Stojący na strychu Chester spoglądał to na Roberta, to na jego sowę. Sowa, jak to sowa. Dużo hałasu o nic. Natomiast Robert wydawał mu się być zaniepokojony albo nawet przerażony. Wydawało mu się, że to nie jest związane z tym, że musi spędzić noc poza domem. Często u nich bywał i tutaj mógł się czuć niczym u siebie. Przeczuwał, że to ma związek z tym, co zaszło w szkole magii i czarodziejstwa, do której uczęszczał kolega jego młodszego brata i z przymusowym opuszczeniem szkoły przed oficjalnym zakończeniem roku szkolnego.
— Nie krępuj się. Widocznie ta sprawa musi być wystarczająco pilna, że nie może to czekać do rana. Coś Cię niepokoi, Robercie? — Chester nie zamierzał go odwodzić od tego ani sugerować mu, że to może poczekać na do rana. Zapytał o drugą sprawą, co do której miał wyraźne podejrzenia. Robert jest ich gościem i powinien w tych murach czuć się swobodnie. W tym momencie Chester zastępował swoich rodziców.
— Nie bardziej, niż wszystkie sowy w tym domu. Stare schody czasami skrzypią. Ja niedawno wróciłem do domu, więc mnie akurat nie obudziłeś. — Zwrócił się do niego ze spokojem w głosie. Taki był właśnie urok wiekowych posiadłości, a ta znajdowała się w rękach jego rodziny od pokoleń. Rodzice musieli spać zbyt mocnym snem aby obudziło ich dwóch czarodziejów, który nie spędzali nocy w swoich pokojach. Nie groził im za to szlaban. Chester machnął ręką na te dalsze próby wytłumaczenia sowy. Były to bardzo przydatne zwierzęta. Nie było co tłumaczyć.
W oczekiwaniu na odpowiedź ze strony Roberta, Chester wsunął do lewej kieszeni spodni swoją różdżkę, po czym z prawej kieszeni spodni wyciągnął z nich trochę zmiętą paczkę papierosów oraz zapałki. Wyciągnął jednego papierosa, którego kraniec przytrzymał między wargami podczas zapalania go od potartej o draskę zapałki. Osłonił papierosa lewą dłonią. Po zagaszeniu zapałki wciągnął dym tytoniowy do płuc. Powinien zaproponować papierosa Robertowi, jednak on jest zaledwie uczniem. Zaraz wyciągnął różdżkę z drugiej kieszeni.