Avelina nigdy nie miała problemów pod tym tytułem. Lubiła porządek to fakt, ale nie dostawała bzika, gdy ktoś jej cos przestawił. Po prostu to odszukiwała i odkładała tam, gdzie powinno być. Jej rodzice wiecznie mieli nieporządek w domu, więc się do tego przyzwyczaiła. Nie miała jednak zamiaru oceniać pod tym tytułem Augustusa. Zawsze miał swoje dziwactwa, był zaborczy, wiecznie wkurzony i pamiętała to tak jakby to było wczoraj. Lubiła na niego patrzeć, gdy ciskał gromami na jej wredne odzywki, zagrywki, które nie pasowały do jego wizji świata i porządku. Dopiero teraz zrozumiała, że wtedy w szkole naprawdę jej się podobał, jego spojrzenie i zapach zawsze powodował, że czuła spokój – tak jak teraz. Czuła jednak cholerny ucisk w żołądku, że należał do innej kobiety. Już nigdy nie będzie jej, nie miała prawa nazywać go swoim, ani tak o nim myśleć. W szkole należeli do siebie, w szkole ich schadzki były tylko dla nich, a teraz? W ich życiu była kobieta, która miała prawo nazywać go swoim, która nosiła jego obrączkę na palcu, a ona nosił od niej. Patrzyła na nią przez chwilę i czuła palący żal do życia, że nie było im dane nawet spróbować. Musiała mieć w sobie tą siłę, aby go do siebie nie dopuszczać, aby uratować swoje serce przed kolejnym załamaniem. Długo zbierała się po informacji, że on bierze ślub, że rodzą mu się kolejne dzieci.
Jego ramiona były przyjemne, ale parzyły jak rozżarzone węgle. Wolałaby chyba to drugie niż świadomość, że nie może z nim być. Zamknęła oczy próbując powstrzymać płacz. Poczuła przyjemne ukłucie w podbrzuszu, gdy mówił o tym, że byłby o nią zazdrosny. Wiedziała, że nie powinna czuć z tego powodu przyjemności, że nie było to normalne, aby żonaty mężczyzna był zazdrosny nie o swoją żonę, a o przyjaciółkę. Jednak chciała, aby to czuł, aby o nią walczył, aby ją zagarniał. Tak cholernie chciała być jego, a jednak nie mogła i to ją cholernie frustrowało. Chciała coś rozwalić, coś zniszczyć, a nie wiedziała, co takiego mogła zrobić w tej kwestii.
– No właśnie – westchnęła tylko na jego słowa i spojrzała mu w oczy odsuwając się od jego brzucha. Podniosła się z jego kolan i usiadła obok niego podwijając nogi po brodę i je mocno obejmując. Lubiła tak siedzieć, czuła się wtedy mała, zamknięta, jak w ochronnej bańce. – Wiesz, że to głupie, prawda? – zapytała cicho patrząc na wodę, w której odbijało się niebo. Gdzieś tam latały ptaki i głośno skrzeczały, a ona przechodziła swój własny horror, tu na ziemi, obok miłości swojego życia. – Oboje wiemy, że nie możemy być razem, nie możesz się nawet w moim towarzystwie pokazać na ulicach, w kawiarni, nie możesz pójść ze mną na urodziny Nory, czy na kawę z Olivią, bo wzbudzi to skandal, kontrowersję. Zaczną o tobie pisać, że szlajasz się z obcą wywłoką, a twoja biedna żona siedzi z dziećmi w domu. Jednak oboje uparcie szukamy sposobu, aby razem spędzać czas – szepnęła i oparła głowę o jego ramię nadal patrząc gdzieś w dal, w martwy punkt na wodzie.