20.11.2023, 19:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2023, 19:13 przez Maeve Chang.)
Nie odpyskowała, choć diabli wiedzieli, że nieziemsko chciała. Jeśli wciąż rozumieli się bez zbędnych słów, Saurielowi powinno w odpowiedzi wystarczyć to jedno spojrzenie Maeve, które kontrastując ze sztucznym uśmiechem mówiło "kiedyś wyjmę ci tego kija z dupy i cię nim zatłukę". Rozgniewała się, ale usiedziała na miejscu, bo potrafiła się kontrolować, mimo swojej porywczej natury. Nawet jeśli była w gorącej wodzie kąpana, nie znaczyło to przecież, że nie lubiła w takowej chwilę sobie posiedzieć.
Poza tym obydwoje wiedzieli, że ten gniew nie potrwa długo. Mewa już tak miała; odchodził tak szybko, jak przychodził. Nie chciała Rookwoodowi przecież bruździć w metryce.
Niemniej dobrze, że podjął próbę przywołania Chang do porządku, bo tak jak jeszcze kilka chwil temu myślała, że atmosfera będzie luźniejsza, jak pomiędzy starymi dobrymi kumplami, tak teraz dotarło do niej, że się nieco pomyliła. I już nie chodziło o samo podejście do biznesu - nie miała nic przeciwko temu, że niektórzy preferowali żelazne konkrety najpierw, a żarty potem, zamiast rozkosznej przeplatanki jednego z drugim. Kiedy padło słowo szlama, dosłownie ścięło jej krew w żyłach, a przecież wcale nie chodziło o nią. Założyła ramiona na piersi, przenosząc badawcze spojrzenie na Bellatrix, a potem na tego, którego tak czule nazwała. Maeve uniosła brew, a potem zaczęła przeskakiwać wzrokiem z jednej osoby na drugą, szukając reakcji na tę nowinę, jakby chcąc ocenić zawczasu, czy dzisiejsze spotkanie skończy się na podłodze umorusanej we krwi. Nie obchodziło ją, czy czystej, czy brudnej.
Może nie pojmowała tego swoim prostym umysłem, ale nie rozumiała, jakie krew miała tu znaczenie. Jeśli miała skakać O'Dwyerowi do gardła, to Mewa mogła znaleźć Black tuzin powodów tak na teraz, a i jeszcze pewnie drugie tyle, gdyby ktoś jej pozwolił się chwileczkę zastanowić i ślinę przełknąć pomiędzy zdaniami. W porównaniu z jego innymi odchyłami przytyk o nieczystej krwi wydawał jej się śmieszny, ale ugryzła się w język i zacisnęła ciasno wargi, gdy parsknięcie chciało wydostać się jej z gardła. Nie chciała otwarcie demonstrować swojej opinii, przynajmniej nie teraz, bo nie była pewna, czy przypadkiem nie oberwie za stawanie w obronie mugolaka i też nie usłyszy jakiegoś twórczego epitetu, choćby takiego jak szlamojebca. Nie chciała, by Leo skończył żałośnie z tak błahego powodu, ale z drugiej strony nie było między nimi jeszcze takiej zażyłości i zaufania, by miała ochotę nadstawiać za niego kark.
Poza tym widziała, jak Stanley udawał, że komentarza nie słyszał, toteż też obrała tę taktykę. Udawanie debila uratowało jej skórę nie raz.
Zresztą, chwilę później już wcale nie musiała nikogo udawać. Kiedy Lorraine zaczęła mówić, poczuła, jakby nagle miała pusto w głowie, a słowa wili były niczym prawdy objawione, na które dotąd była ślepa. Nie czuła się tak w jej obecności po raz pierwszy, a i zapewne nie po raz ostatni, ale i tak działało na nią bezbłędnie, ciągnęło jak pszczołę do miodu. Ostateczne rozwiązanie kwestii mugolskiej przestało mieć znaczenie, nie martwiła się nim już wcale, teraz całą uwagę poświęcała Malfoyównie, temu, co mówiła, a także temu, jak pięknie wyglądała robiąc to. Gapiła się w nią jak w obrazek, nie umiejąc powstrzymać uśmiechu.
