Zaskakujące, że tak drobne, trywialne rzeczy potrafiły czasem zadziałać tak... skutecznie. Wstyd. Uczucie, którego Esmé nie zaznawał często. Właściwie jedna z rzadszych emocji u tego osobnika, niczym smok pośród innych magicznych zwierząt. Rowle wierzył w tropicielskie umiejętności swojej łowczyni, bo i teraz podeszła smoka. Zupełnie nieświadomie. Świadomy tego Czarodziej był w lekkim szoku. Nie jej słowami, a tym jak na niego zadziałały. Zamarł na moment w bezruchu, by zaraz uśmiechnąć się dosyć... niezręcznie. Jakby uśmiechał się sam do siebie, bo dopiero po chwili wydawał się znów obecny. Co się wydarzyło? Naprawdę niewiele i wiele zarazem. Męska duma Esmé zadrżała. Nigdy w życiu nie przeszkadzał mu fakt, że jest nieszczególnie wysportowany i jak na mężczyznę, to prezentuje się mocno przeciętnie, eufemistycznie rzecz ujmując. Nie przeszkadzało to w uczęszczaniu do Hogwartu, nie przeszkadzało w rzemiośle, nie przeszkadzało w codziennym życiu. Ale teraz, w tym jednym momencie, zaczynało przeszkadzać. Bo oczywiście, że Esmé uznał, iż Ger mówiła o jego sylwetce. Że jest delikatnej postury. Że ma delikatną twarz. Nawet do głowy mu nie przyszło, że mogła uznać go za mentalnie delikatnego, bo to było według niego absurdalne - w końcu znał siebie. I zatem, tak po prostu, poczuł się nieco zawstydzony faktem, że tak, rzeczywiście - jest delikatny. I to utrudniało sprawę polowania, bo łowczyni musiała bardziej ostrożnie dobrać cel i tym bardziej pilnować samego rzemieślnika.
- Doceniam szczerość. - odparł niewzruszony, jakby cała ta sytuacja się wcale nie wydarzyła. Jednak i on był szczery. Lubił kiedy ludzie mówili mu prawdę prosto w oczy. Kiedy nie bali się wyrażać tego, co myśleli. Bo ktoś mógłby pomyśleć, że Ger przecież wbiła mu szpilę. Że przecież ukłuła go, zwracając uwagę na swoistą wadę Rowle. Ale nie Esmé. On rozumiał, że zwracała uwagę na istotną prawdę, która może nie była najprzyjemniejsza do usłyszenia, co było też zaskakujące swoją drogą, ale była niezbędna. - Właściwie, ciągle brakowało mi mentalnego kopa, by wziąć się za siebie. Chyba udało ci się mnie zmotywować. - zmotywować albo skrępować, naciskając na swoisty punkt dumy wielu mężczyzn - jego sprawność fizyczną. Od dawna zamierzał ją poprawić, ale na zamierzaniu się kończyło. Wszak Esmé, tak poza rzemiosłem, przejawiał niewiele ambicji, toteż brakowało mu motywacji. Teraz brakowało mu tego ostatniego ruchu, pojedynczej myśli, która sprawiłaby, że klamka zapadła. I teraz, oj, teraz zdecydowanie zapadła. Po co mu to było? Nie był najlepszym czarodziejem, chociaż ukończył Hogwart z sukcesem. Transmutacja przydawała mu się głównie przy rzemiośle, a inne dziedziny magii pozostawiały wiele do życzenia. Czuł się, na swój sposób, bezbronny. Wiele potrafił zdziałać swoim sprytem i gadżetami, ale czuł, że sam w sobie... nic nie potrafi, gdyby już doszło do walki. Nie wyobrażał sobie siebie w bitewnych scenariuszach, lecz posiadając pracownie od strony Nokturnu widywało się różne rzeczy. I to prowokowało do myśli.- W punkt. - zgodził się z Geraldine. Niestety, te nudne i powtarzalne zlecenia sprawiały, że Esmé mógł przeżyć z dnia na dzień. Naturalnie, czasami zdarzały się projekty nietuzinkowe, które nie dość, że fascynowały, zupełnie pochłaniały całego Czarodzieja, wyrywając mu niekiedy tygodnie lub całe miesiące z kalendarza, to jeszcze opłacały na długi czas. A wtedy Esmé, wbrew pozorom, przestawał pracować. Jakkolwiek kochał rzemiosło, tak nie lubił pracować na darmo. Jego pracownia wypełniona była przedmiotami, które były na sprzedaż, a drugie tyle miał pochowane. Wszystkie zamówienia robił na bieżąco. Nie było miejsca na tworzenie... o tak, bez sensu. A dlaczego miałby zajmować się nudnymi zleceniami? Nienawidził nudy. Nienawidził też, gdy robił coś na wyrost. Skoro nie potrzebował pieniędzy, to po cholerę miałby tworzyć to samo, co zwykle? Nawet nie mógł testować swoich umiejętności i wynosić ich na nowe wyżyny. - I tak, naturalnie moje umiejętności przekładają się w stopniu jeden do jednego na jakość przedmiotu. Nigdy nie tworzę... na pół gwizdka. - ale jak to? A co z pospolitymi i powtarzalnymi produktami? Esmé wyrażał się jasno - wszystko tworzył z największym staraniem. Nawet najbardziej banalny przedmiot tworzył z wykorzystaniem najlepszych technik i metod. Korzystał z najlepszych narzędzi i wykorzystywał całą zgromadzoną latami wiedzę. Nie musiało to krzyczeć, rzucać się w oczy, niczym zdobienia. Były to w większości takie rzeczy, których klient nigdy nie widział. Ale czuł. Czuł po latach użytkowania, gdy przedmiot dalej był we wspaniałej kondycji. Czuł czasami bardziej dosłownie - na sobie lub siedząc. Czuł w ręce, odpowiednio wyważony, odpowiednio oprawiony.
Zaśmiał się lekko i krótko. Przechylił głowę na bok, przyglądając się Ger. Dlaczego miałby stracić? Mógł być to po prostu żart, nawiązujący do jej charakterności, a mogło być to coś więcej. Drobne, żartobliwe ostrzeżenie. Esmé nie bał się stracić. Stracił już wiele różnych rzeczy, ale nie tracił nadziei, że kiedyś będzie szczęśliwy. Na razie jednak musiało wystarczać mu to, że mógł coś poczuć. Ból straty? Dobre i tyle. Przynajmniej wiedział, że wciąż był człowiekiem, a nie wampirem napędzanym nie krwią, a rzemiosłem. Rzemiosłem, używkami, kobietami, zabawą. Hedonizmem, chociaż światopoglądowo bliżej mu było do epikureizmu.
- Lubię ryzyko. - tylko tyle mógł jej odpowiedzieć. Dlaczego miałby nie lubić? Tak szczeniackie powiedzenie jak "jest ryzyko, jest zabawa" było wobec niego jak najbardziej prawdziwe. To sprawiało, że coś czuł, że nie było nudno. Nie mogło być nudno, bo coś było na szali. I to coś musiało przejawiać jakąś wartość wobec Esmé, by mogło nazwać się ryzykiem.Nie był tego świadomy, ale często śmiał się w tej rozmowie. Nie były to jakieś wybuchy śmiechu, rżenie do utraty tchu czy cokolwiek w tym stylu, chociaż zdarzyło mu się gromko roześmiać. Tutaj chodziło o proste rozbawienie, bo cały czas bawił się dobrze. I tym razem zaśmiał się, a może raczej prychnął rozbawiony, gdy usłyszał o "wielkiej babie". Było to tak... prymitywne określenie, że brzmiało na swój sposób zabawnie. Ger zdecydowanie nie byłaby zadowolona wiedząc, że Rowle śmieje się z tego, jak ją nazywano, a nie z tego, że zdarzało się, iż ktoś ją tak nazywał. Niemniej... była kobietą, i była rosłej postury. I teraz Esmé nazwał ją wielką babą, w myślach, ale nieco ładniej. Nie zamierzał jednak tego mówić, bo właśnie Geraldine wytłumaczyła, by jej tak nie nazywać. Zresztą Rowle nie miał zamiaru - dlaczego miałby tak mówić, skoro znał jej imię? I brzmiało to nieuprzejmie, a przecież nieco flirtował.
Znów prychnął. Tym razem od razu pokiwał głową w górę i w dół, robiąc minę w stylu "taaa, jasne". Z pobłażaniem patrzył jeszcze przez chwilę, jakby zastanawiając się kogo próbowała oszukać.
