Bellatrix była bardzo blisko z mężczyznami z rodziny Lestrange. Wszak Rabastan i Rodolhpus nie byli jedyni, dużym wsparciem dla niej był zawsze Louvain, jej ukochany kuzyn, na którego mogła liczyć, kiedy tylko zaszła taka potrzeba. Jakoś tak już było od pokoleń, że te familie ze sobą współpracowały, jak widać przynosiło to same sukcesy. Często też odbywały się mariaże członków tych rodzin, sama Bellatrix miała teraz kontynuować tę tradycję, co napawało ją nawet optymizmem. Gdy była młodsza nie do końca rozumiała traktowanie kobiet niczym zwierząt, oddawanie ich po to, aby rodziły potomków i nic więcej, jednak miała wrażenie, że w jej przypadku będzie inaczej. Przynajmniej na to liczyła, wiedziała, że jest stworzona do większych rzeczy, niż bawienie dzieciaków. Często zastanawiała się, czy mogłaby lepiej trafić, ale chyba nie było takiej możliwości. Rolph dbał o nią, jak nikt inny, spełniał jej wszystkie zachcianki, a do tego razem służyli słusznej sprawie, ramię w ramię wykonując prośby Voldemorta, które miały pomóc ukształtować świat na nowo.
Nie spieszyło jej się do ślubu, odpowiadała jej sytuacja, w której byli z Rodolphusem. Wiedziała, że prędzej, czy później zostaną małżeństwem, jednak byli jeszcze młodzi, mieli czas na takie poważne deklaracje. Black mieszkała nadal z rodziną, nie czuła nawet potrzeby, aby znaleźć sobie nowe lokum. Jeśli wynikała taka potrzeba, to zawsze mogli schować się u Rolpha, co miało swoje zalety.
- Nie spodziewałam się, że jest, aż tak źle. - Pogoda w czerwcu była bardzo zmienna. Upały przeplatały się z tymi chłodnymi dniami, ciężko było przewidzieć, jakie warunki trafią się kolejnego dnia. No i nie miała szczęścia, wyszła z domu w dosyć lekkiej sukience, chociaż może miała trochę szczęścia? Przy jej boku był Rolph, który dbał o to, aby zawsze czuła się dobrze, nie musiała odezwać się ani słowem, a już narzucał jej na ramiona swój płaszcz. Zawsze się o nią troszczył. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, i wpatrywała się oczarowana dłuższą chwilę w twarz mężczyzny.
Jego dotyk był ciepły i przyjemny, jak zawsze. Nie spodziewała się, gdy była młodsza, że jakikolwiek facet będzie tyle dla niej znaczył. Jak widać życie weryfikowało różne poglądy, nawet te bardzo drastyczne, jak to, że nie będzie na pewno z nikim z młości. Widać, że wystarczyła odrobina zainteresowania, a mogło się to zdecydowanie zmienić.
Wtedy w alejce roztrzegł się trzask, nim tylko zdążyła zareagować Rolph zasłonił ją własnym ciałem. Prawdziwy bohater. Na szczęście nic się nie wydarzyło, przynajmniej jak na razie. Weszli w głąb alejki, aby to sprawdzić.
- Nie wiem, czy można to nazwać szczęściem. - Skomentowała jeszcze słowa mężczyzny. Nie miała pojęcia dlaczego znowu spotkali na swej drodze jakieś dziwne dziecko.
Dziewczynka nie wyglądała zbyt schludnie, ubrania wołały o pomstę do Merlina. Stała za Rodolphusem, czekając na to, co odpowie dziecko. Tyle, że ona się nie odezwała. Zapaliła zapałkę, a Rolph mógł poczuć ból głowy, świat trochę zawirował, a rzeczywistość jakby się rozmyła, co to miało znaczyć?