Ale czy ta wiedźma rzuciła na nią czar, czy nie, nie miało to teraz najmniejszego znaczenia i nie czyniło żadnej różnicy. Maeve przecież i tak nie widziała poza nią świata, z urokiem wili czy bez.
Jeśli Raine by się uparła, zgodziłaby się na tę przysięgę wieczystą. Niemniej, póki nie nalegała, musiała zgodzić się ze Stanleyem i Saurielem - jeśli zmusza się kogoś do lojalności, nie można tego lojalnością nazywać. Prędzej tyranią, która działała oczywiście, ale tak jak wspomniał Borgin, tylko do pewnego momentu.
- Kochana - zaczęła, powoli otrząsając się z oniemienia, które adresatka tego czułego określenia weń wywołała. Odgarnęła włosy z czoła, podnosząc się z siedzenia. - Może przysięgę wieczystą zostawmy w naszym arsenale jako ostateczną konieczność, hm? - Zaproponowała z łagodnym uśmiechem, chcąc dać jej znać, że o ile pomysł jest sam w sobie dobry, to nieskrojony na miarę ponurego towarzystwa, które się tu dzisiaj zlazło. Nie można kłaść w zastaw swojej krwi w imię kogoś, kogo pierwszy raz się na oczy widzi. Nieważne ile się twoi przyjaciele zarzekają, że te osoby są godne zaufania, o tym należy się przekonać na własnej skórze.
- Kredyt zaufania brzmi dobrze. Ja i Stanley jesteśmy wielkimi fanami kredytów - uśmiechnęła się, zerkając przez ramię na Stanleya, ale dalej szła w kierunku Lorraine. Czuła jakąś podskórną potrzebę, by fizycznie zademonstrować, że stoi po jej stronie. Stanęła za jasnowłosą i położyła dłonie na jej barkach.
- Czas pokaże, kto jest godny zaufania. Bycie lojalnym nie wyklucza ostrożności wobec samych siebie, prawda? Jestem przekonana, że nasza współpraca obrodzi w owoce, ale to w naszej wspólnej gestii leży, by okazały się one jadalne. Nie chcę się na nikim tutaj zawodzić - obwieściła zupełnie szczerze, darząc ich anielskim uśmiechem. W oczach Maeve było jednak coś dziwnego, jakiś ciemniejszy cień, może nawet czyhająca w oddali groźba. Nie wydawała się w pełni przyjazna.
- Jeśli zaś chodzi o moją rodzinę... Wzrusza mnie, naprawdę, jak bardzo wszyscy o mnie tutaj dbacie. W obliczu tej troski toksyczna siła imperium mojej matki zdaje się wręcz blaknąć - zaszydziła, bo ile wiedziała, że jest w tym wszystkim trochę sympatii, to tak naprawdę nie chcą podskakiwać Changom nie tylko z powodu niej samej, ale głównie dlatego, że gdyby podkurwili Madeleine, to odbiłoby się im to tak solidną czkawką, że Azkaban stałby się w ich oczach kurortem wakacyjnym, przylądkiem nadziei. - Jeśli chcecie współpracy z Changami, potrzebujemy konkretów. Dowodów na to, że nie jesteśmy bandą żółtodziobów, która naczytała się kryminałów i teraz ślini się na myśl o odrobinie władzy. Musimy udowodnić mojej matce, że jesteśmy czegokolwiek warci, a czając się na dobrą okazję do poderżnięcia sobie nawzajem gardeł tego nie osiągniemy. Ja jestem gotowa przymknąć oko na dzielące nas różnice i poglądy, ale czy jesteście gotowi na to wy? - Puściła pytanie w eter, unosząc brwi. Odruchowo zacisnęła palce na ramionach Lorraine mocniej, jakby przede wszystkim jej zgodę chciała usłyszeć, ale spojrzenie przesuwała po reszcie zebranych.
