24.11.2023, 02:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.12.2023, 00:37 przez Septima Ollivander.)
Chyba każda żywa istota posiadająca wrodzony, nienaruszalny instynkt wiedziała, iż nowo odkrytego, żarzącego płomienia nie powinno się po raz kolejny dotykać. Nie kiedy już poparzył, zostawił chropowaty pęchęrz i długo gojącą się bliznę, która fantomowo pulsowała i dawała o sobie znać nawet lata później.
Być może Septima nie będąc już szczenięciem, ani nie posiadając psiej matki, która by nauczyła, nawarczała i wskazała na siniaka, nie miała szans uczyć się na błędach. A może była dużo głupsza niż każdy podejrzewał, bo kto tak naprawdę, nie będąc czarodziejeman-animagiem, tak często myślał o sobie jak o psie?
Nie była jednym z nich jak bardzo nie próbowała się upodobnić do nijakich, obitych na purpurę facjat bandziorów z Nokturnu, to nie potrafiła. Jej oczy migotały żywo, z dziecięcą, komicznie naiwną ciekawością wędrując po wystawach mijanych sklepów. Z paranoją wbitą w obramowanie źrenic, oglądała się co chwila za siebie, dygając jak osika na wietrze, gdy tylko nieznajomy cień majaczył gdzieś w kącie jej oka. Włosy zawsze ładnie ułożone, buciki wypastowane, kogo ona próbowała oszukać?
Ale... cholera, mogłaby być takim zbitym psem – niejednokrotnie, i to ze wstydem, pomyślała. Urodzonym pod złym ascendentem, pod przeklętą i upadłą gwiazdą bez przeznaczenia oraz przyszłości. Skrytą w cieniu przepełnionych rynien, pogrzebaną w krętych, plugawych alejkach, z których czarna magia i czarne intencje wylewały się na bruk jak atrament.
Nie wyruszyła na Nokturn bez celu. Pomimo propozycji Leviego, wciąż szukała chętnego na podróż po upragnione drewno z Korei. Chętny nie był co prawda najlepszym słowem, bowiem była to fucha całkowicie odpłatna, ale Ollivanderówna lubiła fantazjować, że wszyscy nieszczęśnicy, którzy podejmowali się jej zleceń, robili to również z powołania i nobliwego pragnienia wspierania jej snycerskich badań. Koneksje w tym świecie przychodziły i odchodziły, ale od pewnego czasu trafiał jej się wyjątkowy towarzyski niefart, z którym nie do końca wiedziała jak sobie poradzić. Tylko dziś pocałowała aż dwie klamki na trzy ze swojej listy i nie była pewna czy drzemało jeszcze w niej dostatecznie dużo motywacji, aby robić podchody do trzeciej rundy. Ostatniego nazwiska na liście była akurat najmniej pewna; mężczyzna dużo używał i ostatni raz, widząc go przelotnie na ulicy, zdawał się mamrotać w amoku do siebie. Nie żeby był to ewenement na Nokturnie, absolutnie nie był, ale Timmy od szaleńców trzymała się z daleka, co znacznie uszczuplało pulę talentów, z której mogła korzystać.
Mówiąc o szaleńcach, nie umiała wykorzenić nachalnej, powielającej się myśli, przesiąkającej na wskroś niepokojem, że ktoś od pewnego czasu ją śledził, a przynajmniej kroczył tymi samymi ścieżkami co ona. Obejrzała się za siebie, łapiąc spojrzenie z niepokojąco wysoką postacią brodacza. Mokre od potu kosmyki w kolorze świńskiej skóry, oblepiały mu czoło, zahaczając niedbale o grube brwi i oczy. Jego wargi wygięły się w niepełnym uśmiechu.
Ahaha dzień dobry, jaka śliczna
Usłyszała, czując jak mrozi ją w kościach. Niczym żołnierz w koszarach, zupełnie na sztywno, odwróciła się pospiesznie, i ruszyła przed siebie, szorując przy tym pantofelkami po chodniku.
Jeden skręt. Drugi skręt. Kolejna uliczka, a kroki nie przepadały w nicości; słyszała, że tuptanie przyspieszyło, a głos mężczyzny przywoływał ją do siebie nieusłyszalnymi słowami. Serce chciało wyrwać się z piersi, ale rezon umysłu nakazywał trzeźwość i skupienie w znalezieniu drogi ucieczki. Kilka kroków dalej ujrzała przed sobą szyld zakładu, do którego bez zbędnego rachunku za i przeciw, od razu się wsunęła.
Prowadziła rozgorączkowane dialogi spojrzeń z przedmiotami, na pierwszy rzut oka, kaletniczego zakładu, szukając ludzkiej obecności. Miejsce było otwarte, a więc zakładała, że pracownik, tudzież właściciel wyłoni się z zapyziałego konta i odstraszy natarczywca.
— Dzień dobry? — zawołała nerwowo, wchodząc głębiej, starając odsunąć się od drzwi wejściowych jak najdalej mogła.
