19.11.2023, 19:06 ✶
Ulysses zamarł. Pytanie Eunice nieco wytrąciło go z równowagi. Zmarszczył brwi, rozpaczliwie szukając w sobie jakiejś szybkiej riposty, czegoś co pozwoliłoby mu od razu przekierować rozmowę na właściwe tory.
Kiedy zmierzał do niej korytarzami Św. Mungo, to wydawało się jakieś prostsze. Miał wejść i powiedzieć, że muszą się rozstać. Tylko tyle. Aż tyle.
Eunice poczuła, że czoło miał ciepłe, ale nie gorące. Raczej nie trawiła go gorączka, najwyżej stan podgorączkowy. Nie odsunął się od niej, ale i się nie przysunął. Po prostu stał zamarły, gubiąc się we własnych myślach.
Ulysses otworzył usta i zamknął je. Znowu je otworzył. Znowu zamknął. No dalej, znajdź jakąś odpowiedź, przecież zadała ci proste pytanie! Ale nie chodziło o „nie”. Chodziło o ubranie słów w taki sposób by stojąca przed nim młoda, ładna kobieta zrozumiała, że to na pewno nie była jej wina, że to nawet nie była jego wina (chociaż gotów był wziąć ją na swoje barki) i w żadnym wypadku winną nie była też Vespera. Czasami rzeczy po prostu się działy.
W przypadku jego i Eunice, może nawet działy się same aż za bardzo. Przecież jednakowo nie chcieli tego małżeństwa. Jednakowo ulegali wpływom ojców i podporządkowywali się ich zachciankom. Ulysses może nie potrafił rozpoznawać wszystkich emocji, ale umiał dostrzec – może przez to, że takich osób nie było wiele, albo bo właśnie już (jak mu się zdawało) poznał jedną taką – że Eunice go nie kochała. Tak, jasnowłosa lubiła go i była to przyjemnie pokrzepiająca myśl (bo lubili się oboje, bo może na tej sympatii udałoby się im nawet stworzyć jakiś zgodny, pozbawiony wzlotów i upadków związek), ale nie darzyła żadnym głębszym uczuciem. I on zresztą też jej nie kochał.
- Nie. Nic nie wziąłem. Nic nie piłem – odpowiedział, przypominając sobie rozmowę, którą odbyli wcześniej. Miał jej nie ignorować. Rozmawiać z nią. Odpowiadać jej na pytania. Nie zostanie jej mężem, ale mógł chociaż zastosować się do ich ustaleń. – Musimy porozmawiać – powtórzył ciszej. Oczy mu nadal płonęły. – Na osobności. To dość pilne, Eunice.
Kiedy zmierzał do niej korytarzami Św. Mungo, to wydawało się jakieś prostsze. Miał wejść i powiedzieć, że muszą się rozstać. Tylko tyle. Aż tyle.
Eunice poczuła, że czoło miał ciepłe, ale nie gorące. Raczej nie trawiła go gorączka, najwyżej stan podgorączkowy. Nie odsunął się od niej, ale i się nie przysunął. Po prostu stał zamarły, gubiąc się we własnych myślach.
Ulysses otworzył usta i zamknął je. Znowu je otworzył. Znowu zamknął. No dalej, znajdź jakąś odpowiedź, przecież zadała ci proste pytanie! Ale nie chodziło o „nie”. Chodziło o ubranie słów w taki sposób by stojąca przed nim młoda, ładna kobieta zrozumiała, że to na pewno nie była jej wina, że to nawet nie była jego wina (chociaż gotów był wziąć ją na swoje barki) i w żadnym wypadku winną nie była też Vespera. Czasami rzeczy po prostu się działy.
W przypadku jego i Eunice, może nawet działy się same aż za bardzo. Przecież jednakowo nie chcieli tego małżeństwa. Jednakowo ulegali wpływom ojców i podporządkowywali się ich zachciankom. Ulysses może nie potrafił rozpoznawać wszystkich emocji, ale umiał dostrzec – może przez to, że takich osób nie było wiele, albo bo właśnie już (jak mu się zdawało) poznał jedną taką – że Eunice go nie kochała. Tak, jasnowłosa lubiła go i była to przyjemnie pokrzepiająca myśl (bo lubili się oboje, bo może na tej sympatii udałoby się im nawet stworzyć jakiś zgodny, pozbawiony wzlotów i upadków związek), ale nie darzyła żadnym głębszym uczuciem. I on zresztą też jej nie kochał.
- Nie. Nic nie wziąłem. Nic nie piłem – odpowiedział, przypominając sobie rozmowę, którą odbyli wcześniej. Miał jej nie ignorować. Rozmawiać z nią. Odpowiadać jej na pytania. Nie zostanie jej mężem, ale mógł chociaż zastosować się do ich ustaleń. – Musimy porozmawiać – powtórzył ciszej. Oczy mu nadal płonęły. – Na osobności. To dość pilne, Eunice.