17.11.2023, 13:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.04.2024, 03:12 przez Lorraine Malfoy.)
Desmondowi może i zaschło w gardle, ale w butach Lorraine zrobiło się mokro, i uważała to za większą tragedię niż to, że mogła urazić jego artystyczne upodobania – zbyt snobistyczne jak na gusta pospólstwa odwiedzającego Aleję Horyzontalną. Czego się spodziewał? Należał w końcu do lepszej kasty, ba, do samych Malfoyów, którzy z mlekiem matki wysysali upodobanie do lepszych rzeczy w życiu, a potem zmieniali dietę na konsumpcję kultury wysokiej!!
– Dziękuję – wydusiła z siebie, kiedy Desmond uratował ją przed niechybnym upadkiem, nie dając po sobie poznać, z jaką niechęcią przyszło jej użyć tego magicznego słowa; nie tyle nawet, że pomocy udzielił jej nie kto inny jak Desmond, z którym utrzymywanie poprawnych stosunków było tak samo wyczerpujące, jak poskramianie chimery – zdążyła się już przyzwyczaić do jego zabawnie formalnego stylu bycia, i w jakiś przedziwny sposób nauczyła się ignorować, a nawet lubić jego idiosynkrazje, bo te dziwactwa przynajmniej zapewniały jej dostateczną dozę mentalnej gimnastyki – nie, Desmond nie był tutaj problemem.
Problemem były jego buty.
Upadając, przez moment widziała tylko eleganckie oxfordy… I oczywiście, od razu rozpoznała luksusową markę, która wykonywała obuwie na zamówienie; od razu wiedziała, że buty chłopaka były tak absurdalnie drogie, że wystarczyłoby jej na roczny czynsz; od razu zauważyła też, że jakiś pucybut musiał długo nad nimi pracować, bo były tak absurdalnie lśniące, że zdążyła w nich zobaczyć swoją idealnie piękną, nieco spanikowaną twarz, kiedy padała w dół; tak błyszczące, że równie dobrze mogły być wysadzane diamentami. Natomiast jej pantofle… Cóż. Miała ochotę krzyczeć, kiedy czuła, jak w środku chlupocze rozpuszczony śnieg.
Jak ona nienawidziła być biedna.
– Muszę sprawdzić horoskop – szepnęła krótko. Nie zamierzała udzielać mu dodatkowych wyjaśnień, dlaczego akurat dzisiaj było to na tyle ważne. Desmond był z natury ograniczony do spraw czysto przyziemnych, i Lorraine szczerze wątpiła, by kiedykolwiek byłby w stanie pojąć skomplikowane wyroki praw czasu, które to nie były z kolei żadną tajemnicą dla jej idola, Vakela Dolohova. Ale odsunęła na bok myśli o przeznaczeniu, i z powrotem skupiła się na czekającym na nich zadaniu.
– Idziemy – zgodziła się natychmiast, poprawiając ostatni raz płaszcz, którego dotknął pechowy czarodziej. Modliła się w duchu, aby nie czekało ich więcej niespodzianek tego dnia, aby wyczerpali już zasób pechowych wydarzeń, i gładko wykonali swoją misję – piękną w swej prostocie.
– Złap mnie, kiedy będziesz gotowy – poprosiła, zanim zaczęli oddalać się od galerii, mieszając się już swobodniej z tłumem przechodniów. Nigdy nie podeszła do kursu na teleportację – za bardzo obawiała się, że jej ciało mogłoby ulec rozszczepieniu, a potem na afrykańską modłę, zostać przerobione na popularne amulety z części ciał wil – więc już wcześniej wyjaśniła Desmondowi, że jego umiejętność teleportacji łącznej jest naprawdę nieoceniona w powodzeniu całego przedsięwzięcia.
– Dziękuję – wydusiła z siebie, kiedy Desmond uratował ją przed niechybnym upadkiem, nie dając po sobie poznać, z jaką niechęcią przyszło jej użyć tego magicznego słowa; nie tyle nawet, że pomocy udzielił jej nie kto inny jak Desmond, z którym utrzymywanie poprawnych stosunków było tak samo wyczerpujące, jak poskramianie chimery – zdążyła się już przyzwyczaić do jego zabawnie formalnego stylu bycia, i w jakiś przedziwny sposób nauczyła się ignorować, a nawet lubić jego idiosynkrazje, bo te dziwactwa przynajmniej zapewniały jej dostateczną dozę mentalnej gimnastyki – nie, Desmond nie był tutaj problemem.
Problemem były jego buty.
Upadając, przez moment widziała tylko eleganckie oxfordy… I oczywiście, od razu rozpoznała luksusową markę, która wykonywała obuwie na zamówienie; od razu wiedziała, że buty chłopaka były tak absurdalnie drogie, że wystarczyłoby jej na roczny czynsz; od razu zauważyła też, że jakiś pucybut musiał długo nad nimi pracować, bo były tak absurdalnie lśniące, że zdążyła w nich zobaczyć swoją idealnie piękną, nieco spanikowaną twarz, kiedy padała w dół; tak błyszczące, że równie dobrze mogły być wysadzane diamentami. Natomiast jej pantofle… Cóż. Miała ochotę krzyczeć, kiedy czuła, jak w środku chlupocze rozpuszczony śnieg.
Jak ona nienawidziła być biedna.
– Muszę sprawdzić horoskop – szepnęła krótko. Nie zamierzała udzielać mu dodatkowych wyjaśnień, dlaczego akurat dzisiaj było to na tyle ważne. Desmond był z natury ograniczony do spraw czysto przyziemnych, i Lorraine szczerze wątpiła, by kiedykolwiek byłby w stanie pojąć skomplikowane wyroki praw czasu, które to nie były z kolei żadną tajemnicą dla jej idola, Vakela Dolohova. Ale odsunęła na bok myśli o przeznaczeniu, i z powrotem skupiła się na czekającym na nich zadaniu.
– Idziemy – zgodziła się natychmiast, poprawiając ostatni raz płaszcz, którego dotknął pechowy czarodziej. Modliła się w duchu, aby nie czekało ich więcej niespodzianek tego dnia, aby wyczerpali już zasób pechowych wydarzeń, i gładko wykonali swoją misję – piękną w swej prostocie.
– Złap mnie, kiedy będziesz gotowy – poprosiła, zanim zaczęli oddalać się od galerii, mieszając się już swobodniej z tłumem przechodniów. Nigdy nie podeszła do kursu na teleportację – za bardzo obawiała się, że jej ciało mogłoby ulec rozszczepieniu, a potem na afrykańską modłę, zostać przerobione na popularne amulety z części ciał wil – więc już wcześniej wyjaśniła Desmondowi, że jego umiejętność teleportacji łącznej jest naprawdę nieoceniona w powodzeniu całego przedsięwzięcia.