18.11.2023, 18:33 ✶
Nie było nic zabawnego w tym, że pewne sprawy były dla mnie krępująco-natarczywe. Nie mógłbym chociażby wieczorem zasnąć, gdybym nie upewnił się, gdzie w danym momencie znajduje się moja różdżka, między innymi dlatego zawsze odkładałem ją na szafce nocnej i to była świętość, przerywana jedynie kilkoma epizodami w miesiącu, a nawet i rzadziej.
Podziękowałem Avelinie za to, że pomogła mi znaleźć moją zgubę. Może gdybym nie był taki zamyślony i roztargniony... I tak bym sprawdzał, gdzie jest moja różdżka, nawet gdybym wiedział i dał sobie za to rękę pociąć. To nie było normalne, ale niestety tak funkcjonowałem, więc przyjąłem pomoc Paxton, a nawet mi ulżyło, że nie skrytykowała jakoś tego, tylko po prostu się uśmiechnęła. Nie chciałem wyjść na jakiegoś dziwaka. Nie byłem pewien, w jakim stopniu to mogło wychodzić poza normalne zachowanie.
Cóż, nieistotne. Skupiłem swoje myśli, swoje zmysły na Avelinie, tym razem leżącej na moich nogach. Bawiła się moją dłonią, moimi palcami. Jej dotyk był mi taki przyjemny, taki naturalny, a jednak... miała rację. Miała całkowitą rację. Czyli to oznaczało, że to koniec? Że nie powinniśmy się więcej spotykać i to uszanować?
Serce zabiło mi mocniej na te myśli. Byłem niechybnie zgubiony. Może powinienem sobie tłumaczyć to tak, że faktycznie to kwestia naszego emocjonalnego pożegnania... Że tak naprawdę Avelina Paxton nic dla mnie nie znaczyła, ale w takim razie, czemu całym ciałem właśnie nie chciałem przyjmować tej myśli do siebie? Buntowałem się przeciwko temu tak bardzo, że aż wirowało mi w głowie. Przytuliłem ją do siebie bardziej. Miała rację. Nie chciałem jej nikomu oddawać. Chciałem ją zatrzymać tu, blisko siebie, a jak trzeba by było, to też ukryć przed całym światem za swoimi plecami.
- Nie zaprzeczę - odparłem po chwili milczenia. Przełknąłem ślinę. Świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielkim zazdrośnikiem potrafiłem być. Gdybym ujrzał ją w towarzystwie innego mężczyzny, już trybiki w mojej głowie resztę by sobie dopowiadały, a co dopiero by było, gdybym faktycznie był doinformowany o statusie... ich... związku? - Nie zniósłbym tego. Nie ręczyłbym za siebie. Myślę, że aktualnie jestem większym zazdrośnikiem niż dawniej i nie pozwoliłbym by ktoś się do ciebie zbliżył - przyznałem to. Tak głośno. Wprost. Nie kręcąc, nie kłamiąc ani chociażby nie unikając odpowiedzi. Oszalałem. Mówiłem to, czego nie powinna słuchać, czego nie powinienem jej chcieć przekazać, bo byłem pewien, co wtedy zrobi - odwróci się ode mnie, zerwie naszą przyjaźń i już nie będę... w jej życiu. Czułem, że znowu traciłem grunt, że znowu gdzieś odpływałem, gubiłem się, tonąłem.
Zamarłem ze swoimi dłońmi na jej ciele. Już nie głaskałem jej ręki, pleców. Nie bawiłem się jej włosami. Po prostu zamarłem, jak gdybym już był duchem i odpływał do Limbo.
- Czyli... My... Czyli... - Chciałem zadać to pytanie podsumowujące, ale nie byłem w stanie. Odwróciłem twarz, patrząc gdzieś w dal. Przegrana nie wchodziła w grę, a jednak... Tak miało być dla nas lepiej? - Nie chcę niszczyć. Nigdy nie chciałem niszczyć mojej rodziny... Próbowałem to poukładać, pogodzić, ale... się nie da - przyznałem z żalem, ze ściśniętym gardłem, szeptem. Było już za późno, tak jak mówiła Avelina. Za późno. Minęliśmy się w pewnym momencie, a nawet nigdy nie byliśmy blisko, nie mogliśmy być, bo każde z nas miało swój świat i tak miało pozostać.
