Drgnął, kiedy cichy hol przecinany tylko jego krokami i terkotaniem kółeczek o piękną, wypolerowaną posadzkę, w której można się było przeglądać niczym w lustrze, został rozdarty jakże wymownym dźwiękiem. Chrząknięciem. Zatrzymał się po dostawieniu nogi do nogi i obejrzał w kierunku półpiętra, gdzie stał Pan i Władca Keswick. Po jakże miłym i sympatycznym dniu, bo dlaczego jego dzień miałby być nieudany? Dlaczego miałby być przecięty jakimiś bolączkami czy zmartwieniami? Surowe spojrzenie, jakże spokojne, nie wyciągało duszy z własnych podstaw, żeby zachęcić drugą stronę do tego samego. Nie mógł znaleźć żadnej wartości w jego oczach z tych, które chciał tam dostrzegać. Romantyzował je. Te oczy. Śnił o nich - o duchu przy duchu, nagich prawdach bez tajemnic. O byciu sobą samym i możliwości przeżycia tej egzystencji po swojemu, ale nie samemu. Nie. Był naiwny i sądził, że w tym wielkim świecie ludzi bez dusz on się odnajdzie. Jego odnalezienie się miało swój początek w szarych, niemal stalowych oczach swojego ojca. Stal - pasowała do niego. Powinien nosić miecz przy boku, szablę szlachecką. Byłaby tak samo zimna jak jego spojrzenie. W morskich oczach nie było ani zaskoczenia, ani znużenia, ani determinacji. Było zmęczenie i żal.
Czy to pytanie o to, gdzie się wybiera, wymagało w ogóle odpowiedzi? Było retoryczne. Było pytaniem, które mówiło, że dostał (wspaniałomyślnie!) szansę na zreflektowanie się i grzeczne przeproszenie, przyznanie się do głupotki, bo przecież nie było dokąd i do kogo uciekać. Nie miał racji. Laurent naprawdę wierzył, że miał przyjaciół, którzy by go przyjęli, gdyby tego bardzo potrzebował. Inna sprawa, że miał charakter, który nie do końca pozwalał na korzystanie z takich sytuacji, jeśli naprawdę sprawa nie była nagląca. Jeśli gdzieś miał lądować - wybrałby dom tej znienawidzonej przez Edwarda Florence. Czuł się tam dobrze, bezpiecznie. Natomiast nie chciał u nich przesiadywać całymi dniami, tygodniami. Chciał przecież żyć po swojemu. Nie być niczyim głównym zmartwieniem. A morderca? Nie, nie złapali go - kolejne retoryczne pytanie. Więc całkowicie retorycznie Laurent obrócił się znowu do tego mężczyzny plecami. Choć nie, nie obrócił - bo w pierwszym miejscu nie stał nawet do niego przodem.
- Inferius mnie zranił. - Odpowiedział z zachowaniem dystansu w głosie, z nieco ściśniętym gardłem. Był zły. Miał naprawdę żal do Edwarda. - Została opatrzona. Nic mi nie jest. - Wiedziałbyś o tym, gdybyś tylko chciał ze mną rozmawiać. - Zostaw moją walizkę. - Rzucił ostrzegawczo, ostro, w kierunku skrzata, spoglądając na niego kontrolnie, żeby czasem się nie zbliżał. Aż mocniej zacisnął na niej dłoń. Obrócił się w kierunku Edwarda, stawiając ją przy sobie i nie puszczając. - Czy czegoś potrzebujesz, ojcze? Bo jeśli nie - przepraszam, ale jestem zajęty i nie chcę, żeby coś mnie rozpraszało. Jeśli mogę dać ci radę to polecam zająć się Pandorą. - Sparafrazował jego lakoniczną (i jedyną) wiadomość, jaką od niego dostał mimo tego, że codziennie próbował z nim porozmawiać. Dłoń mu drżała na tej walizce.