22.11.2023, 11:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 11:56 przez Rodolphus Lestrange.)
Rodolphus przewrócił oczami na ten pokazowy ruch, jakim było rozcięcie skóry na ręce aurora, co spowodowało oczywiste upuszczenie różdżki. Pokazowe, zbyt efektywne, ale przynajmniej skuteczne. Wolałby by Tristan sam oddał mu różdżkę - byłoby to kolejne upokorzenie mugolaka, na które zasługiwał. I w zasadzie tylko na to. Lestrange nieśpiesznie podszedł do Tristana, wciąż celując w niego ze swojej różdżki, tak by widział że każdy głupi ruch może się źle dla niego skończyć, a jego narzędzie odkopnął. Nie będzie mu potrzebna. Bez słowa wskazał różdżką na salon, gdzie szedł już Macmillan wraz z jego matką.
To nie tak, że Rodolphus miał coś do mugoli - po prostu powinni siedzieć cicho i nie wtrącać się w sprawy czarodziejów. Tutaj jednak doszło do wybryku natury, którego efektem był właśnie Tristan Ward. Nie powinien istnieć, ale z jakiegoś powodu się urodził i odziedziczył dar. Tacy jak on nie zasługiwali na różdżkę, nie powinni mieć praw by uczyć się magii. Nie rozumiał, dlaczego ukrywali się przed mugolami. Powinno być na odwrót. Nie wierzył w to, że tak dwa różne światy mają szansę na spokojną egzystencję. Mugole byli głupi i ograniczeni, śmieszni w tych swoich zabobonach i przekonaniach. To oni powinni się ukrywać, jak szczury w kanałach, a nie czarodzieje.
Nie czuł do Tristana nienawiści - jego umysł przepełniało teraz obrzydzenie. To była główna emocja, wybijająca ponad wszystkie inne. A tych innych był ogrom. Ekscytacja, podniecenie na myśl o tym, że za chwilę wyplenią te karaluchy. Lestrange stanął obok fotela, przodem do Warda. Był brudny, lecz wciąż niebezpieczny i Rodolphus byłby głupcem, gdyby tego nie brał pod uwagę - zwłaszcza po tym, co się stało przed chwilą. Nie spuszczał więc zimnego spojrzenia z sylwetki aurora.
Niemal wysyczał słowa zaklęcia pętającego, by więzy okręciły nadgarstki aurora, czując że traci nad sobą kontrolę. Nie lubił tego w sobie, ale nie był w stanie opanować pogardy, która przesłaniała mu rozsądek. Jedyną opcją było unieruchomienie Warda, by nie musiał być aż tak czujny. Co nie zmieniało faktu, że nie planował w ogóle zaszczycać jego brudnej matki spojrzeniem. Zamiast tego pochwycił Warda za włosy i skierował jego głowę prosto na Murtagha, wnikającego do umysłu jego rodzicielki.
- Zastanów się dobrze nad odpowiedzią - syknął, zaciskając mocno włosy w pięści, niemal wyrywając je z cebulkami. Nie pozwalał mu odwrócić głowy od łkającej w konwulsjach matki. A był przecież jeszcze ojciec, tak samo przerażony, jak pozostała dwójka.
To nie tak, że Rodolphus miał coś do mugoli - po prostu powinni siedzieć cicho i nie wtrącać się w sprawy czarodziejów. Tutaj jednak doszło do wybryku natury, którego efektem był właśnie Tristan Ward. Nie powinien istnieć, ale z jakiegoś powodu się urodził i odziedziczył dar. Tacy jak on nie zasługiwali na różdżkę, nie powinni mieć praw by uczyć się magii. Nie rozumiał, dlaczego ukrywali się przed mugolami. Powinno być na odwrót. Nie wierzył w to, że tak dwa różne światy mają szansę na spokojną egzystencję. Mugole byli głupi i ograniczeni, śmieszni w tych swoich zabobonach i przekonaniach. To oni powinni się ukrywać, jak szczury w kanałach, a nie czarodzieje.
Nie czuł do Tristana nienawiści - jego umysł przepełniało teraz obrzydzenie. To była główna emocja, wybijająca ponad wszystkie inne. A tych innych był ogrom. Ekscytacja, podniecenie na myśl o tym, że za chwilę wyplenią te karaluchy. Lestrange stanął obok fotela, przodem do Warda. Był brudny, lecz wciąż niebezpieczny i Rodolphus byłby głupcem, gdyby tego nie brał pod uwagę - zwłaszcza po tym, co się stało przed chwilą. Nie spuszczał więc zimnego spojrzenia z sylwetki aurora.
Niemal wysyczał słowa zaklęcia pętającego, by więzy okręciły nadgarstki aurora, czując że traci nad sobą kontrolę. Nie lubił tego w sobie, ale nie był w stanie opanować pogardy, która przesłaniała mu rozsądek. Jedyną opcją było unieruchomienie Warda, by nie musiał być aż tak czujny. Co nie zmieniało faktu, że nie planował w ogóle zaszczycać jego brudnej matki spojrzeniem. Zamiast tego pochwycił Warda za włosy i skierował jego głowę prosto na Murtagha, wnikającego do umysłu jego rodzicielki.
- Zastanów się dobrze nad odpowiedzią - syknął, zaciskając mocno włosy w pięści, niemal wyrywając je z cebulkami. Nie pozwalał mu odwrócić głowy od łkającej w konwulsjach matki. A był przecież jeszcze ojciec, tak samo przerażony, jak pozostała dwójka.