18.11.2023, 14:06 ✶
Wszystkie ksywki były niezbyt akuratne, a przynajmniej nie w tym kontekście. Może kiedyś była czyjąś wybawicielką, a już na pewno morderczynią, ale zdecydowanie nie dla Leo. Jeśli wydawała się mu tą pierwszą, to tylko dzięki retoryce, w której malowała obraz siebie spadającej mu z nieba, kiedy tak naprawdę wypełzła z czeluści Ścieżek, które wiły się pod Nokturnem jak odnogi dogorywającego pająka. Nie niosła mu w darze niczego pozytywnego, przynajmniej nie z jej perspektywy - nawet jeśli robota, w którą chciał go wciągnąć Rookwood była lepsza od bycia podnóżkiem Elddira, nie oznaczało to, że była przyjemniejsza. Koniec końców wszyscy tutaj byli kryminalistami bez krzty szacunku do czegokolwiek, co święte.
Panią Morderczynią natomiast jeszcze mogła się stać, jeśli jego język będzie latał tam i nazad, plotąc to, co mu ślina na niego przyniesie. Tak jak uśmiechnęła się pobłażliwie, gdy potrzebę zarobku uwarunkował posiadaniem chorych kotów (które piekło winno pochłonąć, sierściuchy zapchlone), to kiedy nazwał ją cwaniarą, cmoknęła z niezadowoleniem malującym się na twarzy. Naprawdę czuł się na tyle pewnie w swoim położeniu, by jej tutaj pyskować? Podskakiwać?
- Skąd pomysł, że ja go zabiłam? - Zapytała niewinnym głosem, marszcząc brwi w fałszywym zmartwieniu, jakby naprawdę zasmuciło ją to oskarżenie. - Spokojna twoja rozczochrana, żadne z nas nie będzie powiązane z tym morderstwem. O ile wykażesz się krztą intelektu i będziesz grzecznie współpracował, oczywiście. Nie rozmawiasz z amatorką - oświadczyła bez cienia skromności, a skrucha malująca się na twarzy sprzed chwili wyparowała, oddając miejsce zuchwałemu uśmiechowi. Magik nigdy nie wyjawiał swoich sztuczek, ale Leo powinien się już domyślić, że nawet jeśli nie miał nic wspólnego ze śmiercią Elddira, to Mewa mogła bardzo łatwo sprawić, że zaraz będzie mieć. Przykro by było wszakże, gdyby ktoś zobaczył kogoś łudząco podobnego do O'Dwyera nad truchłem jego pracodawcy, a potem uciekającego z miejsca zbrodni. Smutne by to było, ale bardzo łatwe do zorganizowania.
- To, czy w ostatecznym rozrachunku będzie to groźba, czy prośba, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Ja jestem elastyczna, z dziką rozkoszą się do twojego podejścia dostosuję - wyjaśniła grzecznie tonem wprawionego kameleona, wzruszając ramionami. - Wszystko rozchodzi się o to, czy chcesz współpracować ze mną, czy wolisz być moim wrogiem. Masz wolny wybór, gwarantuję ci to, aczkolwiek tej drugiej opcji stanowczo nie polecam, a wręcz ci ją odradzam - kiwnęła głową, jakby naprawdę z ręką na sercu chciała mu jak najlepiej doradzić. W zasadzie nie kłamała; nie życzyła mu źle absolutnie, przynajmniej nie w tym momencie; liczyła na owocną współpracę mimo jego doskonale widocznych wad. Wychodziła z założenia, że to Sauriel głównie się będzie z nim męczył, bo to on sobie jaśniepana zażyczył w swoich szeregach, a on na pewno jego niedociągnięcia szybko wyprostuje. Metodami zapewne kontrowersyjnymi dla przeciętnego wychowawcy, ale grunt, że działały.
- Spróbuj zrobić fiku-miku, to smak stracisz - zagroziła z anielskim spokojem w głosie, co bardzo kontrastowało z przekazywaną treścią. Postąpiła o krok do przodu, gwałtownie i zdecydowanie, łapiąc jednocześnie lewą ręką jego wystawiony oskarżycielsko paluch i wykręcając go wraz z całą ręką tak, by ściągnąć ją w bardzo nieprzyjemny sposób na dół. W prawej ręce wciąż dzierżyła różdżkę, teraz wbijając jej jaworowy czubek w klatkę piersiową Leo. Uśmiechnęła się perliście, lecz tylko ustami. W oczach nie było niczego oprócz determinacji i zawzięcia, spojrzenia kogoś, kto mu nie ustąpi.
- W ciebie też. Jeśli chcesz, mogę też się zmienić w twojego ojca i powiedzieć ci, że jestem z ciebie dumna - odparła cicho, szeptem prawie, kiedy teraz byli nader blisko siebie, trzymając się za ręce. Byłoby to prawie romantyczne, gdyby nie fakt, że to wykręcone w niefajny sposób ramię pewnie Leo już ciutkę bolało, a różdżka wbijająca się w bebechy też nie mogła być jego ulubionym doznaniem. Choć kto wie? Może mu się ten układ podobał, może był odklejony i w ten sposób?