W środku mogła zastać wszystko. Albo wybawienie, albo kąpiel pod rynną ze ściekami, ale przecież była świadoma tego ryzyka, prawda?
@Esmé Rowle
Być może Septima nie będąc już szczenięciem, ani nie posiadając psiej matki, która by nauczyła, nawarczała i wskazała na siniaka, nie miała szans uczyć się na błędach. A może była dużo głupsza niż każdy podejrzewał, bo kto tak naprawdę, nie będąc czarodziejeman-animagiem, tak często myślał o sobie jak o psie?
Nie była jednym z nich jak bardzo nie próbowała się upodobnić do nijakich, obitych na purpurę facjat bandziorów z Nokturnu, to nie potrafiła. Jej oczy migotały żywo, z dziecięcą, komicznie naiwną ciekawością wędrując po wystawach mijanych sklepów. Z paranoją wbitą w obramowanie źrenic, oglądała się co chwila za siebie, dygając jak osika na wietrze, gdy tylko nieznajomy cień majaczył gdzieś w kącie jej oka. Włosy zawsze ładnie ułożone, buciki wypastowane, kogo ona próbowała oszukać?
Ale... cholera, mogłaby być takim zbitym psem – niejednokrotnie, i to ze wstydem, pomyślała. Urodzonym pod złym ascendentem, pod przeklętą i upadłą gwiazdą bez przeznaczenia oraz przyszłości. Skrytą w cieniu przepełnionych rynien, pogrzebaną w krętych, plugawych alejkach, z których czarna magia i czarne intencje wylewały się na bruk jak atrament.
Nie wyruszyła na Nokturn bez celu. Pomimo propozycji Leviego, wciąż szukała chętnego na podróż po upragnione drewno z Korei. Chętny nie był co prawda najlepszym słowem, bowiem była to fucha całkowicie odpłatna, ale Ollivanderówna lubiła fantazjować, że wszyscy nieszczęśnicy, którzy podejmowali się jej zleceń, robili to również z powołania i nobliwego pragnienia wspierania jej snycerskich badań. Koneksje w tym świecie przychodziły i odchodziły, ale od pewnego czasu trafiał jej się wyjątkowy towarzyski niefart, z którym nie do końca wiedziała jak sobie poradzić. Tylko dziś pocałowała aż dwie klamki na trzy ze swojej listy i nie była pewna czy drzemało jeszcze w niej dostatecznie dużo motywacji, aby robić podchody do trzeciej rundy. Ostatniego nazwiska na liście była akurat najmniej pewna; mężczyzna dużo używał i ostatni raz, widząc go przelotnie na ulicy, zdawał się mamrotać w amoku do siebie. Nie żeby był to ewenement na Nokturnie, absolutnie nie był, ale Timmy od szaleńców trzymała się z daleka, co znacznie uszczuplało pulę talentów, z której mogła korzystać.
Mówiąc o szaleńcach, nie umiała wykorzenić nachalnej, powielającej się myśli, przesiąkającej na wskroś niepokojem, że ktoś od pewnego czasu ją śledził, a przynajmniej kroczył tymi samymi ścieżkami co ona. Obejrzała się za siebie, łapiąc spojrzenie z niepokojąco wysoką postacią brodacza. Mokre od potu kosmyki w kolorze świńskiej skóry, oblepiały mu czoło, zahaczając niedbale o grube brwi i oczy. Jego wargi wygięły się w niepełnym uśmiechu.
Ahaha dzień dobry, jaka śliczna
Usłyszała, czując jak mrozi ją w kościach. Niczym żołnierz w koszarach, zupełnie na sztywno, odwróciła się pospiesznie, i ruszyła przed siebie, szorując przy tym pantofelkami po chodniku.
Jeden skręt. Drugi skręt. Kolejna uliczka, a kroki nie przepadały w nicości; słyszała, że tuptanie przyspieszyło, a głos mężczyzny przywoływał ją do siebie nieusłyszalnymi słowami. Serce chciało wyrwać się z piersi, ale rezon umysłu nakazywał trzeźwość i skupienie w znalezieniu drogi ucieczki. Kilka kroków dalej ujrzała przed sobą szyld zakładu, do którego bez zbędnego rachunku za i przeciw, od razu się wsunęła.
Prowadziła rozgorączkowane dialogi spojrzeń z przedmiotami, na pierwszy rzut oka, kaletniczego zakładu, szukając ludzkiej obecności. Miejsce było otwarte, a więc zakładała, że pracownik, tudzież właściciel wyłoni się z zapyziałego konta i odstraszy natarczywca.
— Dzień dobry? — zawołała nerwowo, wchodząc głębiej, starając odsunąć się od drzwi wejściowych jak najdalej mogła.
W środku mogła zastać wszystko. Albo wybawienie, albo kąpiel pod rynną ze ściekami, ale przecież była świadoma tego ryzyka, prawda?
@Esmé Rowle