Uderzył lekko kieliszkiem o szkło swojej towarzyszki. Co jak co, ale w pierwszym rzędzie bawili się wyśmienicie i to pewnie dużo lepiej niż lwia część zaproszonych przez Longbottomów gości.
— A myślisz, że oni byli dzicy? — spojrzał z powątpiewaniem na gospodarzy przyjęcia. Tak jak jeszcze był w stanie uwierzyć w to, że Brenna w czasach szkolnych potrafiła nieco ostrzej zaszaleć, tak co do jej brata miał spore wątpliwości. Trudno było mu go sobie wyobrazić w prawdziwym klubie nocnym w dzielnicy mugolskiej. Po prostu nie ten... styl. — Oni od dzieciaka biorą udział w takich bankietach, a my od dzieciaka robimy z siebie kompletnych pojebów. Naprawdę sądzisz, że tak łatwo z tego wyrosnąć?
Miał nadzieję, że Ruda nie odbierze jego słów za obrazę. Może użył nieco dosadnego słownictwa, jednak starał się przekazać główną myśl. Może i pewne aspekty ich charakteru ulegną transformacji wraz z biegiem lat, tak na pewno nie zostawią wszystkiego za sobą, zamykając się w jakiejś zimnej, pozbawionej emocji skorupie. Jeśli dalej męczyłyby ją wątpliwości, to Cameron zamierzał pomóc jej się ich wyzbyć przy najbliższym barze. Niech alkohol Longbottomów na coś się przyda.
— A żebyś wiedziała. Moja matka już któryś rok suszy mi głowę, że nie chcę cały czas jeść sałatek i potrzebuję mięcha na talerzu. Jeszcze trochę i mnie zaciągnie do Munga, żeby sprawdzić, czy mnie nie podmienili — mruknął, robiąc co w jego mocy, aby rozbudzić w dziewczynie jak największe pokłady dobrego humoru. Nawet jeśli oznaczało to, że miał stać się tymczasowym obiektem żartów.
Uśmiechnął się słabo pod nosem. Chociaż w towarzystwie Heather i Charliego dosyć szybko dopasowywał kroki do ich szalonego tańca, tak w pracy starał się nieco ograniczać. Rozumiał jednak, że nie każdy był stworzony do takiej pracy. Ruda na pewno trafiła tam, gdzie powinna. Najpierw zabójcza kariera w quidditchu, a teraz zaczynała kariera w BUM. Aktywna robota, w terenie, pełno ludzi, dużo wydarzeń. Bardzo w jej stylu.
— Podobno przyjęli parę dni temu na oddział gościówę, która oberwała zaklęciem galaretowatych placów. Nie chciało odpuścić. Ponoć próbowali użyć Szkiele-Wzro, ale coś nie szło, więc chcieli dodać do receptury czegoś ekstra, ale nie było mnie dzisiaj w szpitalu, więc nie wiem, co z tego wyszło — rzucił, przypominając sobie jedną z plotek, która gruchnęła w kanciapie stażystów. Ciężko było stwierdzić, czy była to prawda, czy tylko wymysł jakiegoś palanta o zbyt wybujałej wyobraźni, ale brzmiało to nieco prawdopodobnie.
Chłopak zapadł się głębiej w krzesło, gdy zobaczył, jak jego partnerka pokazuje środkowy palec jego szefowej. Ukrył twarz w dłoniach, jednak nie mógł się zmusić do tego, aby zasłonić oczy, toteż musiał obserwować to przedstawienie. Florence nie miała pojęcia, co zrobiła, nieświadomie angażując się w spór z Heather.
— Dobra robota! — wymamrotał, wykrzesując z siebie delikatny uśmiech i ściskając rękę dziewczyny. Tak na wszelki wypadek, gdyby przy następnym fancie również doszło do jakiejś niespodziewanej rywalizacji z inną przedstawicielką płci pięknej.
Odgarnął kosmyk włosów dziewczyny za ucho, aby ponownie się do niej nachylić.
— Dwoje to za mało, potrzebujemy naszego trio. — Przecież nie mógł pozwolić, aby Charliego ominęły takie rozrywki. Może czasy szkolne mieli już za sobą, ale zawsze należało szukać okazji do tego, aby pogłębiać swoją wiedzę i zdobywać nowe umiejętności. Dzięki temu człowiek lepiej funkcjonował w tym świecie.
Zamrugał nieco zdziwiony. Był tak zajęty ich osobistą konwersacją, że praktycznie przestał zwracać uwagę na to, co się dzieje na scenie. Młoda Longbottomówna sprzedawała nieco starszego Longbottoma? Cameron zerknął na tylne rzędy, jak gdyby chciał sprawdzić, czy inni goście są równie wstrząśnięci tymi wieściami, jak i on, jednak zachowywali się dosyć... Normalnie. Ech, ta elita.
— Wygląda, jakby chciał stąd spierdolić — stwierdził, podzielając opinię Heather. — Nie wiedziałem, że oni handlują żywym towarem. A mój brat mówił, że to taka dobra rodzina...