Vincent był ostatnio w wielkim szoku, bo niedawno podczas sprawdzania okolic lasów i samego miejsca, w którym żył, co robił cholernie często dostrzegł w zaroślach nienaturalnej wielkości wilka. Obserwował go z daleka i bezpiecznej odległości, bo nie widział tego stworzenia wcześniej w tych rejonach. Powiadomił o tym już Laurenta i zajął się mocniej zabezpieczeniami zwierząt, a przede wszystkim abraksanów na noc, aby przypadkiem ta bestia ich nie pożarła. Gdzieś z tyłu głowy nawet miał ochotę ją złapać, ale póki nie zbliżała się do stajni i innych miejsc zamieszkanych przez zwierzęta nie zamierzał drażnić zwierzęcia. Już w oddali dostrzegł nową współpracownicę, o której wspominał mu bratanek.
Uśmiechnął się pod nosem i z fajkiem w gębie ruszył w jej kierunku. Pogoda była naprawdę przyjemna, wręcz zbyt gorąca, ale mu nie przeszkadzało. Miał na sobie ciemny podkoszulek i luźne spodnie, trochę ubrudzone, bo ogarniał swoje smoczogniki. Miał chyba nawet gdzieś wypaloną dziurę w nich. Gdy dotarł do dziewczyny oparł się obok niej o murek, na którym siedziała i sięgnął do kieszeni wyciągając kawałek marchewki, którą dał abraksanowi za jej plecami. Przywitał się też z dziewczyną, żeby nie było, że jest jakimś gburem.
– Smacznego – dodał zerkając na nią z ukosa. – Jak ci idzie? Nie potrzebujesz z czymś pomocy? – zapytał głaszcząc konia po pysku.