- Ger, nie dałabyś rady nie oddać się polowaniu. - wizja spoczęcia na laurach nie pasowała do niej. Nie po tym, jak wymienili się swoim podejściem do pełnionego zawodu. Esmé mógł zrobić sobie przerwę od rzemiosła, ale zawsze wracał. Z tęsknotą. Z pasją płonącą bardziej, niż kiedykolwiek. Bo potrafił więcej niż kiedykolwiek i wracał z nowymi pomysłami, świeżą głową oraz zapasem energii. I potrzebą, co istotne. - Ja to wiem, a znamy się... - spojrzał na lewy nadgarstek, lecz nie dostrzegł na nim zegarka. No tak, zostawił go pod poduszką. - Krótko. - wrócił do niej wzrokiem i uśmiechnął się delikatnie, acz cwaniacko.Wzruszył ramionami, grając niby obojętnego, ale oboje wiedzieli, że tak - nie skrzywdziłby Beksy. Jasne, na jego zlecenia mordowane były różne magiczne zwierzęta, ale co innego, gdy było się z tym zwierzątkiem zżytym. Jakby tylko miał szansę zaprzyjaźnić się, dajmy na to... z buchorożcem, to jasne, bardzo chętnie. I nie skrzywdziłby go nigdy. I nie dlatego, że pewnie nie byłby w stanie tak po prostu, fizycznie i magicznie.
Huh? Zamrugał zaskoczony i poczuł się, jakby ktoś zamienił jego słowa w sztylet i przystawił mu do gardła. Jego czujność nieco spadła, ale Ger była czujna cały czas. Prawdziwa łowczyni. Nawet nie pomyślał, że sugerował, że o Beksie wiedział już wszystko, toteż przenosił oczy gdzie indziej. I że gra według tych samych zasad wobec niej i pewnie też przeniesie oczy gdzieś indziej, gdy już nacieszy się tym, jak intrygująca była. Kolejny raz... poczuł. Poczuł, że trochę zjebał. Ale poczuł też, że było to swoiste ostrzeżenie, bo zaraz sztylet został schowany. Zaśmiał się nagle głośno, przecierając dłoniami twarz i masując opuszkami palców zamknięte oczy.
- Nigdy nikt mi się nie znudził. - odparł, odsłaniając twarz, wciąż będąc trochę rozbawionym. - Ludzie dzielą się na nudnych i ciekawych. Nudni nigdy mnie nie zaintrygują, a ciekawi nigdy nie znudzą. Jeżeli tak się stanie, to źle ich oceniłem. - bo tak było. Beksa to Beksa, ale ludzie mieli więcej sposobów na wyrażanie siebie, niż latanie, dokuczanie i podpalanie przypadkowych rzeczy. Nudni ludzie potrafili najciekawsze wydarzenia obrzydzić, ale ciekawi potrafili nawet nudne osłodzić. Nie można było jednak tylko brać - ciekawych ludzi trzeba było karmić okazjami, by mogli zabłysnąć, naprawdę rozwinąć skrzydła i pokazać się od tej fascynującej strony. Zatem, wedle poglądów rzemieślnika, Ger była niespożycie intrygująca. Wystarczyło postawić ją w odpowiednim świetle. - Ale nie musisz się obawiać. - powiedział nabierając poważniejszej miny na moment. Jego ton był jednak poważny, jakby wcale nie żartował, chociaż znów wypływał na jego twarz ledwo zauważalny uśmieszek aroganta. - Znam się na ludziach. - i puścił jej oczko, bo było to takowe podpisanie się pod tymi wszystkimi komplementami, które jej prawił. Szczerze uważał, że z Geraldine trudno było się nudzić. Oczywiście - było to możliwe, ale dlaczego miałoby być, skoro Esmé nienawidził nudy?Spojrzał na nią wzrokiem pełnym pytań. Ale jak to mogłaby konkurować z Beksą w pożeraniu much? Nie wszystkie łapał sam w końcu... ale za to wszystkie zjadał. Rowle, chociaż zaciekawiony, wolał nie pytać. Wolał nie usłyszeć, że czasem polowania mogą się przedłużać, a prowiantu brakuje i Ger posila się wtedy owadami. Oczywiście był to zmyślony scenariusz, ale właśnie coś takiego przyszło mu do głowy. Wiedział, że jest twarda i gdyby tego wymagała sytuacja, to pewnie nie zawahałaby się zjeść robaki. Sam Esmé... nie było go łatwo obrzydzić, lecz naprawdę musiałby odchodzić od zmysłów, żeby zmusić się do zjedzenia muchy czy innego latającego obrzydlistwa. Przemilczał sprawę.
