17.11.2023, 13:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2023, 16:01 przez Alexander Mulciber.)
Axel zamknął oczy, poddając się dotykowi Loretty. Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka, kiedy słuchał tego, co mówiła, ale szybko wypogodził twarz. Kto inny dałby jej więcej wolności niż on? Z kim innym byłaby szczęśliwsza? Na pewno nie z, kurwa, Leandrem. – Więc myślisz, że wyrównuję rachunki? Bo zabrałaś mi moją wolność? – Teraz ona była poważna, a on mówił lekkim tonem. – Przecież mnie nie musisz się bać. – Leniwie otworzył oczy, rozkoszując się desperacją w jej tonie. – Obiecuję. – Dopiero teraz pozwolił Lorettcie wyswobodzić się ze swoich objęć, choć było to trudne. Ile by dał za choć trochę morfiny, może złagodziłaby ból, który tkwił w nim zawsze, tylko nie wtedy, kiedy go dotykała. Ale teraz od dłuższego czasu mógł przyjmować tylko metadon, przez pracę. Próbował wyrzucić opioidy z myśli, i skupić się na zaspokojeniu tego innego uzależnienia, upersonifikowanego w postaci Loretty; tego, którego zaspokojenia był tak blisko. Zbyt długo był głodny.
Konsumować... Ech, o czym to? A tak. Konsumować po ślubie… – Tylko dzisiaj – obiecał znowu, odprowadzając ją wzrokiem. Odwiesił na jeden z foteli płaszcz, który do tej pory leżał na podłodze. W którymś momencie, nie pamiętał już kiedy, zrzucił go z ramion – pewnie wtedy, kiedy Loretta zaczęła wić się w jego objęciach – w przeciwieństwie do roznegliżowanej NARZECZONEJ, dalej był kompletnie ubrany, choć Loretta dzielnie testowała wytrzymałość guzików koszuli, kiedy wsuwała dłonie pod poły jego marynarki i jeszcze niżej. Szybko doprowadził się do porządku, i mechanicznie przeczesał rękoma włosy, roztrzepane wcześniej przez ukochaną.
Chociaż jego serce rozbijało się niecierpliwie o klatkę żeber, był przyzwyczajony do tego, że Loretta lubiła spędzić dłuższy czas na szykowaniu sobie odpowiedniego stroju, na rytualnym doborze biżuterii i równie świętym obrzędzie nakładania perfum, za uszami, na nadgarstkach; czasem nawet w miejscu, gdzie obcierały się jej uda. Lubił, że była elegancka; lubił to, że kiedy ją dotykał, czuł się tak jak gdyby coś niszczył, stawał się skazą na jej idealnym wizerunku; jego brudne dłonie pasowały do jej białej skóry. Ale takie rzeczy tylko po ślubie.
Alexander upewnił się, że dalej ma w kieszeni marynarki pudełeczko z pierścionkiem dla Loretty. Potem podszedł do barku z alkoholami i zaczął przeglądać etykiety zgromadzonych tam trunków. Niektóre sam tutaj przyniósł, inne były regularnie uzupełniane przez właścicielkę. Wybrał trzy butelki – dar dla Shango, cygańskiego szamana, i coś na ich wesele – i odstawił je na stół...
Wtedy Loretta weszła do pokoju.
Roześmiał się szczerze, widząc tę swoją strojną pannę – już niedługo panią – Lestrange. Nie spodziewał się. Nie spodziewał się sukni ślubnej. Nie spodziewał się tego wszystkiego, a jednak – to wydawało się właściwe – nawet gdyby przewidział, że dzisiaj stanie przed nim, gotowa przysięgać mu wierność, nie potrafiłby chyba wyobrazić sobie szczęścia, które teraz wypełniało jego ciało. Złapał jej dłoń, i obrócił kobietą w miejscu, jakby chciał obejrzeć ją całą. Wiedział, że teraz oczekiwała jego atencji, że była chciwa pochwał i uwagi, że musi odrzucić wrodzoną powściągliwość... Ale cóż, Axel lubił folgować jej próżnym zachciankom.
– Moja dziewczynka – wyszeptał więc do jej ucha, kiedy opadła w jego ramiona. W jego głosie dalej dało się słyszeć uśmiech. – Pięknie. Ale musisz wziąć mój płaszcz, albo tam zamarzniesz. Nie mogę zostać wdowcem – dodał tym samym rozbawionym tonem, pozwalając się jej odsunąć, choć jego ręka dalej spoczywała luźno na jej kibici.
Kiedy bombardowała go miłością, tak jak dzisiaj, nie mógł przestać jej dotykać.
