21.11.2023, 00:02 ✶
Jego pytanie sprawiło, że zaklęła w myślach dość brzydko, zaciskając na chwilę zarówno usta, jak i powieki, czego na szczęście nie mógł dostrzec. Zawsze zadawał te pytania, których akurat nie powinien. I co miała mu niby powiedzieć? Nie chciała go okłamać, nie chciała też mówić mu całej prawdy, bo gdyby wypaliła, że on, to pewnie znów dostałby swojego ataku paniki, którego była świadkiem o poranku.
- Pluszowy wilk. - odpowiedziała nagle, wzruszając ramionami i zrzucając winę na jedną ze swoich maskotek, a na jego tłumaczenie, znów obdarzyła go krótkim spojrzeniem brązowych oczu, posłanym przez odwrócenie głowy. - Tak się tylko z Tobą droczę! Chociaż myślałam, że ze wszystkich możliwych epitetów, akurat nie słodką wybierzesz.
Nie dodała głośno, że było to miłe, ale wyraz jej twarzy z łatwością mógł to zasugerować. Tak, jak sprawa ich wczorajszej niby randki pozostanie tajemnicą dla Hjalmara, tak dla Pandory sekretem będzie nienawiść w stronę bukietu i ich nadawcy. Naiwnie przecież sądziła, że tak bardzo mu się róże podobają, chciała po prostu dać mu możliwość lepszego przyjrzenia się, poczucia subtelnego aromatu owoców, który wydobywał się z intensywnie czerwonych płatków.
Roześmiała się na jego słowa o boczku, kręcąc głową.
- Będę musiała z nią żyć. - odparła pogodnie, zupełnie nie mogąc sobie wyobrazić spróbowania tego nieszczęsnego boczku z jakieś rozkosznej, różowej świnki z zawiniętym ogonem. Już wystarczyło, że matka zmuszała ją okazjonalnie do jedzenia ryb lub innych owoców morza, których też brunetce było szkoda. Jakby się nad tym zastanowić, poza delikatnymi zaczepkami, to nigdy nie komentował lub nie krytykował nachalnie, lub brzydko tego, że nie jadła mięsa. Znała już Islandczyka trochę czasu i nie była w stanie wyobrazić go sobie rezygnującego z kebaba lub golonki na rzecz pesto, lub hummusu, a do tego ta praca w kuchni — musiałby jeść tyle warzyw, żeby dostarczyć sobie odpowiednią ilość kalorii i poprawiać to tak dużą ilością nabiału, że nie byłoby to zupełnie opłacalne i wiecznie chodził głodny. A taki człowiek stawał się drażliwy.
- Tak? To jak chcesz, to zostań do jutra. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia w Londynie za dnia. - zaproponowała tonem, który sugerował, że pomysł ten bardzo się dziewczynie podoba. Skoro już oficjalnie przyznał, że mu się nie śpieszy i że ojciec go nie zabije za jeden wolny weekend, spędzony trochę dalej od kuźni, to dlaczego tego nie wykorzystać? Wrzucając mu te pomidory na talerz, uznała, że doskonale dopełnią smakiem posiłek, dodając nutkę słodyczy, skoro i tak wspomniał wcześniej, że już tak robiła. - Oczywiście. Co złego, to nie Ty.
Nie było żadnym problemem zgodzić się z tym, bo z ich dwójki, to ona raczej zwiastowała chaos i kłopoty, bo Niedźwiadek czasy szkoły Magii już dawno zostawił za sobą, dzięki czemu ojciec mógł odrobinę odetchnąć. Za każdym razem, gdy jej wzrok padał na niedźwiedzia zawieszonego na rzemyku, o intensywnie niebieskich oczach — nie mogła powstrzymać uśmiechu. Minęło sporo czasu, odkąd go dostał, a wtedy przecież niezbyt był chętny na nawiązywanie znajomości z wariatką z lasu.
Nadal go nosił, nawet już nie szukał na to wymówek i ze spokojną głową mogła uznać, że wisiorek po prostu przypadł mu do gustu, a może nawet przywoływał dobre wspomnienia. Wychodziło jednak na to, że w kwestii odsłaniania jakiejkolwiek części ciała, to Hjalmar przejmował się bardziej, niż Pandora. Ona wcale nie narzekała, że może popatrzeć.
