Maya uważnie przyglądała się dwójce ludzi. Jej ciocia świetnie sobie radziła z tym dziwakiem. Zdecydowanie lepiej niż ona sama i zazdrościła jej tej pewności siebie i tego, że wiedziała zawsze, co powiedzieć. Patrzyła na Leo z dosyć miesznymi uczuciami. Z jednej strony czuła lekką obawę, bo był zdrowo pieprznięty, ale z drugiej fascynację. Nigdy nie sądziła, że tacy ludzie jak on istnieli naprawdę. Była ciekawa, kto sprawił, że był debilem. Jak można się w taki sposób zachowywać i nie widzieć w tym nic dziwnego. Pocałował ją wbrew jej woli, zmacał, wciągnął na siebie, a ona była w tak ogromnym szoku, że nie wiedziała, co miała zrobić. Nawet po Desmondzie szybciej by wiedziała czego się spodziewać niż po Leo. On wydawał się być nieprzewidywalny i totalnie idiotyczny. Taka osoba jak on nie powinna myśleć. Słysząc jak ciotka mu grozi zasłoniła usta dłonią, aby nie wydać z siebie chichotu. Dłonia złapała jej koszulkę w końcu, aby już się tak mocno nie denerwowała i pokiwała do niej głową, że wszystko jest na swoim miejscu, bo w końcu ona tu była. Jej wzrok znowu wrócił do jej niedoszłego oprawcy. Gdy wspomniał o swoim tyłku Maya wytrzeszczyła szeroko oczy.
– Powinni cię zamknąć w kaftanie bezpieczeństwa – stwierdziła krótko i znowu spojrzała na swoją ciocię. – Chodźmy lepiej stąd – wzdrygnęła się nieznacznie przypominając sobie to jak chwile temu była zmuszona siedzieć na nim w niekomfortowej sytuacji. – Następnym razem nie będę miła i złamię ci ten nos doszczętnie – dodała jeszcze i objęła się ramionami. Jakoś nagle zimno się jej zrobiło. To chyba z powodu tych nerwów.
Uważała, że naprawdę była dla niego za miła. Delikatnie go obraziła i tylko raz uderzyła z głowy w nos. To było naprawdę miłe, nie? Chciała też pogadać z Maeve o nowych ubraniach, bo te jej nie nadawały się do życia na Nokturnie i Londyńskich ulicach.