– Przystanek: wrzosowiska na północy Yorkshire. Mój stary znajomy, on… Nie wiem, czy ma ku temu oficjalne uprawnienia, ale stacjonuje tam teraz; od lat udziela ślubów po taborach. To religijny człowiek, mądry. Shango zjeździł pół świata, otrzymał święcenia szamańskie. Ma silny dar, krąży w jego rodzinie od pokoleń… Trochę za bardzo lubi alkohol – przyznał wprost, wskazując brodą na przygotowane butelki z winem. – Nie będzie chciał pieniędzy, a dla niego nie ma lepszego podarku. Trochę pokracznie mówi po angielsku, przez te romskie wstawki, ale przetłumaczę ci wszystko, i… – urwał, widząc minę kobiety. Było coś kalejdoskopowego w jej spojrzeniu, coś, czego nie potrafił rozszyfrować. Oparł dłoń o policzek Loretty, zmuszając ją, by patrzyła mu prosto w oczy. Dobrze, że przynajmniej była bez welonu, to w końcu zbrodnia chować przed światem takie piękne oczy. Opisał jej miejsce, w którym mieli wziąć ślub, tak dokładnie, jak tylko umiał. Zabrał ją kiedyś na pobliskie wzgórza, więc okolica nie była jej całkowicie obca.
– Wiem, co myślisz, Loretto. – Axel próbował sobie wyobrazić, jak to wszystko musiało wyglądać z boku. Ona, w eleganckiej sukni, pełna nadziei, taka krucha w tej bieli… Znała go za dobrze, owszem; wiedziała, jak bardzo pociąga go, kiedy jest taka drżąca, strojna w powab arcykobiecej uległości, i tylko w jej oczach mógł dostrzec wyzwanie, ten wewnętrzny bunt wobec wszelkich konwenansów i zasad moralnych, kiedy zerkała na niego spod firany rzęs, tylko na pozór wstydliwa. Mulciber lubił, kiedy roztaczała przed nim tę ułudę, w końcu nie był na tyle głupi, by nie poznać przez tyle lat wszystkich kaprysów jej zmiennej natury. On… Mulciber nie był jeszcze wrakiem, ale kilka razy otarł się o dno piekła. A jednak, teraz stała przed nim, oddana mu, w białej sukni i delikatnych pantofelkach wybierając się na błota wrzosowisk, z trzema butelkami alkoholu, zamiast ze ślubnym orszakiem.
Nie chciał, by myślała, że pijany szaman to dla niego żart. Dziedzictwo jego rodziny od strony matki i cygańskie tradycje były jedną z niewielu rzeczy, o które dawał rzeczywiście jebanie; były dla niego prawdziwe, żywe, wychował się wśród nich, i całe dorosłe życie spędził, próbując odnaleźć się wśród romskiej społeczności, bo nigdy nie czuł się tak, jakby pasował do angielskiej śmietanki magów czystej krwi. Loretta zawsze o tym wiedziała, choć chyba nigdy nie rozumiała jego trudności. Nie dziwiło go to, w końcu doskonale odnajdywała się w świecie, w którym się urodziła.
– Ale dla mnie to prawdziwe, przysięgam. – Ukląkł przy Lorettcie, ujmując lekko jej dłonie. – Prawdziwe jak ty albo ja. Teleportuję się pierwszy – oznajmił, i uśmiechnął się lekko, zanim ucałował jej dłoń. – Złapię cię – dodał, zanim teleportował się z cichym pyknięciem na umówione miejsce.
Konsumować... Ech, o czym to? A tak. Konsumować po ślubie… – Tylko dzisiaj – obiecał znowu, odprowadzając ją wzrokiem. Odwiesił na jeden z foteli płaszcz, który do tej pory leżał na podłodze. W którymś momencie, nie pamiętał już kiedy, zrzucił go z ramion – pewnie wtedy, kiedy Loretta zaczęła wić się w jego objęciach – w przeciwieństwie do roznegliżowanej NARZECZONEJ, dalej był kompletnie ubrany, choć Loretta dzielnie testowała wytrzymałość guzików koszuli, kiedy wsuwała dłonie pod poły jego marynarki i jeszcze niżej. Szybko doprowadził się do porządku, i mechanicznie przeczesał rękoma włosy, roztrzepane wcześniej przez ukochaną.
Chociaż jego serce rozbijało się niecierpliwie o klatkę żeber, był przyzwyczajony do tego, że Loretta lubiła spędzić dłuższy czas na szykowaniu sobie odpowiedniego stroju, na rytualnym doborze biżuterii i równie świętym obrzędzie nakładania perfum, za uszami, na nadgarstkach; czasem nawet w miejscu, gdzie obcierały się jej uda. Lubił, że była elegancka; lubił to, że kiedy ją dotykał, czuł się tak jak gdyby coś niszczył, stawał się skazą na jej idealnym wizerunku; jego brudne dłonie pasowały do jej białej skóry. Ale takie rzeczy tylko po ślubie.
Alexander upewnił się, że dalej ma w kieszeni marynarki pudełeczko z pierścionkiem dla Loretty. Potem podszedł do barku z alkoholami i zaczął przeglądać etykiety zgromadzonych tam trunków. Niektóre sam tutaj przyniósł, inne były regularnie uzupełniane przez właścicielkę. Wybrał trzy butelki – dar dla Shango, cygańskiego szamana, i coś na ich wesele – i odstawił je na stół...