Wrzucenie do jednego worka z siostrami zostawiła za sobą, prawie też ten okropny kleszcz poszedł już w zapomnienie. Wiedziała, że zawsze by ją złapał i zawsze by ją uratował, gdyby miał taką możliwość, ale nie stanowiła tu wyjątku. Zrobiłby to dla każdego, bo był dobrym człowiekiem i podobnie, jak ona postępowała — sądziła, że byłby skłonny pomóc komuś nawet kosztem samego siebie. Bieganie wcale nie było odpowiedzialne, ale zwykle też nie było przecież groźne. To te krople, które spadły z różanej gałązki na drewnianą podłogę i zaatakowały jej skarpetkę, to wszystko ich wina. Nie mógł nie zauważyć rumieńca, a ona nie miała żadnej wymówki na ich pojawienie się. Owszem, zgrzała się trochę przy kuchni, ale odrobina pary nie spowodowałaby tego, co z taką łatwością wywołała cała ta seria niezręcznych zdarzeń. Powtarzała sobie, że byli przyjaciółmi, bo w innym wypadku, to pewnie coś bardzo głupiego strzeliłoby Pandorze do głowy pod wpływem tego, jak blondyn był blisko i z jaką łatwością mogła tonąć w jego niebieskich tęczówkach. Musiała stłumić westchnienie mając nadzieję, że chociaż nie usłyszy, jak szybko biło jej serce. Między innymi dlatego musiała się odsunąć zaraz po tym, jak go uciszyła. Potrzebowała odzyskać kontrolę, więc starała się zachowywać beztrosko i pogodnie, jak miała to w zwyczaju, ignorując lub bezczelnie uciszając poszczególne myśli, lub iskierki, które okazjonalnie wywoływały dreszcz na jej ciele. Gdyby wspomniał głośno o tym, że szczęście, które oznaczało i przywoływało jego imię i jej pech, nieszczęścia i przeklęta puszka ścierają się ze sobą na tyle, że się stabilizują, pewnie przyznałaby mu rację. I chociaż zmieniliby temat, ale na to było już za późno, bo swoim zbyt dużym gadulstwem uruchomiła już całą maszynę, trybiki ruszyły.
Jego złość była dla niej odrobinę zaskakująca, ale nie była czymś nowym, bo przecież już miała okazję widzieć go, gdy stracił cierpliwość i do głosu dotarł głęboko ukryty w nim temperament. Kolejne słowa mężczyzny sprawiały jednak, że coraz lepiej rozumiała to, co nim się kierowało — tak przynajmniej sądziła. Tylko te dłonie.. Jak zamierzał pracować, robić te wszystkie piękne rzeczy, kiedy uderzył z taką siłą w parapet? Mimowolnie złapała w palce swoją złotą literkę, zaciskając je mocno. Nie mogła przecież tak tkwić w milczeniu, bo jeszcze pomyśli, że się go boi. Szybko więc uwinęła się z jedzeniem, aby w kilkanaście sekund później znaleźć się przy nim, ciasno obejmując go rękoma. Palce splotła pewnie i stanowczo, jakby swoim gestem chciała pokazać mu, żeby nie miał wątpliwości, że to, co mówiła — było szczere. Oczywiście nie mogłaby go ochronić przed złem z całego świata, nawet jeśli bardzo chciała, ale mogła pozwolić mu poczuć, że nie jest w tym wszystkim sam, a fakt, że jest wilkołakiem, niczego nie zmieniał — no, może poza tym, że Pandora teraz będzie mogła lepiej go zrozumieć. Drgnął, podskoczył chyba nawet, ale ona zdawała się zupełnie tego nie zauważyć. Ściągnęła brwi, gdy w chwilowym milczeniu, spomiędzy ust blondyna uciekło tylko jedno słowo, tak bardzo niewłaściwe. Prychnęła, kręcąc głową, mocniej go obejmując. - Jak Ci mówię, że nie zmienia, to nie zmienia.
Uznała, że musi być bardziej dosadna, więc przemknęła gdzieś pomiędzy nim, parapetem, ścianą, jego rękoma — sama właściwie nie wiedziała, aby palcami złapać za jego policzki. - Bo większość ludzi to głupcy. Skreślać Cię tylko dlatego, że raz w miesiącu krzyczysz do księżyca? To nic złego. Zobacz, ile ludzi jest okropnych, ile nekromantów i fanatyków czarnej magii, którzy z premedytacją i każdego dnia robią innym krzywdę. A Ty? Ty jesteś najlepszym i najmilszym człowiekiem, jakiego znam. - przerwała na chwilę, nie mogąc powstrzymać zirytowanego wywrócenia oczami na wszystkich tych idiotów, którzy chodzili po świecie, kompletnie go nie rozumiejąc. - No to jak się boją, to są głupcami i więcej będzie dla mnie. Nie pozwól sobie wierzyć, że trzeba się Ciebie bać, że musisz się ograniczać. Bo to nie jest prawda.
Dodała ciszej, palcami kciukiem przesuwając po skórze, znacznie cieplejszej niż jej palce. Musiał się naprawdę zdenerwować, dużo go to kosztowało. Dziewczyna zacisnęła mocno wargi, przenosząc spojrzenie z jego oczu gdzieś w przestrzeń, jakby zastanawiała się, co mogłaby zrobić. Bo tak było, ona zawsze starała się coś zrobić. Powrót do normalności był dobrym początkiem, a potem? Potem pójdzie do biblioteki, dowie się więcej. Owszem, miała specjalizację w magicznych stworzeniach, ale nikt nie hodował wilkołaków. Znała legendy, mity, jakieś ciekawostki, może i fakty, nie spełniało to jednak jej wymogów. Skoro likantrop stał się tak ważną częścią jej życia, musiała wiedzieć wszystko na ten temat, aby móc być dla niego jak najlepszą przyjaciółką, wsparciem. Żeby chociaż troszkę mniej się bał, był mniej samotny.
- Oj już nie dramatyzuj, uprzedzałam, że je wyjmiemy. - rzuciła rozbawiona, przyglądając się oczyszczonym rankom, chyba przyzwyczajona do jego mruknięć, ryków i innych odgłosów Niedźwiedzich. Usiadła na miejscu, gdy skończyła i podała do stołu, przyglądając się swojej odrobinie przypalonej owsiance, bo przecież wykipiała. Owszem, owoce ją uratują, ale teraz przypominała bardziej budyń z grudkami, niż płatki. Pandorze to jednak zdawało się nie wadzić, chociaż merdała w niej łyżką, zamiast jeść.
- Znasz mnie już trochę, jak mogłeś pomyśleć, że ucieknę? - mruknęła z niezadowoleniem, nawet nutą oburzenia w głosie, gdy przeniosła na niego spojrzenie ciemnych tęczówek. Idąc jego śladem, sięgnęła po kawę, robiąc kilka łyków gorącego, pięknie pachnącego naparu. A potem zaczęła słuchać, nie przerywała mu i nawet głośniej nie oddychała. Po prostu patrzyła, uśmiechając się od czasu do czasu, czasem przytakując — wszystko to, co mówił — było tym, o co go podejrzewała. Zawsze dbał o innych, troszczył się i ich pilnował, nawet jeśli sam był milczącym i raczej nie lubiącym tkwić w środku zdarzeń facetem.
- Pewną dozą nieufności? - zaczęła po dłuższym milczeniu, gdy skończył swoją opowieść, unosząc na chwilę brwi. Chyba nikt nigdy nie zajął jej tyle czasu, aby się w jakikolwiek sposób na nią otworzył, nie wspominając już o tym, że próba zbliżenia się do niego przypominała wspinaczkę na mur, którym mówiła wcześniej. Zrobiła kolejny łyk kawy. - Ktoś, kto jest potworem — nie ratowałby innych kosztem siebie, wiesz o tym? No i tylko Ty możesz wpaść na pomysł boksowania się z wilkiem. Uwielbiam to, jak jesteś odważny, gdy jest to najbardziej potrzebne i sytuacja tego wymaga, żeby nikomu się nie stało.
Zamilkła na chwilę, odwracając się na krześle przodem do swojej miski, w której znów pomieszała w zamyśleniu, miażdżąc kawałki owoców metalowym sztućcem. Wolną dłonią odgarnęła na plecy włosy, które spłynęły jej na ramię pod wpływem obrotu na siedzisku. - Przepraszam. Czuję, jakbym to wszystko na Tobie wymusiła, bo za dużo gadam. Nie chciałam postawić Cię w niekomfortowej sytuacji, bo może wcale nie chciałeś mi mówić.. - zaczęła ciszej, głosem nieco innym niż zwykle, jakby faktycznie było jej przykro i się przejęła. Nie spojrzała też na niego, stukając paznokciami w białą miskę, którą podsunęła sobie bliżej. - Do samotności nie idzie się wcale przyzwyczaić. Dobrze więc, że miałeś ich przy sobie, takie wydarzenia zawsze mocno łączą ludzi, nitki stają się nierozerwalne. Jedzenie Ci wystygnie.
Westchnęła, przymykając na chwilę oczy, aby zaraz wsunąć sobie owsiankę do ust, chociaż wcale nie była głodna, to przecież nie mogła być hipokrytą, zwłaszcza że na zimno już nie była taka smaczna.
- Pluszowy wilk. - odpowiedziała nagle, wzruszając ramionami i zrzucając winę na jedną ze swoich maskotek, a na jego tłumaczenie, znów obdarzyła go krótkim spojrzeniem brązowych oczu, posłanym przez odwrócenie głowy. - Tak się tylko z Tobą droczę! Chociaż myślałam, że ze wszystkich możliwych epitetów, akurat nie słodką wybierzesz.
Nie dodała głośno, że było to miłe, ale wyraz jej twarzy z łatwością mógł to zasugerować. Tak, jak sprawa ich wczorajszej niby randki pozostanie tajemnicą dla Hjalmara, tak dla Pandory sekretem będzie nienawiść w stronę bukietu i ich nadawcy. Naiwnie przecież sądziła, że tak bardzo mu się róże podobają, chciała po prostu dać mu możliwość lepszego przyjrzenia się, poczucia subtelnego aromatu owoców, który wydobywał się z intensywnie czerwonych płatków.
Roześmiała się na jego słowa o boczku, kręcąc głową.
- Będę musiała z nią żyć. - odparła pogodnie, zupełnie nie mogąc sobie wyobrazić spróbowania tego nieszczęsnego boczku z jakieś rozkosznej, różowej świnki z zawiniętym ogonem. Już wystarczyło, że matka zmuszała ją okazjonalnie do jedzenia ryb lub innych owoców morza, których też brunetce było szkoda. Jakby się nad tym zastanowić, poza delikatnymi zaczepkami, to nigdy nie komentował lub nie krytykował nachalnie, lub brzydko tego, że nie jadła mięsa. Znała już Islandczyka trochę czasu i nie była w stanie wyobrazić go sobie rezygnującego z kebaba lub golonki na rzecz pesto, lub hummusu, a do tego ta praca w kuchni — musiałby jeść tyle warzyw, żeby dostarczyć sobie odpowiednią ilość kalorii i poprawiać to tak dużą ilością nabiału, że nie byłoby to zupełnie opłacalne i wiecznie chodził głodny. A taki człowiek stawał się drażliwy.
- Tak? To jak chcesz, to zostań do jutra. Jest mnóstwo rzeczy do zrobienia w Londynie za dnia. - zaproponowała tonem, który sugerował, że pomysł ten bardzo się dziewczynie podoba. Skoro już oficjalnie przyznał, że mu się nie śpieszy i że ojciec go nie zabije za jeden wolny weekend, spędzony trochę dalej od kuźni, to dlaczego tego nie wykorzystać? Wrzucając mu te pomidory na talerz, uznała, że doskonale dopełnią smakiem posiłek, dodając nutkę słodyczy, skoro i tak wspomniał wcześniej, że już tak robiła. - Oczywiście. Co złego, to nie Ty.
Nie było żadnym problemem zgodzić się z tym, bo z ich dwójki, to ona raczej zwiastowała chaos i kłopoty, bo Niedźwiadek czasy szkoły Magii już dawno zostawił za sobą, dzięki czemu ojciec mógł odrobinę odetchnąć. Za każdym razem, gdy jej wzrok padał na niedźwiedzia zawieszonego na rzemyku, o intensywnie niebieskich oczach — nie mogła powstrzymać uśmiechu. Minęło sporo czasu, odkąd go dostał, a wtedy przecież niezbyt był chętny na nawiązywanie znajomości z wariatką z lasu.
Nadal go nosił, nawet już nie szukał na to wymówek i ze spokojną głową mogła uznać, że wisiorek po prostu przypadł mu do gustu, a może nawet przywoływał dobre wspomnienia. Wychodziło jednak na to, że w kwestii odsłaniania jakiejkolwiek części ciała, to Hjalmar przejmował się bardziej, niż Pandora. Ona wcale nie narzekała, że może popatrzeć.