Pokiwał twierdząco głową na oba stwierdzenia. Tak, początki były najcięższe, bo już w połowie dnia nie miał siły w dłoniach, by nawet przebić skórę igłą. A następnego dnia palce bolały tak okropnie, że trzymanie igły wydawało się nierealne. Nie chciał nawet przypominać sobie czasów, jak skóra na dłoniach mu pękała. Bardzo częste zjawisko, gdy pracowało się właśnie ze skórą - ta nasza wtedy przegrywała. Wysuszała się i boleśnie pękała. Potwierdził też, że miał sporo dziwnych zamówień, chociaż może niekoniecznie... w takim sensie. Nie wszystkie były związane z erotycznymi zabawami. Niektóre po prostu były absurdalne - tak jak ta kobieta, która zamówiła skórzany płaszcz, ale nie dla człowieka, a dla swojego konia. Albo ten dziwak, który co jakiś czas wracał z nową książką, którą chciał oprawić w skórę. I każda książka była wypełniona po brzegi rysunkami oczu. Albo ten fanatyk w sile wieku, który sam projektował bicze, których później używał na sobie. Chociaż... chociaż może to było erotyczne, a nie religijne - gdy tak teraz o tym Rowle myślał.
Uśmiechnął się nieznacznie, gdy dostrzegł jak Ger zamarła. Beksa czuł się jak u siebie, nie przejmował się, że właśnie przemierza nowe tereny i może żuć nowe włosy. Ale za to jasnowłosa nie wiedziała co zrobić, co było nie dość że zabawne, to na swój sposób urocze. Esmé nie zamierzał jej pomóc, zamierzał pozwolić sobie napatrzeć na to małe show.
Z zaciekawieniem przysłuchiwał się, gdy opowiadała o tym, co wykorzystywała podczas polowań. Kiwał głową powoli, ale rytmicznie, nie przestając. Wydawał się coś sobie wizualizować w głowie lub jakby coś już planował. Zdecydowanie jej słuchał, lecz jednocześnie już coś działał wewnątrz swojego pałacu myśli. Nieszczególnie przyglądał się jej, gdy opowiadała, miał nieco opuszczony wzrok, lecz podniósł go, gdy wybrzmiały ostatnie słowa. Te, które go nieco... zaintrygowały. Nie, nie pomyślał w żaden sposób, że Geraldine lubi zabijać. Nawet jeżeli ona sama tak uważała. Rowle stawiał wyraźną granicę między słowem zabijać a polować. W polowaniu była rywalizacja, rzemiosło i satysfakcja z osiągnięcia swego upragnionego rezultatu. W zabijaniu był mrok, zaspokajanie żądz, odpowiadanie na głos z pustki. Wiedział, że to co widział, to czysta pasja. I czysta duma. Tak jak on czuł się wniebowzięty, gdy projekt, nad którym tak się starał, który był tak fascynujący wyszedł właśnie tak, jak sobie go wymarzył. Gdy spełnił swoje oczekiwania.
- Precyzja, ale też zabójcza siła. - bo trafić ruchomy cel, prawdopodobnie na swój sposób opancerzony - czy to w skórę, czy w łuski, czy w coś innego nie było łatwo. Wymagało to prawdziwej precyzji. Trafić w punkt, który zabije. I kusza była celna, ale była też znacznie silniejsza niż łuk. Siła i precyzja - to nie często chodziło w parze. Rozumiał jej wybór. Chyba. - Ja zawsze byłem zafascynowany bronią białą. Niegdyś nawet chciałem zostać florecistą. - jeszcze jak był dzieckiem i mieszkał we Francji. Widywał jak w jednym z parków dwóch młodych chłopaków ćwiczyło z floretem w ręku fechtunek. Była w tym taka gracja, sama broń wyglądała tak niewinnie, lecz wystarczyło wymienić ją na znacznie poważniejszą szpadę i... ten taniec, te sprężyste, płynne ruchy stawały się mordercze. Mało osób wiedziało, że Esmé miał takie marzenie. Nie, tak naprawdę, to może... wykluczając zmarłą matkę, to może jeszcze z dwie. Bardzo mało.A Beksa przez ten czas usiadł spokojnie na ramieniu Gerry - niczym piesek, ale teraz wyglądał bardziej jak gargulec zasiadający na gzymsie. Spokojnie przyglądał się to rzemieślnikowi, to kobiecie, to ladzie, to otoczeniu. Rowle miał na niego oko, by nic głupiego nie przyszło do jego małego, jaszczurzego łebka. I patrzył czy ten nie wywija swoim ogonkiem za bardzo - żeby nie podpalił włosów Ger. Byłoby bardzo szkoda jego ulubionego blondu.