Wtedy Loretta weszła do pokoju.
Roześmiał się szczerze, widząc tę swoją strojną pannę – już niedługo panią – Lestrange. Nie spodziewał się. Nie spodziewał się sukni ślubnej. Nie spodziewał się tego wszystkiego, a jednak – to wydawało się właściwe – nawet gdyby przewidział, że dzisiaj stanie przed nim, gotowa przysięgać mu wierność, nie potrafiłby chyba wyobrazić sobie szczęścia, które teraz wypełniało jego ciało. Złapał jej dłoń, i obrócił kobietą w miejscu, jakby chciał obejrzeć ją całą. Wiedział, że teraz oczekiwała jego atencji, że była chciwa pochwał i uwagi, że musi odrzucić wrodzoną powściągliwość... Ale cóż, Axel lubił folgować jej próżnym zachciankom.
– Moja dziewczynka – wyszeptał więc do jej ucha, kiedy opadła w jego ramiona. W jego głosie dalej dało się słyszeć uśmiech. – Pięknie. Ale musisz wziąć mój płaszcz, albo tam zamarzniesz. Nie mogę zostać wdowcem – dodał tym samym rozbawionym tonem, pozwalając się jej odsunąć, choć jego ręka dalej spoczywała luźno na jej kibici.
Kiedy bombardowała go miłością, tak jak dzisiaj, nie mógł przestać jej dotykać.
– Przystanek: wrzosowiska na północy Yorkshire. Mój stary znajomy, on… Nie wiem, czy ma ku temu oficjalne uprawnienia, ale stacjonuje tam teraz; od lat udziela ślubów po taborach. To religijny człowiek, mądry. Shango zjeździł pół świata, otrzymał święcenia szamańskie. Ma silny dar, krąży w jego rodzinie od pokoleń… Trochę za bardzo lubi alkohol – przyznał wprost, wskazując brodą na przygotowane butelki z winem. – Nie będzie chciał pieniędzy, a dla niego nie ma lepszego podarku. Trochę pokracznie mówi po angielsku, przez te romskie wstawki, ale przetłumaczę ci wszystko, i… – urwał, widząc minę kobiety. Było coś kalejdoskopowego w jej spojrzeniu, coś, czego nie potrafił rozszyfrować. Oparł dłoń o policzek Loretty, zmuszając ją, by patrzyła mu prosto w oczy. Dobrze, że przynajmniej była bez welonu, to w końcu zbrodnia chować przed światem takie piękne oczy. Opisał jej miejsce, w którym mieli wziąć ślub, tak dokładnie, jak tylko umiał. Zabrał ją kiedyś na pobliskie wzgórza, więc okolica nie była jej całkowicie obca.
– Wiem, co myślisz, Loretto. – Axel próbował sobie wyobrazić, jak to wszystko musiało wyglądać z boku. Ona, w eleganckiej sukni, pełna nadziei, taka krucha w tej bieli… Znała go za dobrze, owszem; wiedziała, jak bardzo pociąga go, kiedy jest taka drżąca, strojna w powab arcykobiecej uległości, i tylko w jej oczach mógł dostrzec wyzwanie, ten wewnętrzny bunt wobec wszelkich konwenansów i zasad moralnych, kiedy zerkała na niego spod firany rzęs, tylko na pozór wstydliwa. Mulciber lubił, kiedy roztaczała przed nim tę ułudę, w końcu nie był na tyle głupi, by nie poznać przez tyle lat wszystkich kaprysów jej zmiennej natury. On… Mulciber nie był jeszcze wrakiem, ale kilka razy otarł się o dno piekła. A jednak, teraz stała przed nim, oddana mu, w białej sukni i delikatnych pantofelkach wybierając się na błota wrzosowisk, z trzema butelkami alkoholu, zamiast ze ślubnym orszakiem.
Nie chciał, by myślała, że pijany szaman to dla niego żart. Dziedzictwo jego rodziny od strony matki i cygańskie tradycje były jedną z niewielu rzeczy, o które dawał rzeczywiście jebanie; były dla niego prawdziwe, żywe, wychował się wśród nich, i całe dorosłe życie spędził, próbując odnaleźć się wśród romskiej społeczności, bo nigdy nie czuł się tak, jakby pasował do angielskiej śmietanki magów czystej krwi. Loretta zawsze o tym wiedziała, choć chyba nigdy nie rozumiała jego trudności. Nie dziwiło go to, w końcu doskonale odnajdywała się w świecie, w którym się urodziła.
– Ale dla mnie to prawdziwe, przysięgam. – Ukląkł przy Lorettcie, ujmując lekko jej dłonie. – Prawdziwe jak ty albo ja. Teleportuję się pierwszy – oznajmił, i uśmiechnął się lekko, zanim ucałował jej dłoń. – Złapię cię – dodał, zanim teleportował się z cichym pyknięciem na umówione miejsce.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat