20.11.2023, 20:07 ✶
Rodolphus stał na sztywnych nogach, niemal wyprostowany jak struna. Widać było, jak jest cholernie spięty. Wpatrywał się w chatę, nawet nie starając się mrużyć oczu w ochronie przed deszczem. Pozwalał, by słona woda wpadała do oczu, mając nadzieję, że zaraz obudzi się z tego koszmaru. Ale tak się nie stało - dotarło to do niego, gdy usłyszał głos Bellatrix.
To była jedna z tych tajemnic, o których wiedziała tylko jedna osoba poza nim. Jedna, jedyna, która i tak była spalona w Ministerstwie. Osoba, która miała do stracenia tak samo wiele jak i on... Nie - osoba, która już prawie straciła wszystko. I chciała to odzyskać. Tak się stało, że razem z tą osobą Rodolphus miał szansę na zdobycie prawdziwej potęgi, ona była w zasięgu ręki. Ale wystarczył jeden mały błąd, by oboje zostali złapani. Nie mógł narazić Bellatrix na coś takiego, nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Lecz jednak, jakimś cudem, stała w jego wspomnieniach, obok niego. Stali ramię w ramię, przed chatą, przed spotkaniem z Robertem. Dobrych kilka miesięcy przed jego pierwszą wizytą.
Z wnętrza chaty wyleciała sowa Rolpha. Do nogi miała przywiązany list. Minęła Bellatrix i Rodolphusa tak, jakby ich nie zauważyła. W oknie zaś stał on sam. Wpatrywał się beznamiętnym wzrokiem w odlatujące zwierzę, a potem zamknął okno i wrócił do środka.
- Jesteśmy na obrzeżach Kingston upon Hull - powiedział cicho, wpatrując się w zamknięte drzwi. Czy mogli przez nie przejść, gdy byli we wspomnieniach? Czy on sam mógł to kontrolować? Manipulować myślami? Miał wrażenie, że to wszystko sprawka tego przeklętego dziecka. Dziewczynki z zapałkami. - W chacie, która już nie istnieje. W 1970 roku, dzień przed Wigilią, doszczętnie spłonęła. Co zresztą widziałaś przed chwilą.
Niezwykle starannie i ostrożnie dobierał każde słowo. Nigdy nie musiał aż tak się pilnować przy swojej narzeczonej, ale czuł że teraz nie ma wyjścia.
Naraz oboje poczuli, jak coś wciąga ich do środka. W ułamek sekundy znaleźli się w chacie. Na początku było tu przeraźliwie cicho. Tak cicho, że aż upiornie. Pomieszczenie było schludne, lecz puste, bez żadnych mebli. Znajdowało się tam tylko proste krzesło oraz duże biurko, na którym leżały poukładane zwoje, pergaminy i kilka piór. Jednak od razu w oczy rzucała się otwarta klapa, prowadząca do piwnicy.
- Nie, nie... Błagam, już dość - kobiecy głos przeciął ciszę niczym świst bicza. Rodolphus nawet nie drgnął, jakby spodziewał się tego głosu.
- Skończę, gdy uznam to za stosowne - głos młodego Lestrange był zimny jak lód. Bellatrix usłyszała charakterystyczne słowa cruciatus, a następnie piskliwy krzyk bólu. Pierwotnego, zwierzęcego niemal.
Naraz wszystko straciło sens - podłoga uciekła im spod nóg, a oni znowu byli w Alei Horyzontalnej. Dziewczynka siedziała tak, jak siedziała, wpatrując się w wypaloną zapałkę. Rodolphus poczuł, że robi mu się niedobrze. Wyciągnął rękę, by pochwycić dziecko, ale nie zdążył.
Znowu byli z Bellatrix w innym miejscu. Tym razem była wiosna. Trix doskonale znała to miejsce - wylądowali w pokoju Rodolphusa, w posiadłości jego rodziców. Po drugiej stronie domu swój pokój miał Rabastan. Wnętrza znacznie się różniły od siebie: pokój Rolpha od zawsze był uporządkowany, schludny. Jasny, tak jak teraz. W środku nikogo nie było.
