle bijącym z jego różdżki różdżki zobaczył Roberta.
— Cześć Robert. Czemu nie śpisz? — Przywitał się z nim, posyłając mu zmęczony uśmiech. To było jedno z ważniejszych pytań, jakie chciał mu zadać w tym momencie.