– Tak naprawdę, to wszystko się sprowadza do tego, na kogo się trafi – podjęła słowa Erika, bo zdaje się, że wszyscy tutaj się zgadzali z tym tematem. Co zaś tyczyło się tych nieposiadających kręgosłupa moralnego reporterzyn – wolała sobie darować, bo doskonale wiedziała, co Laurent w związku z niedawnym takim artykułem przeżywał. I w zasadzie dobrze się złożyło, że wybrali się tutaj dzisiaj razem i pokazali się razem. Victoria nie była naiwna, spodziewała się, że zaczną się plotki na ich temat, przede wszystkim jednak uważni zauważą i połączą osobę aurorki u boku kogoś, kto mógłby się stać celem Śmierciożerców. Prawda była taka, że gdy pytała Laurenta, czy nie wybierze się tu z nią, to nie miała świadomości co się po drodze wydarzy, ale teraz wydawało się to wręcz idealną sytuacją.
Zawtórowała Erikowi, i gdy ten uniósł swój kufel z piwem, to to samo zrobiła ze swoim drinkiem, pijąc pomału ten niemy toast. Co się tyczyło Loretty i przypuszczeń, czemu się jednak zjawiła – była zmuszona wzruszyć ramionami.
– Hm, wiem – nawet cichutko się zaśmiała w odpowiedzi Laurentowi, bo nietrudno zgadnąć, że skoro przywiózł sobie z dalekiego kraju porcelanę, którą nadal używał, to naprawdę musiała mu się spodobać. I sama zdawała sobie sprawę, że ze względu na burze w życiu Prewetta, podróż do Ameryki teraz, to nie był najlepszy pomysł. Ale kiedyś? Powinien spełniać swoje marzenia, a kim ona była, by go w tym nie wspierać? Tym bardziej, że zobaczenie gromoptaka nie czyniło nikomu krzywdy.
Uniosła brwi w takim zainteresowanym zdziwieniu, kiedy Bell zwrócił się do niej bezpośrednio i stwierdził, że zna niemal każdego z jej rodu, a jej nie. Rozumiała, że była to taka gadka dla zapoznania się, ale cholerka, była tutaj, w towarzystwie głównie jej nieznanym – bo owszem, przyjaźniła się z Laurentem i to z nim przyszła na to całe wydarzenie, a Erik był starszym bratem jej przyjaciółki i całe życie mieszkali w Dolinie Godryka, MUSIELI się więc znać – więc nie trzeba było robić do niej żadnych podchodów. A takie teksty działały na nią trochę jak… płachta na byka.
– Nie, na pewno nie mieliśmy – odparła mu uprzejmie. – Jednak rodzinę mam bardzo dużą, nie chce mi się wierzyć, że znasz niemal każdego z mojego rodu – była przekonana, że gdyby zaczęła mu teraz wymieniać imiona części jej rodziny, to nic by o nich nie wiedział. A czemu nie mieli okazji się spotkać… Cóż. Na bankietach bywała, może on również, tylko na innych? Albo po prostu nigdy nie było okazji porozmawiać – nie zamierzała się nad tym głębiej zastanawiać, bo świat rodzin czarodziejów czystej krwi choć hermetyczny i wydawałoby się, ze mały – to wcale taki mikry nie był.
Nie spodziewała się, że dołączy do nich ktoś jeszcze – ale jednak. Mężczyzna się do niej uśmiechnął, odpowiedziała mu więc tym samym, a za chwilę nastąpiło przedstawienie. A więc starszy brat, i o ile Victoria dobrze kojarzyła – kolejny sportowiec.
– Miło poznać – bardzo neutralna formułka, ale co tu innego powiedzieć? Zabawne, że z Laurentem powiedzieli niemalże to samo.