- To jak, mogę na ciebie liczyć, Leo? Czy będziemy się musieli pogniewać? - Zapytała, przechylając głowę i uśmiechając się uroczo, jakby naprawdę miał jej teraz wyświadczyć przysługę i sprawić przyjemność. A tak naprawdę bardzo chciała, żeby po prostu współpracował, bo nie znosiła się przemęczać.
Panią Morderczynią natomiast jeszcze mogła się stać, jeśli jego język będzie latał tam i nazad, plotąc to, co mu ślina na niego przyniesie. Tak jak uśmiechnęła się pobłażliwie, gdy potrzebę zarobku uwarunkował posiadaniem chorych kotów (które piekło winno pochłonąć, sierściuchy zapchlone), to kiedy nazwał ją cwaniarą, cmoknęła z niezadowoleniem malującym się na twarzy. Naprawdę czuł się na tyle pewnie w swoim położeniu, by jej tutaj pyskować? Podskakiwać?
- Skąd pomysł, że ja go zabiłam? - Zapytała niewinnym głosem, marszcząc brwi w fałszywym zmartwieniu, jakby naprawdę zasmuciło ją to oskarżenie. - Spokojna twoja rozczochrana, żadne z nas nie będzie powiązane z tym morderstwem. O ile wykażesz się krztą intelektu i będziesz grzecznie współpracował, oczywiście. Nie rozmawiasz z amatorką - oświadczyła bez cienia skromności, a skrucha malująca się na twarzy sprzed chwili wyparowała, oddając miejsce zuchwałemu uśmiechowi. Magik nigdy nie wyjawiał swoich sztuczek, ale Leo powinien się już domyślić, że nawet jeśli nie miał nic wspólnego ze śmiercią Elddira, to Mewa mogła bardzo łatwo sprawić, że zaraz będzie mieć. Przykro by było wszakże, gdyby ktoś zobaczył kogoś łudząco podobnego do O'Dwyera nad truchłem jego pracodawcy, a potem uciekającego z miejsca zbrodni. Smutne by to było, ale bardzo łatwe do zorganizowania.
- To, czy w ostatecznym rozrachunku będzie to groźba, czy prośba, zależy tylko i wyłącznie od ciebie. Ja jestem elastyczna, z dziką rozkoszą się do twojego podejścia dostosuję - wyjaśniła grzecznie tonem wprawionego kameleona, wzruszając ramionami. - Wszystko rozchodzi się o to, czy chcesz współpracować ze mną, czy wolisz być moim wrogiem. Masz wolny wybór, gwarantuję ci to, aczkolwiek tej drugiej opcji stanowczo nie polecam, a wręcz ci ją odradzam - kiwnęła głową, jakby naprawdę z ręką na sercu chciała mu jak najlepiej doradzić. W zasadzie nie kłamała; nie życzyła mu źle absolutnie, przynajmniej nie w tym momencie; liczyła na owocną współpracę mimo jego doskonale widocznych wad. Wychodziła z założenia, że to Sauriel głównie się będzie z nim męczył, bo to on sobie jaśniepana zażyczył w swoich szeregach, a on na pewno jego niedociągnięcia szybko wyprostuje. Metodami zapewne kontrowersyjnymi dla przeciętnego wychowawcy, ale grunt, że działały.
- Spróbuj zrobić fiku-miku, to smak stracisz - zagroziła z anielskim spokojem w głosie, co bardzo kontrastowało z przekazywaną treścią. Postąpiła o krok do przodu, gwałtownie i zdecydowanie, łapiąc jednocześnie lewą ręką jego wystawiony oskarżycielsko paluch i wykręcając go wraz z całą ręką tak, by ściągnąć ją w bardzo nieprzyjemny sposób na dół. W prawej ręce wciąż dzierżyła różdżkę, teraz wbijając jej jaworowy czubek w klatkę piersiową Leo. Uśmiechnęła się perliście, lecz tylko ustami. W oczach nie było niczego oprócz determinacji i zawzięcia, spojrzenia kogoś, kto mu nie ustąpi.
- W ciebie też. Jeśli chcesz, mogę też się zmienić w twojego ojca i powiedzieć ci, że jestem z ciebie dumna - odparła cicho, szeptem prawie, kiedy teraz byli nader blisko siebie, trzymając się za ręce. Byłoby to prawie romantyczne, gdyby nie fakt, że to wykręcone w niefajny sposób ramię pewnie Leo już ciutkę bolało, a różdżka wbijająca się w bebechy też nie mogła być jego ulubionym doznaniem. Choć kto wie? Może mu się ten układ podobał, może był odklejony i w ten sposób?
- To jak, mogę na ciebie liczyć, Leo? Czy będziemy się musieli pogniewać? - Zapytała, przechylając głowę i uśmiechając się uroczo, jakby naprawdę miał jej teraz wyświadczyć przysługę i sprawić przyjemność. A tak naprawdę bardzo chciała, żeby po prostu współpracował, bo nie znosiła się przemęczać.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —