20.11.2023, 14:54 ✶
Nie lubił być ignorowany. Nawet jeśli ktoś mu nie odpowiadał, to zwykle chociaż zaszczycał spojrzeniem, dając znak, że go zauważył. Teraz jednak dziewczynka nawet się nie poruszyła w jego stronę. Patrzyła na duże pudełko zapałek, a następnie drżącą ręką odpaliła kolejną.
Rodolphus warknął wściekle, czując przeszywający ból głowy. Odruchowo uniósł dłonie i przycisnął je do skroni mocno, próbując zniwelować przeszywające pulsowanie. Świat jakby nagle zawirował, kontury się rozmyły a rzeczywistość napięła jak struna, by potem coś pękło.
Już nie znajdowali się w alejce przy dziewczynce, która odpalała zapałkę, pocierając ją o draskę. Oboje stali teraz przed chatą, z zewnątrz zniszczoną i brzydką. Z komina sączył się gęsty czarny dym, a okna jarzyły się krwawym blaskiem. Rodolphus pobladł - jego blada zwykle skóra przypominała teraz odcieniem kredę lub kartkę papieru. Znał tę chatę, wiedział co to za moment, co oznaczał. Odwrócił głowę, by się rozejrzeć. Co tu robił? Nagle zobaczył obok siebie Bellatrix, która wpatrywała się w płonący dom. Nie powinno jej tu być. Nie, nie powinno ICH tu być. Ona nie mogła się dowiedzieć.
Rodolphus chciał otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle jego ciało oblał zimny pot, gdy ujrzał swoją młodszą o prawie dwa lata wersję w otwartych drzwiach chaty. Pod pachą miał pergaminy i materiały. On sam stał w kręgu ognia i chował różdżkę. Jego alter-ego z przeszłości odwróciło się i wykonało gest pożegnania w niezidentyfikowaną stronę, zanim chwyciło zaklęte pióro z prostego biurka i zniknęło w akompaniamencie trzasku ognia oraz walącego się stropu. Bellatrix nie wiedziała, co to za chata. Była jednak zamieć, najpewniej grudzień. Okolica była ciemna, wydawało się że to było jakieś odludzie. Rolph nigdy nie mówił jej o tej przeszłości.
Nagle świat zawirował, a oni oboje znowu znajdowali się w alejce. Rodolphus klęczał na ziemi, ściskając mocno głowę. Paliła go żywym ogniem. Każdy ruch powodował ból, a mimo to podniósł wzrok na dziewczynkę, która wciąż była przed nimi.
- Przestań! - wrzasnął, gdy odpaliła kolejną zapałkę. W jego oczach odbijał się ogień, który tańczył też na zlanej potem twarzy. Nadawało mu to wygląd szaleńca.
Jego krzyk został momentalnie zagłuszony przez ryczące fale. Stali teraz na wybrzeżu, przy klifach. To była ta sama chata, którą widzieli przed chwilą. Teraz nie płonęła, nie było też śladu po zamieci. Była chyba jesień, bo deszcz zacinał niemiłosiernie, niemal raniąc ich skórę. Wokół poza rykiem fal było spokojnie. I tylko dym z komina świadczył o tym, że ktoś był w środku.
Rodolphus warknął wściekle, czując przeszywający ból głowy. Odruchowo uniósł dłonie i przycisnął je do skroni mocno, próbując zniwelować przeszywające pulsowanie. Świat jakby nagle zawirował, kontury się rozmyły a rzeczywistość napięła jak struna, by potem coś pękło.
Już nie znajdowali się w alejce przy dziewczynce, która odpalała zapałkę, pocierając ją o draskę. Oboje stali teraz przed chatą, z zewnątrz zniszczoną i brzydką. Z komina sączył się gęsty czarny dym, a okna jarzyły się krwawym blaskiem. Rodolphus pobladł - jego blada zwykle skóra przypominała teraz odcieniem kredę lub kartkę papieru. Znał tę chatę, wiedział co to za moment, co oznaczał. Odwrócił głowę, by się rozejrzeć. Co tu robił? Nagle zobaczył obok siebie Bellatrix, która wpatrywała się w płonący dom. Nie powinno jej tu być. Nie, nie powinno ICH tu być. Ona nie mogła się dowiedzieć.
Rodolphus chciał otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle jego ciało oblał zimny pot, gdy ujrzał swoją młodszą o prawie dwa lata wersję w otwartych drzwiach chaty. Pod pachą miał pergaminy i materiały. On sam stał w kręgu ognia i chował różdżkę. Jego alter-ego z przeszłości odwróciło się i wykonało gest pożegnania w niezidentyfikowaną stronę, zanim chwyciło zaklęte pióro z prostego biurka i zniknęło w akompaniamencie trzasku ognia oraz walącego się stropu. Bellatrix nie wiedziała, co to za chata. Była jednak zamieć, najpewniej grudzień. Okolica była ciemna, wydawało się że to było jakieś odludzie. Rolph nigdy nie mówił jej o tej przeszłości.
Nagle świat zawirował, a oni oboje znowu znajdowali się w alejce. Rodolphus klęczał na ziemi, ściskając mocno głowę. Paliła go żywym ogniem. Każdy ruch powodował ból, a mimo to podniósł wzrok na dziewczynkę, która wciąż była przed nimi.
- Przestań! - wrzasnął, gdy odpaliła kolejną zapałkę. W jego oczach odbijał się ogień, który tańczył też na zlanej potem twarzy. Nadawało mu to wygląd szaleńca.
Jego krzyk został momentalnie zagłuszony przez ryczące fale. Stali teraz na wybrzeżu, przy klifach. To była ta sama chata, którą widzieli przed chwilą. Teraz nie płonęła, nie było też śladu po zamieci. Była chyba jesień, bo deszcz zacinał niemiłosiernie, niemal raniąc ich skórę. Wokół poza rykiem fal było spokojnie. I tylko dym z komina świadczył o tym, że ktoś był w środku.