21.11.2023, 13:31 ✶
Rodolphus spojrzał na Bellatrix i ostrożnie wyciągnął w jej stronę rękę. Ujął jej dłoń, ciesząc się że chociaż jej może dotknąć, bo próba pochwycenia kartek ze wspomnień skończyła się fiaskiem.
- Wiem, że poradzisz sobie ze wszystkim, co rzuci ci los, ale nie chcę być tym, który wystawi cię na niebezpieczeństwo przez własną ambicję - doprecyzował, lekko ściskając jej rękę.
Gdy podeszła do okna i zobaczyła śmiejących się rodziców Rodolphusa, mogła poczuć, że naprawdę ich to ucieszyło. Z boku mignęli jej własni rodzice. Również wyglądali na zadowolonych - cała czwórka zachowywała się jak tłuste koty, które właśnie spijały śmietankę.
Rolph roześmiał się i ponownie chwycił Trix za rękę.
- Oczywiście, wiadomość że będę musiał poślubić piękną, dobrze urodzoną i świetnie wychowaną kobietę była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Byłem załamany i chciałem ze sobą skończyć - w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Przeszli przez drzwi, zamknięte (lecz nie tak, jak duchy - znów mieli wrażenie, że robią jakiś dziwny skok w czasoprzestrzeni), na korytarz. Rodolphus zaprowadził Bellatrix do salonu, w którym siedział on sam. Młodszy o wiele lat, z rysami twarzy jeszcze delikatnymi, ze spojrzeniem skupionym acz bez tego charakterystycznego chłodu. Ubrany był w luźne spodnie i koszulkę, aktualnie coś czytał.
- Paniczu Lestrange, pani matka nalega aby panicz zszedł - skrzat domowy, ubrany w szare od brudu łachy, trząsł się naprzeciwko młodego czarodzieja. Rodolphus jednak tylko przewrócił kolejną kartkę książki.
- Już mówiłem - najpierw porozmawiam z Bellatrix, a potem z rodzicami. To nie klacz na wystawie, żeby ją pomijać - w jego głosie pobrzmiewał absolutny spokój. Skrzat zagdakał, machając rękami.
- Ale paniczu! Panie, proszę, błagam… Pana matka!
Rolph uniósł wzrok znad książki. Skrzywił się, widząc w jakim stanie jest skrzat. Brzydził się nim.
- Jak potrzebują cyrkowca do zabawiania gości, niech idą po Rabastana. Ja wracam do siebie - z cichym trzaskiem zamknął książkę i wstał z kanapy. Przeszedł tuż obok teraźniejszych Bellatrix i Rodolphusa.
- A więc bystry umysł nie przyszedł z wiekiem, po prostu miałem go cały czas - takie właśnie wspomnienia powinna widzieć Bellatrix. Dotyczące jej, jego podejścia do całego małżeństwa, do samej idei aranżowania takich rzeczy. A nie to, co jej bezpośrednio nie dotyczyło. Zastanawiał go jednak powód wybrania tych konkretnych wspomnień, ale nagle poczuli, że ziemia ucieka im spod stóp.
Znowu byli na Horyzontalnej, tym razem oboje na ziemi. Dziewczynki nie było. Ktoś zajrzał do zaułka.
- Wszystko z wami w porządku? Najebani jacy pewnie…
- Wiem, że poradzisz sobie ze wszystkim, co rzuci ci los, ale nie chcę być tym, który wystawi cię na niebezpieczeństwo przez własną ambicję - doprecyzował, lekko ściskając jej rękę.
Gdy podeszła do okna i zobaczyła śmiejących się rodziców Rodolphusa, mogła poczuć, że naprawdę ich to ucieszyło. Z boku mignęli jej własni rodzice. Również wyglądali na zadowolonych - cała czwórka zachowywała się jak tłuste koty, które właśnie spijały śmietankę.
Rolph roześmiał się i ponownie chwycił Trix za rękę.
- Oczywiście, wiadomość że będę musiał poślubić piękną, dobrze urodzoną i świetnie wychowaną kobietę była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Byłem załamany i chciałem ze sobą skończyć - w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. Przeszli przez drzwi, zamknięte (lecz nie tak, jak duchy - znów mieli wrażenie, że robią jakiś dziwny skok w czasoprzestrzeni), na korytarz. Rodolphus zaprowadził Bellatrix do salonu, w którym siedział on sam. Młodszy o wiele lat, z rysami twarzy jeszcze delikatnymi, ze spojrzeniem skupionym acz bez tego charakterystycznego chłodu. Ubrany był w luźne spodnie i koszulkę, aktualnie coś czytał.
- Paniczu Lestrange, pani matka nalega aby panicz zszedł - skrzat domowy, ubrany w szare od brudu łachy, trząsł się naprzeciwko młodego czarodzieja. Rodolphus jednak tylko przewrócił kolejną kartkę książki.
- Już mówiłem - najpierw porozmawiam z Bellatrix, a potem z rodzicami. To nie klacz na wystawie, żeby ją pomijać - w jego głosie pobrzmiewał absolutny spokój. Skrzat zagdakał, machając rękami.
- Ale paniczu! Panie, proszę, błagam… Pana matka!
Rolph uniósł wzrok znad książki. Skrzywił się, widząc w jakim stanie jest skrzat. Brzydził się nim.
- Jak potrzebują cyrkowca do zabawiania gości, niech idą po Rabastana. Ja wracam do siebie - z cichym trzaskiem zamknął książkę i wstał z kanapy. Przeszedł tuż obok teraźniejszych Bellatrix i Rodolphusa.
- A więc bystry umysł nie przyszedł z wiekiem, po prostu miałem go cały czas - takie właśnie wspomnienia powinna widzieć Bellatrix. Dotyczące jej, jego podejścia do całego małżeństwa, do samej idei aranżowania takich rzeczy. A nie to, co jej bezpośrednio nie dotyczyło. Zastanawiał go jednak powód wybrania tych konkretnych wspomnień, ale nagle poczuli, że ziemia ucieka im spod stóp.
Znowu byli na Horyzontalnej, tym razem oboje na ziemi. Dziewczynki nie było. Ktoś zajrzał do zaułka.
- Wszystko z wami w porządku? Najebani jacy pewnie…