• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 9 Dalej »
[04.06.1972] Fortuna favet fortibus

[04.06.1972] Fortuna favet fortibus
femininomenon
I'm never gonna please the crowd
Even if they told me how
I came into this world too loud
And that's the way I'm going out
wiek
25
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
dla rodziny głównie
Nie da się Mewy opisać, bo jest metamorfomagiem. Nikt nie wie, jak tak naprawdę wygląda, bo zmienia wygląd jak rękawiczki. Nie tylko wybitnie często podszywa się pod innych, ale też manipuluje aparycją nawet gdy pozostaje przy własnej tożsamości, bo chce w oczach innych utrzymać pewne wrażenie. W jej codziennym wyglądzie da się znaleźć kilka cech wspólnych: azjatyckie rysy, zwykle czarne włosy średniej długości, chłopięcy ubiór. Nosi się - i poniekąd zachowuje - jak bad boy, ewidentnie nie próbując nigdy być damą. Zawsze da się ją poznać po zadziornym spojrzeniu oraz ostrym sposobie wypowiedzi. No i tej bezczelnej pewności siebie.

Maeve Chang
#5
23.11.2023, 20:05  ✶  
Mewa nie była przysłowiowym dzwonem, co jest głośny, bo wewnątrz jest próżny; głowa nie była pusta, ale w porównaniu do umysłu Lorraine była jak cmentarz po północy - zwykle panowała martwa cisza, jeśli nie liczyć sporadycznych nastoletnich śmiałków, którzy zdecydowali albo się wzajemnie podjudzić i nastraszyć spacerem późną nocą pośród grobów, albo uznali, że to najlepsze miejsce na alkoholową libację. Zdarzały się tam myśli przeróżne, zwykle równie głupie jak ta metaforyczna młodzież, ale mózg nie pracował ciągle i bez wytchnienia. Analiza nie goniła analizy, Maeve nie przechodziła wszelakich kryzysów tożsamości, bo koniec końców metamorfomagia była dla niej przede wszystkim zabawą - nigdy ucieczką.
Matka niejednokrotnie powtarzała jej, że to szczeniackie podejście, że marnuje swój potencjał. Może w tym był cały sęk, że Mewa nigdy tak naprawdę nie dorosła? Nigdy nie musiała zderzyć się z traumatycznymi troskami, rzeczywistość nigdy nie zweryfikowała jej marzeń, bo nikt nie śmiał ich zdeptać. Zawsze miała jakieś plecy, jakąś ochronę, a jeśli zła fama Changów nie mogła być dla niej tarczą, bo znajdowała się poza granicami Śmiertelnego Nokturnu, to swoją własną niezachwianą pewnością siebie i butą była w stanie pokonać każdego. Tym lub zapoznaniem swojej pięści z czyjąś twarzą.
Wygląd też nigdy nie był dla niej problemem - przecież mogła go zmienić o każdej porze dnia i nocy, więc kiedy pojawiały się jakieś kompleksy w jej głowie, były rozwiązywane na pstryknięcie palców. Widząc piękną kobietę nigdy nie stawała przed morderczym wyborem być nią czy być z nią, bo przecież obydwie opcje były dla niej dostępne na wyciągnięcie ręki. Może zwykle nie w tym samym czasie, ale miała na koncie na tyle przedziwne związki, by i takiej możliwości nie móc już wykluczyć.
W świecie Maeve wszystko więc było proste, wszystko było jakąś grą. Play pretend. Nawet to wpatrywanie się w Malfoy, zastanawianie się, co siedzi w tej głowie pełnej knowań, kiedy przejeżdża palcami przez złociste pukle, pod którymi ją skrywa. Nie przejmowała się ewentualną porażką, była nie do zdarcia, zamierzała próbować zdobyć tę twierdzę tyle razy, ile będzie trzeba, aby dostać się do środka. Mogła zmieniać się niczym kameleon, podług życzeń samej królowej, oszukiwać, kłamać i kraść - cokolwiek, włącznie z jej sercem. Była gotowa posunąć się do wielu rzeczy, byle skończyć z nagrodą w swoich ramionach.
Tak, była gotowa nie grać fair - przecież na wojnie i w miłości wszystko jest dozwolone.
- Skoro ze wszystkiego chcesz go obedrzeć, rozumiem, że ją też chcesz mu odebrać? Chcesz mnie zgłosić na ochotnika? - Popchnęła ten żart dalej, choć czuła nadchodzący niczym ciemne chmury burzowe gniew towarzyszki, podszyty zazdrością. Nie mogła powstrzymać szelmowskiego uśmiechu w kącikach ust, rzucała przyjaciółce ukradkowe spojrzenia, ale wciąż nie dorzucała tego magicznego żartuję, bo testowała jej granice. Maeve nadal czuła się bezkarna, miała nadzieję, że Lorraine jej to wybaczy.
Nie, to nie była nadzieja. To była pewność.
Wyłapała spojrzenie Malfoyówny, gdy przyszło do oceny doboru kwiatów. Chang nawet nie próbowała ukryć zdegustowania, bo po pierwsze połowa wiązanki była stricte pogrzebowa, po drugie była tragicznie obcięta, co sprawi, że kwiaty zdechną równie szybko, co biznes Sergeia, a po trzecie były tak zmaltretowane, że jedyne, na co się nadawały, to kompost. Mae wręcz jęknęła z bólem, żałując serdecznie, że była tego wszystkiego świadkiem, i współczując tej kurwie z Horyzontalnej.
