19.11.2023, 15:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2023, 10:32 przez Rodolphus Lestrange.)
Rolph uniósł brew na tę uwagę, w jego opinii niegrzeczną i nieprawdziwą. Obserwował przez chwilę Roberta, badał jego mimikę, jego gesty i przede wszystkim oczy. Milczał, pozwalając sobie na tę chwilę przerwy, by móc wyciągnąć odpowiednie wnioski. W końcu oparł plecy o oparcie krzesła i uśmiechnął się kącikiem ust.
- Być może chodziło o to, by sami się do mnie zwrócili - odpowiedział spokojnie, czując że Robert go nie docenia. Nie docenia inteligencji i umiejętności tkania pajęczyny kłamstw i sieci zależności wokół siebie i nowego szefa Departamentu Tajemnic. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego szarych oczach. - A być może po prostu byłem nieostrożny.
Nie zamierzał wyciągać wszystkich asów z rękawa przy Robercie. Podziwiał go, ale z podziwem szła także ostrożność. W końcu Robert poszedł za kimś, przekreślając swoją ścieżkę kariery. Taniec niedopowiedzeń z tym mężczyzną był cholernie niebezpieczny, ale jednocześnie sprawiał, że Rodolphus czuł przyjemny dreszcz ekscytacji na samą myśl o kolejnych krokach. Rzadko mu się to zdarzało. Wstał.
- Zacznę od razu, jeśli pozwolisz. Jednak pewnie wolałbyś, by nie było cię w środku. To był zaszczyt, Robercie, oczekuj proszę mojej sowy. I zawsze warto dziękować za błyskotliwe sugestie i otworzenie oczu - uśmiechnął się uprzejmie, lecz uśmiech ten nie sięgał oczu.
Poczekał, aż Robert opuści chatę przy pomocy świstoklika. Sam dopiero wtedy ponownie otworzył klapę i zszedł na dół, czule szepcząc słowa zaklęcia podrzynającego gardła cztery razy. Jak od nowa, tak od nowa. Następnie zebrał wszystkie dokumenty, które być może jednak mu się przydadzą - musiał je od nowa przestudiować. Spojrzał na kominek i wycelował w niego różdżką. Potem w krzesła i biurko, a następnie w podłogę. Gdy śmiercionośne płomienie zaczęły lizać ściany, chwycił za jedno z piór i zniknął w akompaniamencie trzasku, pozwalając by chatę strawił ogień, a wraz z nią cztery ciała, które być może zostaną w przyszłości odnalezione, a być może nie.
- Być może chodziło o to, by sami się do mnie zwrócili - odpowiedział spokojnie, czując że Robert go nie docenia. Nie docenia inteligencji i umiejętności tkania pajęczyny kłamstw i sieci zależności wokół siebie i nowego szefa Departamentu Tajemnic. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego szarych oczach. - A być może po prostu byłem nieostrożny.
Nie zamierzał wyciągać wszystkich asów z rękawa przy Robercie. Podziwiał go, ale z podziwem szła także ostrożność. W końcu Robert poszedł za kimś, przekreślając swoją ścieżkę kariery. Taniec niedopowiedzeń z tym mężczyzną był cholernie niebezpieczny, ale jednocześnie sprawiał, że Rodolphus czuł przyjemny dreszcz ekscytacji na samą myśl o kolejnych krokach. Rzadko mu się to zdarzało. Wstał.
- Zacznę od razu, jeśli pozwolisz. Jednak pewnie wolałbyś, by nie było cię w środku. To był zaszczyt, Robercie, oczekuj proszę mojej sowy. I zawsze warto dziękować za błyskotliwe sugestie i otworzenie oczu - uśmiechnął się uprzejmie, lecz uśmiech ten nie sięgał oczu.
Poczekał, aż Robert opuści chatę przy pomocy świstoklika. Sam dopiero wtedy ponownie otworzył klapę i zszedł na dół, czule szepcząc słowa zaklęcia podrzynającego gardła cztery razy. Jak od nowa, tak od nowa. Następnie zebrał wszystkie dokumenty, które być może jednak mu się przydadzą - musiał je od nowa przestudiować. Spojrzał na kominek i wycelował w niego różdżką. Potem w krzesła i biurko, a następnie w podłogę. Gdy śmiercionośne płomienie zaczęły lizać ściany, chwycił za jedno z piór i zniknął w akompaniamencie trzasku, pozwalając by chatę strawił ogień, a wraz z nią cztery ciała, które być może zostaną w przyszłości odnalezione, a być może nie.
Koniec sesji