- Co tu się, do cholery, dzieje? - Rolph wyglądał na skołowanego. I złego. Rzadko kiedy pokazywał prawdziwą wściekłość, która teraz wykrzywiała jego rysy twarzy tak, że zniekształcała cały jego obraz.
To była jedna z tych tajemnic, o których wiedziała tylko jedna osoba poza nim. Jedna, jedyna, która i tak była spalona w Ministerstwie. Osoba, która miała do stracenia tak samo wiele jak i on... Nie - osoba, która już prawie straciła wszystko. I chciała to odzyskać. Tak się stało, że razem z tą osobą Rodolphus miał szansę na zdobycie prawdziwej potęgi, ona była w zasięgu ręki. Ale wystarczył jeden mały błąd, by oboje zostali złapani. Nie mógł narazić Bellatrix na coś takiego, nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało. Lecz jednak, jakimś cudem, stała w jego wspomnieniach, obok niego. Stali ramię w ramię, przed chatą, przed spotkaniem z Robertem. Dobrych kilka miesięcy przed jego pierwszą wizytą.
Z wnętrza chaty wyleciała sowa Rolpha. Do nogi miała przywiązany list. Minęła Bellatrix i Rodolphusa tak, jakby ich nie zauważyła. W oknie zaś stał on sam. Wpatrywał się beznamiętnym wzrokiem w odlatujące zwierzę, a potem zamknął okno i wrócił do środka.
- Jesteśmy na obrzeżach Kingston upon Hull - powiedział cicho, wpatrując się w zamknięte drzwi. Czy mogli przez nie przejść, gdy byli we wspomnieniach? Czy on sam mógł to kontrolować? Manipulować myślami? Miał wrażenie, że to wszystko sprawka tego przeklętego dziecka. Dziewczynki z zapałkami. - W chacie, która już nie istnieje. W 1970 roku, dzień przed Wigilią, doszczętnie spłonęła. Co zresztą widziałaś przed chwilą.
Niezwykle starannie i ostrożnie dobierał każde słowo. Nigdy nie musiał aż tak się pilnować przy swojej narzeczonej, ale czuł że teraz nie ma wyjścia.
Naraz oboje poczuli, jak coś wciąga ich do środka. W ułamek sekundy znaleźli się w chacie. Na początku było tu przeraźliwie cicho. Tak cicho, że aż upiornie. Pomieszczenie było schludne, lecz puste, bez żadnych mebli. Znajdowało się tam tylko proste krzesło oraz duże biurko, na którym leżały poukładane zwoje, pergaminy i kilka piór. Jednak od razu w oczy rzucała się otwarta klapa, prowadząca do piwnicy.
- Nie, nie... Błagam, już dość - kobiecy głos przeciął ciszę niczym świst bicza. Rodolphus nawet nie drgnął, jakby spodziewał się tego głosu.
- Skończę, gdy uznam to za stosowne - głos młodego Lestrange był zimny jak lód. Bellatrix usłyszała charakterystyczne słowa cruciatus, a następnie piskliwy krzyk bólu. Pierwotnego, zwierzęcego niemal.
Naraz wszystko straciło sens - podłoga uciekła im spod nóg, a oni znowu byli w Alei Horyzontalnej. Dziewczynka siedziała tak, jak siedziała, wpatrując się w wypaloną zapałkę. Rodolphus poczuł, że robi mu się niedobrze. Wyciągnął rękę, by pochwycić dziecko, ale nie zdążył.
Znowu byli z Bellatrix w innym miejscu. Tym razem była wiosna. Trix doskonale znała to miejsce - wylądowali w pokoju Rodolphusa, w posiadłości jego rodziców. Po drugiej stronie domu swój pokój miał Rabastan. Wnętrza znacznie się różniły od siebie: pokój Rolpha od zawsze był uporządkowany, schludny. Jasny, tak jak teraz. W środku nikogo nie było.
- Co tu się, do cholery, dzieje? - Rolph wyglądał na skołowanego. I złego. Rzadko kiedy pokazywał prawdziwą wściekłość, która teraz wykrzywiała jego rysy twarzy tak, że zniekształcała cały jego obraz.