Podziękowałem Avelinie za to, że pomogła mi znaleźć moją zgubę. Może gdybym nie był taki zamyślony i roztargniony... I tak bym sprawdzał, gdzie jest moja różdżka, nawet gdybym wiedział i dał sobie za to rękę pociąć. To nie było normalne, ale niestety tak funkcjonowałem, więc przyjąłem pomoc Paxton, a nawet mi ulżyło, że nie skrytykowała jakoś tego, tylko po prostu się uśmiechnęła. Nie chciałem wyjść na jakiegoś dziwaka. Nie byłem pewien, w jakim stopniu to mogło wychodzić poza normalne zachowanie.
Cóż, nieistotne. Skupiłem swoje myśli, swoje zmysły na Avelinie, tym razem leżącej na moich nogach. Bawiła się moją dłonią, moimi palcami. Jej dotyk był mi taki przyjemny, taki naturalny, a jednak... miała rację. Miała całkowitą rację. Czyli to oznaczało, że to koniec? Że nie powinniśmy się więcej spotykać i to uszanować?
Serce zabiło mi mocniej na te myśli. Byłem niechybnie zgubiony. Może powinienem sobie tłumaczyć to tak, że faktycznie to kwestia naszego emocjonalnego pożegnania... Że tak naprawdę Avelina Paxton nic dla mnie nie znaczyła, ale w takim razie, czemu całym ciałem właśnie nie chciałem przyjmować tej myśli do siebie? Buntowałem się przeciwko temu tak bardzo, że aż wirowało mi w głowie. Przytuliłem ją do siebie bardziej. Miała rację. Nie chciałem jej nikomu oddawać. Chciałem ją zatrzymać tu, blisko siebie, a jak trzeba by było, to też ukryć przed całym światem za swoimi plecami.
- Nie zaprzeczę - odparłem po chwili milczenia. Przełknąłem ślinę. Świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, jak wielkim zazdrośnikiem potrafiłem być. Gdybym ujrzał ją w towarzystwie innego mężczyzny, już trybiki w mojej głowie resztę by sobie dopowiadały, a co dopiero by było, gdybym faktycznie był doinformowany o statusie... ich... związku? - Nie zniósłbym tego. Nie ręczyłbym za siebie. Myślę, że aktualnie jestem większym zazdrośnikiem niż dawniej i nie pozwoliłbym by ktoś się do ciebie zbliżył - przyznałem to. Tak głośno. Wprost. Nie kręcąc, nie kłamiąc ani chociażby nie unikając odpowiedzi. Oszalałem. Mówiłem to, czego nie powinna słuchać, czego nie powinienem jej chcieć przekazać, bo byłem pewien, co wtedy zrobi - odwróci się ode mnie, zerwie naszą przyjaźń i już nie będę... w jej życiu. Czułem, że znowu traciłem grunt, że znowu gdzieś odpływałem, gubiłem się, tonąłem.
Zamarłem ze swoimi dłońmi na jej ciele. Już nie głaskałem jej ręki, pleców. Nie bawiłem się jej włosami. Po prostu zamarłem, jak gdybym już był duchem i odpływał do Limbo.
- Czyli... My... Czyli... - Chciałem zadać to pytanie podsumowujące, ale nie byłem w stanie. Odwróciłem twarz, patrząc gdzieś w dal. Przegrana nie wchodziła w grę, a jednak... Tak miało być dla nas lepiej? - Nie chcę niszczyć. Nigdy nie chciałem niszczyć mojej rodziny... Próbowałem to poukładać, pogodzić, ale... się nie da - przyznałem z żalem, ze ściśniętym gardłem, szeptem. Było już za późno, tak jak mówiła Avelina. Za późno. Minęliśmy się w pewnym momencie, a nawet nigdy nie byliśmy blisko, nie mogliśmy być, bo każde z nas miało swój świat i tak miało pozostać.