17.11.2023, 11:09 ✶
Rodolphus uśmiechnął się kącikiem ust. Pomożesz mi. Nie było tu miejsca na dyskusję, Laurence nie pozostawiał mu już takiego wyboru, jak przed chwilą. Czy to dobrze, czy to źle - ciężko mu było to ocenić w tej chwili. Ale miał wrażenie, że w tej chwili stoi przed nim prawdziwy Lestrange, nie byle podrzędny lekarz, który bawi się w mugolskiego boga. Zmarszczył jednak brwi, gdy Laurence go chwycił i pociągnął w swoją stronę. Na ten kontakt fizyczny nie był przygotowany i wcale mu się on nie spodobał. Na twarzy Rodolphusa odbiła się irytacja. Irytacja, nie gniew. Gniew był zarezerwowany na inne sytuacje, teraz po prostu poczuł ukłucie dyskomfortu, które było tak gwałtowne, że nie był w stanie zapanować nad mimiką.
Bez słowa strząsnął z siebie rękę kuzyna, a potem sam pochwycił nadgarstek nieprzytomnej kobiety, ustawiając się tak, by zasłonić Laurenca i jego działania przed niepożądanym wzrokiem. Przypatrywał się chwilę temu, co robił, niezbyt wczuwając się w rolę pomocnika medyka. Bo i w zasadzie nie miał pojęcia, jak to działa: powtarzał tylko to, co widział u kuzyna wcześniej. Trzymał dwa palce na żyłach z przodu i... Tyle. Co więcej miał zrobić?
- Wezmę - Rolph puścił niezbyt delikatnie rękę kobiety, pozwalając by ta bezwładnie opadła na ziemię. Jednak gdy chciał, potrafił być delikatny. Ostrożnie wsunął dłonie pod zgięcie kolan i plecy kobiety, a następnie na "trzy" wstał, tym razem nie bez wysiłku i z cichym trzaśnięciem stawów. - Dobrze byłoby pozbierać jej rzeczy.
Powiedział cicho, ruszając w stronę samochodu, który zaparkowali tuż u wylotu alejki. Przy niej zresztą zrobiło się niemałe zamieszanie. Tłum gapiów był co prawda niewielki, lecz rósł z każdą kolejną chwilą. Każdy chciał zobaczyć, co to takiego się stało, że mężczyźni biegają w panice wokół wejścia do alejki. Niektóre kobiety, widząc nieprzytomną w ramionach Lestrange'a, zasłaniały usta z przerażeniem. Mężczyźni pobladli, gdy Rolph ostrożnie ułożył Anne na tylnych siedzeniach.
- Jedziesz z nimi? - zapytał jeszcze, z pewną dozą obrzydzenia patrząc na ubrudzone krwią ręce. Na ubrania nawet nie chciał patrzeć, będą do wyrzucenia. Liczył, że Anne była przynajmniej półkrwi, bo inaczej wyśle jej rachunek za nową koszulę, szytą na miarę. Albo lepiej - postara się znaleźć tego, który dopuścił się ataku na czarownicę. O ile faktycznie była czarownicą, nie szlamą. Do tego jednak potrzebowali Anne przytomnej, zdolnej do rozmowy.
Bez słowa strząsnął z siebie rękę kuzyna, a potem sam pochwycił nadgarstek nieprzytomnej kobiety, ustawiając się tak, by zasłonić Laurenca i jego działania przed niepożądanym wzrokiem. Przypatrywał się chwilę temu, co robił, niezbyt wczuwając się w rolę pomocnika medyka. Bo i w zasadzie nie miał pojęcia, jak to działa: powtarzał tylko to, co widział u kuzyna wcześniej. Trzymał dwa palce na żyłach z przodu i... Tyle. Co więcej miał zrobić?
- Wezmę - Rolph puścił niezbyt delikatnie rękę kobiety, pozwalając by ta bezwładnie opadła na ziemię. Jednak gdy chciał, potrafił być delikatny. Ostrożnie wsunął dłonie pod zgięcie kolan i plecy kobiety, a następnie na "trzy" wstał, tym razem nie bez wysiłku i z cichym trzaśnięciem stawów. - Dobrze byłoby pozbierać jej rzeczy.
Powiedział cicho, ruszając w stronę samochodu, który zaparkowali tuż u wylotu alejki. Przy niej zresztą zrobiło się niemałe zamieszanie. Tłum gapiów był co prawda niewielki, lecz rósł z każdą kolejną chwilą. Każdy chciał zobaczyć, co to takiego się stało, że mężczyźni biegają w panice wokół wejścia do alejki. Niektóre kobiety, widząc nieprzytomną w ramionach Lestrange'a, zasłaniały usta z przerażeniem. Mężczyźni pobladli, gdy Rolph ostrożnie ułożył Anne na tylnych siedzeniach.
- Jedziesz z nimi? - zapytał jeszcze, z pewną dozą obrzydzenia patrząc na ubrudzone krwią ręce. Na ubrania nawet nie chciał patrzeć, będą do wyrzucenia. Liczył, że Anne była przynajmniej półkrwi, bo inaczej wyśle jej rachunek za nową koszulę, szytą na miarę. Albo lepiej - postara się znaleźć tego, który dopuścił się ataku na czarownicę. O ile faktycznie była czarownicą, nie szlamą. Do tego jednak potrzebowali Anne przytomnej, zdolnej do rozmowy.