22.11.2023, 20:51 ✶
Atak npc
Takie rzeczy w języku Brenny nazywało się: okazja nie do przepuszczenia.
Między innymi dlatego przyszła tutaj z Vincentem, nie innym BUMowcem. Zasadniczo zgodnie z prawem absolutnie nie powinna włamywać się do pokoju Kevina. Heather nie miałaby nic przeciwko, a pewnie z entuzjazmem pomogła, a Mavelle udawała, że nic nie widzi, ale Bren nie chciała wciągać w takie rzeczy młodziutkiej partnerki i namawiać do złego tak często kuzynki. Myszkowała więc po pomieszczeniu pośpiesznie, a chociaż zabrała tylko jeden przedmiot, zdołała zerknąć na kilka bardzo interesujących papierów i wreszcie nawet odważyła się na próbę widmowidzenia.
Na dole pojawiła się dokładnie w chwili, w której tatuaż Vincenta był niemal gotowy.
I pewnie na tym by się skończyło – Vincent miałby tatuaż, którym będzie chwalił się pięknym paniom, a ona informacje, pozyskane absolutnie nielegalnie, ale wciąż możliwe do wykorzystania (wszak nie musiała nikomu tłumaczyć, skąd zna datę i miejsce spotkania albo skąd wie, w którym miejscu będą polować, prawda?), gdyby pośpieszyła się o jakieś trzy minuty. Problem polegał na tym, że kiedy ona stanęła w przejściu z góry, próg salonu przekroczył nikt inny jak Kevin.
– Jasny szlag, zeszło mi z… – zaczął, rzucając informacje do brata, a potem przystanął. Spojrzał najpierw na Brennę, potem na Vincenta. Trudno powiedzieć, czy któreś z nich rozpoznał, czy zorientował się, że kobieta właśnie musiała zejść z góry, czy też dostrzegł różdżkę wystającą z jej kieszeni i uznał obecność czarodziejki za podejrzaną, czy po prostu spanikował.
Bo wydobył różdżkę i wypalił czar prosto w nią…
…to znaczy: spróbował, bo Brenna uchyliła się przed niezbyt umiejętnie utkanym oszałamiaczem i sama natychmiast schwyciła za własną różdżkę, by posłać ku mężczyźnie magiczne więzy.
Cóż, z nią nigdy nie mogło nic pójść bez problemów.
Chyba że akurat obok była Victoria, to wtedy czasem tak.
Takie rzeczy w języku Brenny nazywało się: okazja nie do przepuszczenia.
Między innymi dlatego przyszła tutaj z Vincentem, nie innym BUMowcem. Zasadniczo zgodnie z prawem absolutnie nie powinna włamywać się do pokoju Kevina. Heather nie miałaby nic przeciwko, a pewnie z entuzjazmem pomogła, a Mavelle udawała, że nic nie widzi, ale Bren nie chciała wciągać w takie rzeczy młodziutkiej partnerki i namawiać do złego tak często kuzynki. Myszkowała więc po pomieszczeniu pośpiesznie, a chociaż zabrała tylko jeden przedmiot, zdołała zerknąć na kilka bardzo interesujących papierów i wreszcie nawet odważyła się na próbę widmowidzenia.
Na dole pojawiła się dokładnie w chwili, w której tatuaż Vincenta był niemal gotowy.
I pewnie na tym by się skończyło – Vincent miałby tatuaż, którym będzie chwalił się pięknym paniom, a ona informacje, pozyskane absolutnie nielegalnie, ale wciąż możliwe do wykorzystania (wszak nie musiała nikomu tłumaczyć, skąd zna datę i miejsce spotkania albo skąd wie, w którym miejscu będą polować, prawda?), gdyby pośpieszyła się o jakieś trzy minuty. Problem polegał na tym, że kiedy ona stanęła w przejściu z góry, próg salonu przekroczył nikt inny jak Kevin.
– Jasny szlag, zeszło mi z… – zaczął, rzucając informacje do brata, a potem przystanął. Spojrzał najpierw na Brennę, potem na Vincenta. Trudno powiedzieć, czy któreś z nich rozpoznał, czy zorientował się, że kobieta właśnie musiała zejść z góry, czy też dostrzegł różdżkę wystającą z jej kieszeni i uznał obecność czarodziejki za podejrzaną, czy po prostu spanikował.
Bo wydobył różdżkę i wypalił czar prosto w nią…
…to znaczy: spróbował, bo Brenna uchyliła się przed niezbyt umiejętnie utkanym oszałamiaczem i sama natychmiast schwyciła za własną różdżkę, by posłać ku mężczyźnie magiczne więzy.
Cóż, z nią nigdy nie mogło nic pójść bez problemów.
Chyba że akurat obok była Victoria, to wtedy czasem tak.
Rzut W 1d100 - 63
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.