22.11.2023, 12:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2023, 12:38 przez Cathal Shafiq.)
- Naprawdę chciałabyś być księżycem? Skoro wiecznie orbituje wokół planety, zawsze jedynie jej satelita, pożyczająca cały swój blask od Słońca?
Do Macmillanówny jednak to z pewnością pasowało. Księżyc w końcu kojarzono z boginią, a Macmillanowie byli kapłanami. W samym Shafiqu zaś nie było czegoś takiego jak wiara - widział już zbyt wiele zniszczonych ołtarzy, które poświęcano bóstwom.
Dla niego wszyscy bogowie byli martwi.
- Siła przyzwyczajenia. Ciężko ją zwalczyć - skwitował jej słowa, wzruszając przy tym lekko ramionami. Różdżka poruszyła się raz, drugi, trzeci, kiedy torował ścieżkę ku hodowli. Byleby uciszyć... właściwie nie był pewny co. Wspomnienia, szepty, wyrzuty sumienia? - Obawiam się, że ludzie rzadko traktują kogoś źle tylko dlatego, że ta osoba za dużo przeprasza.
Jeśli miałby na coś stawiać, to składały się na to i wada wymowy, i cały sposób wysławiania, i ten przedziwny wygląd, i choroba, odbijająca się w oczach oraz na ciele, i pewna nerwowość, którą zdawała się promieniować. Ale po zaledwie paru krótkich zdaniach, kilku chwilach - trudno było wyrokować z całą pewnością.
- Czarny Dzban? - powtórzył Cathal, bo nie, nie miał o tym pojęcia. Tak naprawdę przecież nie był przeciwnikiem Voldemorta: nie przepadał za nim, owszem, tak jak nie przepadałby za kimkolwiek, kto nagle ubzdurał sobie, że zasłużył na władzę nad światem, a przynajmniej nad Anglią, bo zwyczajnie nie miał chęci klękać przed żadnym tyranem. W jego gronie też nie było nikogo, kto darzyłby Voldemorta jakąś bardzo mocną niechęcią, więc nie znał tego przezwiska. Odkąd Nell ochrzciła Voldemorta Latajkiem przed dwoma laty, jeszcze w Egipcie, gdy ci cali "śmierciożercy", "mroczne znaki" i "Voldemort" zdawali się dalecy i wręcz nieco egzaltowani, to określenie utarło się w ich ekipie. I używali go nawet teraz, gdy słoneczny Egipt zamienili na deszczową Anglię i stało się jasne, że ci, których brali za śmieszną grupkę pajaców, jaką bez wątpienia szybko aurorzy wrzucą do Azkabanu, zagrażają wszystkim. Także im, choć trzymali się przecież z dala od konfliktu, tkwiąc gdzieś na wykopaliskach w Walii. - Nie powiedziałbym, że jestem jego przeciwnikiem. Raczej nie widzę powodów, by darzyć go szacunkiem. A Vol de la mort oznacza po francusku Lot śmierci. Moją przyjaciółkę rozbawiło to przed laty do tego stopnia, że nazwała go Latajkiem - skwitował, sam nie wiedząc po co to wyjaśnia. Nie zawsze postępował racjonalnie. I nie zawsze postępował tak, jak chciał. Bo choć naprawdę pragnął puścić to miejsce z dymem, nie potrafił - i nie tylko przez wspomnienie matki oraz świadomość, że wtedy głosy w głowie nie dałyby mu żyć.
- Miło było poznać, panno Macmillan - oświadczył wreszcie, opuszczając różdżkę. Posłał jej ostatnie spojrzenie, nim skierował się do wyjścia: nie chciał wchodzić do środka, do opustoszałych sal, kiedy kręciła się tutaj Sarah.
@Sarah Macmillan
Do Macmillanówny jednak to z pewnością pasowało. Księżyc w końcu kojarzono z boginią, a Macmillanowie byli kapłanami. W samym Shafiqu zaś nie było czegoś takiego jak wiara - widział już zbyt wiele zniszczonych ołtarzy, które poświęcano bóstwom.
Dla niego wszyscy bogowie byli martwi.
- Siła przyzwyczajenia. Ciężko ją zwalczyć - skwitował jej słowa, wzruszając przy tym lekko ramionami. Różdżka poruszyła się raz, drugi, trzeci, kiedy torował ścieżkę ku hodowli. Byleby uciszyć... właściwie nie był pewny co. Wspomnienia, szepty, wyrzuty sumienia? - Obawiam się, że ludzie rzadko traktują kogoś źle tylko dlatego, że ta osoba za dużo przeprasza.
Jeśli miałby na coś stawiać, to składały się na to i wada wymowy, i cały sposób wysławiania, i ten przedziwny wygląd, i choroba, odbijająca się w oczach oraz na ciele, i pewna nerwowość, którą zdawała się promieniować. Ale po zaledwie paru krótkich zdaniach, kilku chwilach - trudno było wyrokować z całą pewnością.
- Czarny Dzban? - powtórzył Cathal, bo nie, nie miał o tym pojęcia. Tak naprawdę przecież nie był przeciwnikiem Voldemorta: nie przepadał za nim, owszem, tak jak nie przepadałby za kimkolwiek, kto nagle ubzdurał sobie, że zasłużył na władzę nad światem, a przynajmniej nad Anglią, bo zwyczajnie nie miał chęci klękać przed żadnym tyranem. W jego gronie też nie było nikogo, kto darzyłby Voldemorta jakąś bardzo mocną niechęcią, więc nie znał tego przezwiska. Odkąd Nell ochrzciła Voldemorta Latajkiem przed dwoma laty, jeszcze w Egipcie, gdy ci cali "śmierciożercy", "mroczne znaki" i "Voldemort" zdawali się dalecy i wręcz nieco egzaltowani, to określenie utarło się w ich ekipie. I używali go nawet teraz, gdy słoneczny Egipt zamienili na deszczową Anglię i stało się jasne, że ci, których brali za śmieszną grupkę pajaców, jaką bez wątpienia szybko aurorzy wrzucą do Azkabanu, zagrażają wszystkim. Także im, choć trzymali się przecież z dala od konfliktu, tkwiąc gdzieś na wykopaliskach w Walii. - Nie powiedziałbym, że jestem jego przeciwnikiem. Raczej nie widzę powodów, by darzyć go szacunkiem. A Vol de la mort oznacza po francusku Lot śmierci. Moją przyjaciółkę rozbawiło to przed laty do tego stopnia, że nazwała go Latajkiem - skwitował, sam nie wiedząc po co to wyjaśnia. Nie zawsze postępował racjonalnie. I nie zawsze postępował tak, jak chciał. Bo choć naprawdę pragnął puścić to miejsce z dymem, nie potrafił - i nie tylko przez wspomnienie matki oraz świadomość, że wtedy głosy w głowie nie dałyby mu żyć.
- Miło było poznać, panno Macmillan - oświadczył wreszcie, opuszczając różdżkę. Posłał jej ostatnie spojrzenie, nim skierował się do wyjścia: nie chciał wchodzić do środka, do opustoszałych sal, kiedy kręciła się tutaj Sarah.
@Sarah Macmillan
Postać opuszcza sesję