- Ulżyć? Mam sobie konia zwalić, czy c- - urwała, gdy nagle nawiedziło ją olśnienie. Wypuściła powietrze nosem w rozbawieniu, nie mogąc ukryć rozkwitającego, perfidnego uśmieszku. - Och. - Krótkie westchnienie, subtelnie sygnalizujące, że wie już, gdzie pies jest pogrzebany. Przymknęła oczy, kręcąc z wolna głową, jakby w niedowierzaniu, że tak łatwo złapała przynętę. Że o jakąś losową siksę jest zazdrosna.
- Nie martw się, ptaszyno. Nie pozwoliłabym ci stać jak kołek z boku, możesz się dołączyć - oświadczyła dobrodusznie, puszczając jej oczko. Trafiła kosa na kamień, Maeve też potrafiła być bezczelna. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiedziała, że nie będzie z tego żadnych realnych konsekwencji. No bo co się może takiego stać? Nasza droga wiła się zdenerwuje, tupnie nóżką, a potem zaświeci tymi wielkimi, ślicznymi oczyma, rzucając nieodparty urok, by udowodnić, że jest najwspanialsza, sprowadzając Mewę jednym skinieniem na kolana? Och nie, tylko nie to. Przecież to byłoby takie straszne i kompletnie niepożądane.
- Szczęście w biznesie i miłości. Nic odkrywczego, przecież wiem, że je mam, bo uwiesiło się na moim ramieniu - wyjawiła treść wróżby tak nonszalancko, jak tylko się dało, nachylając się czule nad uchem Lori. Spojrzała na nią z góry, a gdy tylko ich spojrzenia się złączyły, uśmiechnęła się szeroko, zadowolona. Ciężko było jednak wyczytać czy z siebie, czy z obecności tej uwieszonej przy jej boku jasnowłosej złośnicy.
Może obydwa?
- Metamorfomagowie mogą sobie wyhodować nawet i kaktus na czole, ale to nie sprawi, że będzie funkcjonalny. Aczkolwiek jeśli szukasz pocieszenia, polecam się. Mogę sprawić, że nie tylko zapomnisz o swoich troskach, ale też jak się chodzi - oświadczyła dumnie, ale nie utrzymała poważnej miny zbyt długo; chwilę później parsknęła śmiechem, niemożebnie zadowolona z siebie. Głos zdrowego rozsądku odbił się echem po jej czaszce, dając tej wypowiedzi ocenę żałosną, jeśli nie żenującą, ale Maeve Chang nie była osobą, która kiedykolwiek, czegokolwiek w życiu żałowała.
Zadowolenie z siebie jednak stopniowo parowało, bo ani nie widziała dalszego entuzjazmu na twarzy towarzyszki, ani temat nie wydawał się radosny. Usłyszawszy nazwisko Rookwooda przechyliła głowę, marszcząc czoło w konsternacji. Lorraine miała rację, przyjaźnili się, ale jeśli liczyła na interpretację jego zachowania, to mogło być ciężko - obydwoje byli ewenementami spod ciemnej gwiazdy, ale chyba każde spod innej, i nawet po tylu latach znajomości nie zawsze umieli się nawzajem rozszyfrować. Co tym razem kicia kombinował? I to jeszcze bez wtajemniczania Mewy? Powinna się obrazić?
- Sauriel cię nie skrzywdzi, jeśli tego się obawiasz. - Głos Maeve był pewny, stanowczy. Nie było w nim ani krzty wahania, fałszywego pocieszenia. Mewa była przekonana, że Lorraine w tej relacji włos z głowy nie spadnie, bo zbyt dobrze znała Rookwooda, by kiedykolwiek mogła mu na to pozwolić. Działało to w obie strony, swoją drogą; on też doskonale wiedział, co zrobiłaby ona, gdyby tknął jej bliskich. - Chyba że to nie on jest problemem, a to w co cię wciągnął? Czego on od ciebie chce? - Zapytała nieco agresywnie, nie kryjąc zmartwienia i cienia nerwów w oczach. Sauriel lubił niebezpieczne interesy, igranie z ogniem; nie był w ciemię bity, ale układ z nim równał się niebezpieczeństwu. Z drugiej strony, zdawała sobie sprawę, że to, w co pcha się Lorraine samodzielnie, też nigdy niegroźne nie jest. Niemniej ten pierwszy nie wzruszał w Mewie nawet krzty tej troski, którą chciała roztoczyć nad Raine.
Gdy Chang słyszała, że Lorraine się kogoś boi, była gotowa zniszczyć ten strach w zarodku. Zupełnie jakby była psem obronnym ze wścieklizną, którą w niewytłumaczalny sposób jest w stanie kontrolować.


I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (6398), Maeve Chang (5545)




Wiadomości w tym wątku
[04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 29.10.2023, 12:57
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 06.11.2023, 06:56
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 07.11.2023, 01:53
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 21.11.2023, 02:07
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 23.11.2023, 20:05
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 30.12.2023, 01:29
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 24.01.2024, 00:59
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 07.04.2024, 22:49
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 05.07.2024, 15:12
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 22.09.2024, 13:56
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Maeve Chang - 28.09.2024, 00:18
RE: [04.06.1972] Fortuna favet fortibus - przez Lorraine Malfoy - 02.10.2024, 21:41

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa