22.11.2023, 20:58 ✶
Niesprawiedliwość losu - tak, dokładnie tak. Przełykałem właśnie gorzkie żale i łzy, których nie zamierzałem uronić, a to wszystko dlatego że nie mogłem być z Aveliną Paxton, dziewuchą, która z buta wtargnęła do mojego życia, mała, butna, z zadartym nosem. Na dodatek przemądrzała Krukonka, a ja, cóż, zwariowałem na jej punkcie, zrobiłem ten błąd, że wykorzystałem najdrobniejszą sposobność by ponownie się z nią zobaczyć i... teraz oboje cierpieliśmy. Właściwie, mimo wszystko oboje nie byliśmy w stanie o sobie zapomnieć, więc co było gorsze? Ta cisza między nami od czasów szkolnych czy może ograniczony kontakt w tej chwili? Ciężko było wybierać, bo zarówno jedna, jak i druga opcja była beznadziejna. Najchętniej bym zniknął z powierzchni ziemi, zagrzebał się głęboko, może pod kołdrą i już nigdy z niej nie wyszedł. Po prostu przestał istnieć.
- Czasami chciałbym... mieć w sobie wystarczająco dużo odwagi, wystarczająco dużo mocy w swoim ciele, aby wygrać z tym światem tę walkę o swobodę, ale... już za późno i wciąż jest tego za mało, niedostatecznie dużo - przyznałem się do własnych słabości, do tchórzliwości, bycia małym i nędznym, wstrętnym nawet może szczurem, który szurał za królem szczurów jak ten głupi za kawałek sera, a ostatecznie jednak nie dostawałem sera, tylko jakiś przegniły kawałek jabłka. Czułem się beznadziejny, a fakt, że miałem tatuaż na przedramieniu, teraz tak skrzętnie ukryty zaklęciem maskującym, oraz obrączkę na palcu, tak perfidnie odbijającą promienie słoneczne, błyszcząc, wcale nie pomagało mojemu nastrojowi. Doskonale widziałem, jak się przypatrywała mojej obrączce. Nie mówiła, co o niej wprost myśli, ale często wspominała z kolei o mojej żonie. Miała rację. Powinienem myśleć o Imogen, a nie chcieć wsadzać penisa w inne kobiety, w Avelinę. Już samo złe w tym wszystkim było to, że się całowałem z Aveliną i to na dodatek w tak bezwstydny sposób. To już była zdrada.
- Heh, czasami chciałbym być z kolei buntownikiem. Mój kuzyn Sauriel ubiera się jak... mugol, taki mugol indywidualista... Sam nie wiem, w jaki sposób mogę to określić. Najistotniejsze, że robi swoje i ma wyjebane na to, co kto powie. Z jednej strony, nie mieści mi się to w głowie, ale z drugiej... Chyba trochę mu zazdroszczę - odezwałem się po chwili milczenia, biorąc pod uwagę tę lekkość w obyciu Sauriela. Chodził swoimi ścieżkami, nikogo o zgodę nie pytał, a tym bardziej nie rozkminiał, czy powinien, czy może jednak nie? - Jednakże ma na bakier z większością rodziny, bo my to prawie sami konserwatyści i to tak... - przyznałem nieco zakłopotany, nieco zasmucony tą sprawą. Mimo wszystko jednak przygarnąłem wspartą o mnie Avelinę jeszcze bardziej do siebie, przytuliłem, objąłem ramieniem. Na pocieszenie?
- I fakt, jednak oboje uparcie szukamy sposoby, aby razem spędzać czas - powtórzyłem w końcu za nią, bo od dłuższego czasu cisnęło mi się to na usta. To było tak trafne, tak bezduszne, tak bezlitosne, że aż nazbyt prawdziwe. Z całą dozą brutalności. - Nie mogę jednak robić tego Imogen. Na swój sposób ją kocham, szanuję. Jest dla mnie ważna. Wspiera mnie... I mamy dzieci - odparłem, właściwie powtórzyłem za Aveliną. Potwierdzałem te słowa. Pragnąłem by bardziej zaistniały w mojej głowie, by odwróciły myśli od Aveliny i wizji przyszłości z nią... Choć przez krótką chwilę faktycznie byłem gotów rzucić wszystko i wyjechać z nią daleko, jak najdalej stąd, gdzieś, gdzie nie znał nas nikt, nikt by nas nie ocenił ani nie wyklął. Gdzie nasze problemy, to, co nas dzieliło, przestałoby mieć znaczenie. Tylko czy posiadanie małżonki i dzieci można było od tak zapomnieć? Jeszcze wczoraj i przedwczoraj obcowaliśmy ze sobą z Imogen. Kochaliśmy się. Pamiętałem uczucia, które mi towarzyszyły. Może tak naprawdę... tak naprawdę to było prawdziwe, a to było tylko ułudnym snem, za którym gnaliśmy? Może tak naprawdę z Aveliną mieliśmy się rozczarować przy wspólnym zamieszkaniu ze sobą? Nie zniósłbym mieszkania w takiej graciarni, którą miałem przed oczami, widząc mieszkanie jej rodziców... I nie wiem, czy zniósłbym życie od wypłaty do wypłaty. Do pewnych standardów przyrosłem, wyssałem z mlekiem matki. Argh. Nie chciałem tak myśleć, cholera. To wcale by tak nie wyglądało. Czułbym się przy Avelinie kochany, a przede wszystkim WOLNY.
