Nie tętniła złem i czarnoksięstwem; bardziej znudzona, aniżeli faktycznie rozgorzała złością, prowokowała ludzi dla własnej uciechy, aby wypełnić jakoś to zblazowane życie, które przyszło jej wieść na połach magicznego Londynu. I choć swojego bytowania nie uważała za skrajnie nudzące – gdzieś w głębi duszy czekała na to, co wydarzy się podskórnie; co zaskoczy ją i zjedna sobie słowami tak, było to warte przeżycia – zamiast tego pochylała się nad zwłokami, badając zgony lege artis, tonąc w papierologii, a ostatnimi czasy za jedyne towarzystwo uważając Flintównę. Bo w gruncie rzeczy, rzadko kiedy opuszczała prosektorium, a korytarze ministerialne przemierzała z gracją spowitej mrokiem burzy; nie przeszkadzało jej to nader, na pewno nie w sferze świadomości, podświadomie jednak, czekała zawsze na osobę, która zdejmie z jej ust niemą obietnicę.
Nie widziała go od lat i, o dziwo, nie chciała na niego zwymiotować, co w mniemaniu Lycoris było chyżym sukcesem. Pewne życiowe zakręty chciały, aby ich drogi się przecięły nieodwołalnie – ponownie mogła tonąć w jego oczach, które – choć sama by tego nie przyznała – były całkiem ładne. Głębokość tego wejrzenia budziła w niej coś dziwnie atawistycznego – chęć mordu i namiętności zarazem.
Przyłapała się jednak na tym, że każdego mężczyznę, porównywała do Theona.
Nie była to miłość szklana i czysta; w zasadzie niepewna była, czy to w ogóle była jakakolwiek miłość, skoro nie odzywali się do siebie od dłużących się tygodni, a przy spotkaniu w Ministerstwie, mijali się bezsłownie. Może dlatego ostatnimi czasy urosła w cynizm i butność?; z pewnością nie wiedziała, jak obchodzi się z uczuciami tak kruchymi i niekowalnymi w obróbce.
Uśmiech nijak nie lokował się na wargach i choć mogłaby rzucić szelmowskim grymasem – zamiast tego patrzyła na niego, jak Atena skuta w marmurze – nieustępliwa i zobojętniała. Coś w tym spojrzeniu było zagadkowego; coś, co świadczyło o poczuciu wyższości. Lubiła myśleć, że jest ponad to, co ludzkie, ponad uczucia wszelakie; teraz jednak rodziła się w niej wątpliwość, czy faktycznie była tą odwieczną dominantą, czy to nie nią los bawił się parszywie jak kukiełką.
– Zajebiście, bo ja też lubię słuchać swojego głosu. Twojego niekoniecznie – prychnęła, oczy ogniskując w jego wejrzeniu, unosząc wysoko brwi. – A twój brat mnie nie obchodzi. To nie mi będzie prawił morały i głosił kazania – spuentowała, opierając się o krzesło z rękami skrzyżowanymi na piersi.
– Myślałam, że jesteś już dużym chłopcem – dodała kąśliwie po chwili.