Wrzucenie do jednego worka z siostrami zostawiła za sobą, prawie też ten okropny kleszcz poszedł już w zapomnienie. Wiedziała, że zawsze by ją złapał i zawsze by ją uratował, gdyby miał taką możliwość, ale nie stanowiła tu wyjątku. Zrobiłby to dla każdego, bo był dobrym człowiekiem i podobnie, jak ona postępowała — sądziła, że byłby skłonny pomóc komuś nawet kosztem samego siebie. Bieganie wcale nie było odpowiedzialne, ale zwykle też nie było przecież groźne. To te krople, które spadły z różanej gałązki na drewnianą podłogę i zaatakowały jej skarpetkę, to wszystko ich wina. Nie mógł nie zauważyć rumieńca, a ona nie miała żadnej wymówki na ich pojawienie się. Owszem, zgrzała się trochę przy kuchni, ale odrobina pary nie spowodowałaby tego, co z taką łatwością wywołała cała ta seria niezręcznych zdarzeń. Powtarzała sobie, że byli przyjaciółmi, bo w innym wypadku, to pewnie coś bardzo głupiego strzeliłoby Pandorze do głowy pod wpływem tego, jak blondyn był blisko i z jaką łatwością mogła tonąć w jego niebieskich tęczówkach. Musiała stłumić westchnienie mając nadzieję, że chociaż nie usłyszy, jak szybko biło jej serce. Między innymi dlatego musiała się odsunąć zaraz po tym, jak go uciszyła. Potrzebowała odzyskać kontrolę, więc starała się zachowywać beztrosko i pogodnie, jak miała to w zwyczaju, ignorując lub bezczelnie uciszając poszczególne myśli, lub iskierki, które okazjonalnie wywoływały dreszcz na jej ciele. Gdyby wspomniał głośno o tym, że szczęście, które oznaczało i przywoływało jego imię i jej pech, nieszczęścia i przeklęta puszka ścierają się ze sobą na tyle, że się stabilizują, pewnie przyznałaby mu rację. I chociaż zmieniliby temat, ale na to było już za późno, bo swoim zbyt dużym gadulstwem uruchomiła już całą maszynę, trybiki ruszyły.
Jego złość była dla niej odrobinę zaskakująca, ale nie była czymś nowym, bo przecież już miała okazję widzieć go, gdy stracił cierpliwość i do głosu dotarł głęboko ukryty w nim temperament. Kolejne słowa mężczyzny sprawiały jednak, że coraz lepiej rozumiała to, co nim się kierowało — tak przynajmniej sądziła. Tylko te dłonie.. Jak zamierzał pracować, robić te wszystkie piękne rzeczy, kiedy uderzył z taką siłą w parapet? Mimowolnie złapała w palce swoją złotą literkę, zaciskając je mocno. Nie mogła przecież tak tkwić w milczeniu, bo jeszcze pomyśli, że się go boi. Szybko więc uwinęła się z jedzeniem, aby w kilkanaście sekund później znaleźć się przy nim, ciasno obejmując go rękoma. Palce splotła pewnie i stanowczo, jakby swoim gestem chciała pokazać mu, żeby nie miał wątpliwości, że to, co mówiła — było szczere. Oczywiście nie mogłaby go ochronić przed złem z całego świata, nawet jeśli bardzo chciała, ale mogła pozwolić mu poczuć, że nie jest w tym wszystkim sam, a fakt, że jest wilkołakiem, niczego nie zmieniał — no, może poza tym, że Pandora teraz będzie mogła lepiej go zrozumieć. Drgnął, podskoczył chyba nawet, ale ona zdawała się zupełnie tego nie zauważyć. Ściągnęła brwi, gdy w chwilowym milczeniu, spomiędzy ust blondyna uciekło tylko jedno słowo, tak bardzo niewłaściwe. Prychnęła, kręcąc głową, mocniej go obejmując. - Jak Ci mówię, że nie zmienia, to nie zmienia.
Uznała, że musi być bardziej dosadna, więc przemknęła gdzieś pomiędzy nim, parapetem, ścianą, jego rękoma — sama właściwie nie wiedziała, aby palcami złapać za jego policzki. - Bo większość ludzi to głupcy. Skreślać Cię tylko dlatego, że raz w miesiącu krzyczysz do księżyca? To nic złego. Zobacz, ile ludzi jest okropnych, ile nekromantów i fanatyków czarnej magii, którzy z premedytacją i każdego dnia robią innym krzywdę. A Ty? Ty jesteś najlepszym i najmilszym człowiekiem, jakiego znam. - przerwała na chwilę, nie mogąc powstrzymać zirytowanego wywrócenia oczami na wszystkich tych idiotów, którzy chodzili po świecie, kompletnie go nie rozumiejąc. - No to jak się boją, to są głupcami i więcej będzie dla mnie. Nie pozwól sobie wierzyć, że trzeba się Ciebie bać, że musisz się ograniczać. Bo to nie jest prawda.
