Otto miał wrażenie, że momentami byli zbyt przewrażliwieni na punkcie dobra i dostatku swoich wszystkich krewnych. W pojedynkę byłoby ciężko spamiętać to wszystko i upewniać się, że nikomu nic nie pasuje... ale we dwójkę? To było proste zadanie, nic trudnego i przede wszystkim czysta przyjemność. W końcu swój do swego ciągnie i tym samym nie było innej możliwości jak to, że Józefina zostanie jego małżonką. Abbott w końcu nie widział świata bez niej - byli trochę jak te papużki nierozłączki. Nawet jeżeli był bardzo zajęty przetwarzaniem owoców na kolejne pyszne nalewki, to i tak znajdował sobie jakiś powód, aby pójść sprawdzić co u Jose.
Kiedy Alice tak urosła? To było bardzo dobre pytanie, na które nie potrafił odpowiedzieć. To się stało... tak o, szybko, samo... - Nie wiem moja droga. W tym Hogwarcie to Was chyba karmili drożdżami... - przyznał, widząc w tym jedyną możliwość. No bo jak inaczej mógł to wytłumaczyć? Nie umiał. W tym wszystkim była jedna smutna wiadomość, trochę podprogowa - jeszcze chwila, moment i ona też wyfrunie z gniazda, a oni nic nie mogli z tym zrobić - Ja to się czuję silny jak nigdy. Też myślałem, że to będzie straszne ale kiedy mam takie wsparcie codziennie... to naprawdę nie mam co narzekać - odparł. Józia według Otta trzymała się bardzo dobrze i po prostu przeżyła kolejne 18ste urodziny, któryś już tam raz z kolei.
Zrobienie kawy to był pikuś. Chwila, moment i zrobione. Wytworne dania robiło się dużo trudniej ale i one stanowiły czystą przyjemność - Oj, słodzisz mi... Ćwiczyłem ją te wszystkie lata kiedy pobierałaś nauki w szkole. Musiałem przecież się czymś zająć, aby bez Ciebie nie zwariować - powiedział spokojnie, ciesząc się niezmiernie, że jej smakowało. Wiedział, że mówi prosto z serca, wszak to uczciwa kobieta była, a i Abbott akceptował krytykę i zawsze starał się ulepszać wszystko tak, aby było perfekcyjnie - Z jednej strony takie poranki to coś pięknego, trochę ciszy i spokoju bez dzieci... Ale z drugiej strony z nimi też było świetnie. Trochę hałasowali, rozrabiali... - westchnął, ponieważ tylko tyle mu już zostało. Nie było sensu się nad tym rozwodzić - taka była kolej rzeczy.
Pokiwał głową na zgodę, a następnie zaczął się przyglądać temu jak sprawnie Józia poradziła sobie z sowami. To był prawdziwy talent. Jak jej się te wszystkie zwierzęta słuchały to było coś przepięknego - Avelinka! No tak! - uniósł rozradowany ręce do góry - Nasza perełka! - odparł, przykładając fajkę do ust. Zamilkł od razu po tym, dając małżonce pole do popisu - tak należało określić umiejętność czytania.
Otto przymknął oczy, popalając sobie troszkę z tej okazji. Kiwał też głową jakoby potwierdzając, że rozumie to co zostało zamieszczone w liście. Najciekawszy w tym wszystkim był fakt, że to brzmiało jakby sama Avelina im recytowała tą wiadomość. Coś wspaniałego - Józia to jednak była kobieta wielu talentów - Oj, dbają, dbają - zgodził się - Eliksiry! No tak, specjalność Avelinki. Od razu mi się kojarzy z ziołami wszelkiej maści... Jak one tak schną sobie i pięknie pachnie... To też taki zapach lata ale dosyć późnego, nie sądzisz? - otworzył oczy, pytając - Może moglibyśmy jej pomóc? Wiesz, trochę tutaj ziemi gdzieś przeorać, aby posadzić jej trochę ziółek? Oczywiście broń mnie sam Merlinie przed wycinaniem drzew pod to... O nie - wytłumaczył się. Nie było o tym mowy - drzewa były rzeczą świętą i bardzo dobrze o tym wiedział - Ale jestem pewny, że trochę miejsca by się mogło znaleźć - wziął łyka kawy - Powiem Ci najdroższa, że prorocze słowa prawisz dzisiaj. Dopiero mówiłaś, że trzeba by ich jakoś ściągnąć do nas, a tu proszę. Sama pisze, że chciałaby się spotkać. No coś pięknego! Jednak o nas nie zapomnieli jeszcze - odetchnął z ulgą. Otto by chyba serce pękło gdyby tak to się właśnie stało - My zdrowi przecież. Tu na wsi inaczej, niż w mieście. Spokój, cisza, świeże powietrze. Żyć i nie umierać... - przetarł dłonie - Dobrze, dobrze. Niech nasza Perełka się rozwija. Tylko najlepiej to na ten no... Głównej ulicy by sobie otworzyła ten lokal... Jak ona się tam nazywa... - zamyślił się, poprawiając wąsa, próbując sobie przypomnieć jak się nazywała Pokątną. W Londynie był może z trzy razy i jakoś nigdy nie było mu po drodze aby zapamiętać to wszystko - Oczywiście możemy jej też pomóc. Finansowo ale też z całą resztą. Jakichś szafek mógłbym jej zrobić, a Ty tych ziółek przygotować. Ususzyć je w domu i była miała na początek. Co sądzisz? - zapytał, kończąc swoją bezę. Ahh... no coś wspaniałego