- Bełt jest ciężki, ale jeżeli wprawia go w ruch ciężka, duża kusza, to posiada dewastującą siłę. - Esmé znów wyglądał, jakby mówił sam do siebie. Patrzył na smoczoognika, lecz przeniósł zaraz wzrok na łowczynię. - Grot stalowy wystarcza? Kły lub kolce niektórych zwierząt są twardsze niż stal i potrafią być ostre niczym diament. - tutaj już pojawiała się pewna sugestia. Krótka myśl, banalny pomysł. A co, gdyby grot był wykonany z takiego kła czy kolca? Jak bardzo by to pomogło Ger? O ile oczywiście stal nie wystarczała. Kusza niestety go przerastała, bo był to wytwór drewniano-stalowy z określonym mechanizmem i podejrzewał, że cokolwiek by stworzył, to nie byłoby to lepsze niż cokolwiek, co Geraldine jest w stanie nabyć. Nic wyjątkowego. Nic odkrywczego.Rzemieślnik jednak ponownie odsunął się nieco od lady i zaczął czegoś szukać. Rozejrzał się, podszedł bliżej ściany i zaczął wyciągać mniejsze i większe rulony papieru, rozwijając je, rzucając moment na nie okiem i zaraz zwijając. Tak przejrzał może z dziesięć zwitków, aż w końcu z jednym, całkiem sporym, wrócił do Ger, wciąż przeglądając go. Przeszedł nawet na drugą stronę, stając zaraz obok niej, na tyle blisko, że nawet Beksa spokojnie przeszedł sobie z jej ramienia, na jego. No... prawie, gdyby nie musiał zeskakiwać, bo jasnowłosa była oczywiście wyższa. Rozłożył rulon na ladzie przed nimi, przytrzymując go rękoma, by ten się nie złożył. Na tyle, by było widać tylko to, co najważniejsze. A widać było projekt, pewien koncept, który posiadał wiele mniejszych rysunków, mających ułatwić wizualizację.
- Dla przykładu, to moje następne zamówienie. Drobny sztylecik ze szpona gryfa. - i rzeczywiście na papierze narysowany był szpon gryfa, zaś na nim rozrysowany wzór ostrza sztyletu - zakrzywionego, idealnego do rozpruwania, ale jednocześnie małego, doskonałego, by go ukryć. Na tym rysunki się nie kończyły - zaraz obok był bardziej szczegółowy wzór samego sztyletu bez nanoszenia go na szpon, teraz wraz z rękojeścią. Obok zaś była drobna, skórzana pochwa na ten niewielki oręż, lecz z dziwnymi paskami na bokach. Zaraz było to tłumaczone w większości zasłoniętym rysunkiem płaszcza, lecz widoczny był rękaw - lewy rękaw, na którym narysowana była ta pochwa w taki sposób, jakby miała zostać tam ukryta. Bo właśnie tak było - klient, który zamówił niegdyś płaszcz teraz chciał, aby w rękawie kryła się broń. Bardzo groźna, ale na tyle mała, by pozostała niezauważona. I schowana w takim miejscu, by dostęp do niej był wręcz błyskawiczny i pozbawiony podejrzeń. Perfekcyjne narzędzie, gdyby chciało się komuś, dla przykładu, poderżnąć gardło z zaskoczenia. - Wątpię, by był trwalszy niż stal, bez odpowiednich magicznych wzmocnień, ma się rozumieć. Ale gwarantuje, że będzie piekielnie ostry. - uśmiechnął się pełen dumy, a Beksa zeskoczył na projekt, dreptając po nim, przyglądając się mu, jakby sam próbował rozczytać. I teraz Czarodziej nie dbał jak zostanie odebrany, bo właśnie prezentował nie tylko narzędzie, ale cały system, który najpewniej zostanie wykorzystany do zamordowania kogoś. On jednak nikogo nie zabijał. On jedynie tworzył. A teraz, raptem, chwalił się swoim pomysłem. Wciąż na niego patrzył, jakby samemu poznawał go na nowo. Tak naprawdę patrzył czy czegoś nie mógł poprawić. Były to właściwie ostatnie chwile, bo lada dzień miał zjawić się klient z niezbędnymi materiałami - ich załatwienie dotychczas leżało po stronie klienteli. Oczywiście wyłącznie w przypadku tych niezwykle rzadkich materiałów.