- Czasami chciałbym... mieć w sobie wystarczająco dużo odwagi, wystarczająco dużo mocy w swoim ciele, aby wygrać z tym światem tę walkę o swobodę, ale... już za późno i wciąż jest tego za mało, niedostatecznie dużo - przyznałem się do własnych słabości, do tchórzliwości, bycia małym i nędznym, wstrętnym nawet może szczurem, który szurał za królem szczurów jak ten głupi za kawałek sera, a ostatecznie jednak nie dostawałem sera, tylko jakiś przegniły kawałek jabłka. Czułem się beznadziejny, a fakt, że miałem tatuaż na przedramieniu, teraz tak skrzętnie ukryty zaklęciem maskującym, oraz obrączkę na palcu, tak perfidnie odbijającą promienie słoneczne, błyszcząc, wcale nie pomagało mojemu nastrojowi. Doskonale widziałem, jak się przypatrywała mojej obrączce. Nie mówiła, co o niej wprost myśli, ale często wspominała z kolei o mojej żonie. Miała rację. Powinienem myśleć o Imogen, a nie chcieć wsadzać penisa w inne kobiety, w Avelinę. Już samo złe w tym wszystkim było to, że się całowałem z Aveliną i to na dodatek w tak bezwstydny sposób. To już była zdrada.
- Heh, czasami chciałbym być z kolei buntownikiem. Mój kuzyn Sauriel ubiera się jak... mugol, taki mugol indywidualista... Sam nie wiem, w jaki sposób mogę to określić. Najistotniejsze, że robi swoje i ma wyjebane na to, co kto powie. Z jednej strony, nie mieści mi się to w głowie, ale z drugiej... Chyba trochę mu zazdroszczę - odezwałem się po chwili milczenia, biorąc pod uwagę tę lekkość w obyciu Sauriela. Chodził swoimi ścieżkami, nikogo o zgodę nie pytał, a tym bardziej nie rozkminiał, czy powinien, czy może jednak nie? - Jednakże ma na bakier z większością rodziny, bo my to prawie sami konserwatyści i to tak... - przyznałem nieco zakłopotany, nieco zasmucony tą sprawą. Mimo wszystko jednak przygarnąłem wspartą o mnie Avelinę jeszcze bardziej do siebie, przytuliłem, objąłem ramieniem. Na pocieszenie?
- I fakt, jednak oboje uparcie szukamy sposoby, aby razem spędzać czas - powtórzyłem w końcu za nią, bo od dłuższego czasu cisnęło mi się to na usta. To było tak trafne, tak bezduszne, tak bezlitosne, że aż nazbyt prawdziwe. Z całą dozą brutalności. - Nie mogę jednak robić tego Imogen. Na swój sposób ją kocham, szanuję. Jest dla mnie ważna. Wspiera mnie... I mamy dzieci - odparłem, właściwie powtórzyłem za Aveliną. Potwierdzałem te słowa. Pragnąłem by bardziej zaistniały w mojej głowie, by odwróciły myśli od Aveliny i wizji przyszłości z nią... Choć przez krótką chwilę faktycznie byłem gotów rzucić wszystko i wyjechać z nią daleko, jak najdalej stąd, gdzieś, gdzie nie znał nas nikt, nikt by nas nie ocenił ani nie wyklął. Gdzie nasze problemy, to, co nas dzieliło, przestałoby mieć znaczenie. Tylko czy posiadanie małżonki i dzieci można było od tak zapomnieć? Jeszcze wczoraj i przedwczoraj obcowaliśmy ze sobą z Imogen. Kochaliśmy się. Pamiętałem uczucia, które mi towarzyszyły. Może tak naprawdę... tak naprawdę to było prawdziwe, a to było tylko ułudnym snem, za którym gnaliśmy? Może tak naprawdę z Aveliną mieliśmy się rozczarować przy wspólnym zamieszkaniu ze sobą? Nie zniósłbym mieszkania w takiej graciarni, którą miałem przed oczami, widząc mieszkanie jej rodziców... I nie wiem, czy zniósłbym życie od wypłaty do wypłaty. Do pewnych standardów przyrosłem, wyssałem z mlekiem matki. Argh. Nie chciałem tak myśleć, cholera. To wcale by tak nie wyglądało. Czułbym się przy Avelinie kochany, a przede wszystkim WOLNY.