Maeve znała pojęcie lojalności, ale jej oddanie leżało w rękach rodziny - zawsze tak było, tak jest i tak będzie. Nie miała zamiaru zaufać nikomu, kto nie chciał nauczyć się żyć z nią w zgodzie.
Poza tym obydwoje wiedzieli, że ten gniew nie potrwa długo. Mewa już tak miała; odchodził tak szybko, jak przychodził. Nie chciała Rookwoodowi przecież bruździć w metryce.
Niemniej dobrze, że podjął próbę przywołania Chang do porządku, bo tak jak jeszcze kilka chwil temu myślała, że atmosfera będzie luźniejsza, jak pomiędzy starymi dobrymi kumplami, tak teraz dotarło do niej, że się nieco pomyliła. I już nie chodziło o samo podejście do biznesu - nie miała nic przeciwko temu, że niektórzy preferowali żelazne konkrety najpierw, a żarty potem, zamiast rozkosznej przeplatanki jednego z drugim. Kiedy padło słowo szlama, dosłownie ścięło jej krew w żyłach, a przecież wcale nie chodziło o nią. Założyła ramiona na piersi, przenosząc badawcze spojrzenie na Bellatrix, a potem na tego, którego tak czule nazwała. Maeve uniosła brew, a potem zaczęła przeskakiwać wzrokiem z jednej osoby na drugą, szukając reakcji na tę nowinę, jakby chcąc ocenić zawczasu, czy dzisiejsze spotkanie skończy się na podłodze umorusanej we krwi. Nie obchodziło ją, czy czystej, czy brudnej.
Może nie pojmowała tego swoim prostym umysłem, ale nie rozumiała, jakie krew miała tu znaczenie. Jeśli miała skakać O'Dwyerowi do gardła, to Mewa mogła znaleźć Black tuzin powodów tak na teraz, a i jeszcze pewnie drugie tyle, gdyby ktoś jej pozwolił się chwileczkę zastanowić i ślinę przełknąć pomiędzy zdaniami. W porównaniu z jego innymi odchyłami przytyk o nieczystej krwi wydawał jej się śmieszny, ale ugryzła się w język i zacisnęła ciasno wargi, gdy parsknięcie chciało wydostać się jej z gardła. Nie chciała otwarcie demonstrować swojej opinii, przynajmniej nie teraz, bo nie była pewna, czy przypadkiem nie oberwie za stawanie w obronie mugolaka i też nie usłyszy jakiegoś twórczego epitetu, choćby takiego jak szlamojebca. Nie chciała, by Leo skończył żałośnie z tak błahego powodu, ale z drugiej strony nie było między nimi jeszcze takiej zażyłości i zaufania, by miała ochotę nadstawiać za niego kark.
Poza tym widziała, jak Stanley udawał, że komentarza nie słyszał, toteż też obrała tę taktykę. Udawanie debila uratowało jej skórę nie raz.
Zresztą, chwilę później już wcale nie musiała nikogo udawać. Kiedy Lorraine zaczęła mówić, poczuła, jakby nagle miała pusto w głowie, a słowa wili były niczym prawdy objawione, na które dotąd była ślepa. Nie czuła się tak w jej obecności po raz pierwszy, a i zapewne nie po raz ostatni, ale i tak działało na nią bezbłędnie, ciągnęło jak pszczołę do miodu. Ostateczne rozwiązanie kwestii mugolskiej przestało mieć znaczenie, nie martwiła się nim już wcale, teraz całą uwagę poświęcała Malfoyównie, temu, co mówiła, a także temu, jak pięknie wyglądała robiąc to. Gapiła się w nią jak w obrazek, nie umiejąc powstrzymać uśmiechu.
Ale czy ta wiedźma rzuciła na nią czar, czy nie, nie miało to teraz najmniejszego znaczenia i nie czyniło żadnej różnicy. Maeve przecież i tak nie widziała poza nią świata, z urokiem wili czy bez.