Dodała ciszej, palcami kciukiem przesuwając po skórze, znacznie cieplejszej niż jej palce. Musiał się naprawdę zdenerwować, dużo go to kosztowało. Dziewczyna zacisnęła mocno wargi, przenosząc spojrzenie z jego oczu gdzieś w przestrzeń, jakby zastanawiała się, co mogłaby zrobić. Bo tak było, ona zawsze starała się coś zrobić. Powrót do normalności był dobrym początkiem, a potem? Potem pójdzie do biblioteki, dowie się więcej. Owszem, miała specjalizację w magicznych stworzeniach, ale nikt nie hodował wilkołaków. Znała legendy, mity, jakieś ciekawostki, może i fakty, nie spełniało to jednak jej wymogów. Skoro likantrop stał się tak ważną częścią jej życia, musiała wiedzieć wszystko na ten temat, aby móc być dla niego jak najlepszą przyjaciółką, wsparciem. Żeby chociaż troszkę mniej się bał, był mniej samotny.
- Oj już nie dramatyzuj, uprzedzałam, że je wyjmiemy. - rzuciła rozbawiona, przyglądając się oczyszczonym rankom, chyba przyzwyczajona do jego mruknięć, ryków i innych odgłosów Niedźwiedzich. Usiadła na miejscu, gdy skończyła i podała do stołu, przyglądając się swojej odrobinie przypalonej owsiance, bo przecież wykipiała. Owszem, owoce ją uratują, ale teraz przypominała bardziej budyń z grudkami, niż płatki. Pandorze to jednak zdawało się nie wadzić, chociaż merdała w niej łyżką, zamiast jeść.
- Znasz mnie już trochę, jak mogłeś pomyśleć, że ucieknę? - mruknęła z niezadowoleniem, nawet nutą oburzenia w głosie, gdy przeniosła na niego spojrzenie ciemnych tęczówek. Idąc jego śladem, sięgnęła po kawę, robiąc kilka łyków gorącego, pięknie pachnącego naparu. A potem zaczęła słuchać, nie przerywała mu i nawet głośniej nie oddychała. Po prostu patrzyła, uśmiechając się od czasu do czasu, czasem przytakując — wszystko to, co mówił — było tym, o co go podejrzewała. Zawsze dbał o innych, troszczył się i ich pilnował, nawet jeśli sam był milczącym i raczej nie lubiącym tkwić w środku zdarzeń facetem.
- Pewną dozą nieufności? - zaczęła po dłuższym milczeniu, gdy skończył swoją opowieść, unosząc na chwilę brwi. Chyba nikt nigdy nie zajął jej tyle czasu, aby się w jakikolwiek sposób na nią otworzył, nie wspominając już o tym, że próba zbliżenia się do niego przypominała wspinaczkę na mur, którym mówiła wcześniej. Zrobiła kolejny łyk kawy. - Ktoś, kto jest potworem — nie ratowałby innych kosztem siebie, wiesz o tym? No i tylko Ty możesz wpaść na pomysł boksowania się z wilkiem. Uwielbiam to, jak jesteś odważny, gdy jest to najbardziej potrzebne i sytuacja tego wymaga, żeby nikomu się nie stało.
Zamilkła na chwilę, odwracając się na krześle przodem do swojej miski, w której znów pomieszała w zamyśleniu, miażdżąc kawałki owoców metalowym sztućcem. Wolną dłonią odgarnęła na plecy włosy, które spłynęły jej na ramię pod wpływem obrotu na siedzisku. - Przepraszam. Czuję, jakbym to wszystko na Tobie wymusiła, bo za dużo gadam. Nie chciałam postawić Cię w niekomfortowej sytuacji, bo może wcale nie chciałeś mi mówić.. - zaczęła ciszej, głosem nieco innym niż zwykle, jakby faktycznie było jej przykro i się przejęła. Nie spojrzała też na niego, stukając paznokciami w białą miskę, którą podsunęła sobie bliżej. - Do samotności nie idzie się wcale przyzwyczaić. Dobrze więc, że miałeś ich przy sobie, takie wydarzenia zawsze mocno łączą ludzi, nitki stają się nierozerwalne. Jedzenie Ci wystygnie.
Westchnęła, przymykając na chwilę oczy, aby zaraz wsunąć sobie owsiankę do ust, chociaż wcale nie była głodna, to przecież nie mogła być hipokrytą, zwłaszcza że na zimno już nie była taka smaczna.