Jeśli Raine by się uparła, zgodziłaby się na tę przysięgę wieczystą. Niemniej, póki nie nalegała, musiała zgodzić się ze Stanleyem i Saurielem - jeśli zmusza się kogoś do lojalności, nie można tego lojalnością nazywać. Prędzej tyranią, która działała oczywiście, ale tak jak wspomniał Borgin, tylko do pewnego momentu.
- Kochana - zaczęła, powoli otrząsając się z oniemienia, które adresatka tego czułego określenia weń wywołała. Odgarnęła włosy z czoła, podnosząc się z siedzenia. - Może przysięgę wieczystą zostawmy w naszym arsenale jako ostateczną konieczność, hm? - Zaproponowała z łagodnym uśmiechem, chcąc dać jej znać, że o ile pomysł jest sam w sobie dobry, to nieskrojony na miarę ponurego towarzystwa, które się tu dzisiaj zlazło. Nie można kłaść w zastaw swojej krwi w imię kogoś, kogo pierwszy raz się na oczy widzi. Nieważne ile się twoi przyjaciele zarzekają, że te osoby są godne zaufania, o tym należy się przekonać na własnej skórze.
- Kredyt zaufania brzmi dobrze. Ja i Stanley jesteśmy wielkimi fanami kredytów - uśmiechnęła się, zerkając przez ramię na Stanleya, ale dalej szła w kierunku Lorraine. Czuła jakąś podskórną potrzebę, by fizycznie zademonstrować, że stoi po jej stronie. Stanęła za jasnowłosą i położyła dłonie na jej barkach.
- Czas pokaże, kto jest godny zaufania. Bycie lojalnym nie wyklucza ostrożności wobec samych siebie, prawda? Jestem przekonana, że nasza współpraca obrodzi w owoce, ale to w naszej wspólnej gestii leży, by okazały się one jadalne. Nie chcę się na nikim tutaj zawodzić - obwieściła zupełnie szczerze, darząc ich anielskim uśmiechem. W oczach Maeve było jednak coś dziwnego, jakiś ciemniejszy cień, może nawet czyhająca w oddali groźba. Nie wydawała się w pełni przyjazna.
- Jeśli zaś chodzi o moją rodzinę... Wzrusza mnie, naprawdę, jak bardzo wszyscy o mnie tutaj dbacie. W obliczu tej troski toksyczna siła imperium mojej matki zdaje się wręcz blaknąć - zaszydziła, bo ile wiedziała, że jest w tym wszystkim trochę sympatii, to tak naprawdę nie chcą podskakiwać Changom nie tylko z powodu niej samej, ale głównie dlatego, że gdyby podkurwili Madeleine, to odbiłoby się im to tak solidną czkawką, że Azkaban stałby się w ich oczach kurortem wakacyjnym, przylądkiem nadziei. - Jeśli chcecie współpracy z Changami, potrzebujemy konkretów. Dowodów na to, że nie jesteśmy bandą żółtodziobów, która naczytała się kryminałów i teraz ślini się na myśl o odrobinie władzy. Musimy udowodnić mojej matce, że jesteśmy czegokolwiek warci, a czając się na dobrą okazję do poderżnięcia sobie nawzajem gardeł tego nie osiągniemy. Ja jestem gotowa przymknąć oko na dzielące nas różnice i poglądy, ale czy jesteście gotowi na to wy? - Puściła pytanie w eter, unosząc brwi. Odruchowo zacisnęła palce na ramionach Lorraine mocniej, jakby przede wszystkim jej zgodę chciała usłyszeć, ale spojrzenie przesuwała po reszcie zebranych.
Maeve znała pojęcie lojalności, ale jej oddanie leżało w rękach rodziny - zawsze tak było, tak jest i tak będzie. Nie miała zamiaru zaufać nikomu, kto nie chciał nauczyć się żyć z nią w zgodzie.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —