He don't know me
He don't know me at all
Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.
Drewniany próg, wysłużony, wytarty, a wciąż stanowiący swoistą barierę - między światem, a królestwem Esmé. Drzwi były jak portal, który przenosił tylko i wyłącznie ów rzemieślnika w zupełnie inny wymiar. W rzeczywistość, w której czuł się bardziej swojo, niż ryba w wodzie. Czuł się swobodniej niż ptak w przestworzach i Malfoy na Nokturnie. Tutaj on był panem i władcą, chociaż przecież... nasz klient nasz pan. Ta, jasne.
Brzmiało to tak dumnie, wzniośle, lecz co naprawdę zmieniało się? Na pozór nic. Na pozór Esmé tutaj, w przeciwieństwie do całej reszty tego pieprzonego świata, miał cokolwiek do powiedzenia. Jego zdanie się liczyło. Ba! Było najważniejsze, w końcu wykupił ten zatęchły budynek. Ale wcale się nie rządził, wcale nie próbował dawać innym znać, że wkroczyli na tereny, gdzie król w złości zaciska pięść na berle. Król... nie, nie w Żółci, jakkolwiek groźne Esmé chciał sprawiać wrażenie, będąc tylko i aż magicznym rzemieślnikiem od strony Nokturnu. Był tutaj równie narażony na swe dziurawe szczęście, jak gdziekolwiek indziej. Ale tutaj... tutaj czuł się inaczej.
Otoczony swoją pasją, obleczony w nią jak w zbroję, chociaż miał na sobie zwykłą, białą, już spraną koszulę. Nieco pobrudzoną tu i ówdzie, z zakasanymi rękawami, z rozpiętym kołnierzem o jeden guzik za daleko, odsłaniając rąbek niezbyt dumnej klatki piersiowej. Wciąż czuł się nietykalny. Jakby nikt i nic nie było go w stanie dosięgnąć, chociaż potrafił cofnąć się pamięcią do momentów, w których udowodnione mu zostało, że się mylił. Potrafił, ale nie robił tego. Dlaczego miałby? Przyjemnie uczucie bycia swoistym bogiem, nawet jeżeli niczego, nawet jeżeli własnej ułudy, było zbyt słodkie.
Pomieszczenie dzielone było przez ladę, a może bardziej szynkwas - podobny do tego, jaki można było ujrzeć w barach, ale znacznie niższy, dopasowany do potrzeb rzemieślnika. Z lewej strony można było spokojnie przejść, ale z prawej cała lada dosunięta była do ściany. Przy tej samej ścianie, w samym rogu pomieszczenia, znajdowało się biurko, przy którym Esmé najczęściej pracował, gdy jego zamówienie widziało już linie mety. Ostatnie szlify.
Wewnątrz panowała cisza, przerywana trzepotaniem skrzydeł Beksy, który krążył wokół sufitu ganiając upartą muchę. Rowle z niezwykłą uwagą przyglądał się białemu jak kość sygnetowi. Jak kość, bo wykonanemu z kości, z krwistym rubinem w centrum - oszlifowanym perfekcyjnie przez innego wyśmienitego rzemieślnika. W kości również były wyszlifowane i wyrzeźbione wzory. Sygnet nie był jednolitą masą z dziurą na palec, a swoistym szkieletem, wewnątrz którego wiły się ciernie. Co jakiś czas podejmował w rękę pilnik, wyglądający bardziej jak wykałaczka z rączką, niżeli rzeczywiste narzędzie. Bardzo drobny przyrząd wymagał nadludzkiej precyzji, a jednak Esmé korzystał z niego tak, jakby robił to codziennie. Nawet jeżeli tego rodzaju zamówienia miewał rzadko. Bardzo rzadko.
W pracowni nie było dzwonka przy drzwiach. Kiedy była otwarta, to Esmé był za ladą lub przy stoliku na boku, a kiedy była zamknięta... wtedy nie było klientów i dzwonek był tym bardziej zbędny. Laurent mógłby pomyśleć, że jednak ów dzwonek byłby na miejscu - w końcu znany mu rzemieślnik nawet nie drgnął, gdy drzwi do jego przybytku zostały otwarte. Jakby zupełnie nie usłyszał, bo był zbyt zajęty przyglądaniu się sygnetowi i zaraz doszlifowywaniu go. Byłaby to jednak pomyłka. Doskonale słyszał, że ktoś wszedł, ale był teraz zajęty i niewiele rzeczy potrafiło przełamać jego skupienie nad pracą.
Siedział nieco zgięty, nie tak prosto i dumnie, ale słysząc "dzień dobry" zamarł na ułamek sekundy. Nie odwracając wzroku od sygnetu, ułożył go na stoliku, odkładając ostrożnie pilnik obok niego. Podniósł się nieśpiesznie, ściągając okulary, których to używał przy pracy. Szczególnie przy tak szczegółowej pracy na tak filigranowym przedmiocie. Ze swoistą gracją złożył je i odłożył na blat za ladą - od jego strony. Tak, był tam sporej szerokości blat rozciągający się na całej długości szynkwasu. Tutaj najczęściej projektował, robił małe poprawki i trzymał wszelkie projekty, książki, notatki. Było to takie miejsce "na brudno", przeznaczone do wszystkiego i do niczego jednocześnie.
Wiedział kto go odwiedził. Wiedział i nie skrywał drobnego uśmiechu, jakby właśnie na to czekał. Na ten moment. Ale dopiero teraz przeniósł oczy na swoją perłę. Rozchylił usta, zaskoczony, lecz natychmiast je zamknął, uśmiechając się szerzej w zadowoleniu.
- Laurent. - odezwał się półgłosem, tonem wyrażającym satysfakcję, ale z czego? I czy to było w ogóle przywitanie? Stuk, stuk, stuk. Drewniana podłoga oddawała nieśpieszny rytm jego kroków, bo wyszedł Prewettowi na przywitanie, jedynie na moment spoglądając na Jarczuka - bestię, której nie chciał patrzeć w oczy. Nawet tutaj, nawet gdy czuł się nietykalny. To stworzenie słynęło z tego, że szkodziło Czarodziejom. Że sprowadzało ich na ziemię. Że sprawiało, iż wzmocniony magią domek z kart upadał tak, jakby magia była jedynie bajką. Jakże fascynująca kreatura.Zatrzymał się na krok przed mężczyzną, gdy ten zapytał "i jak?". Obejrzał go od stóp do głów, uważnie, ale nie odezwał się. Nie teraz jeszcze. Podszedł bliżej, stali tuż naprzeciwko siebie, ale Esmé wcale nie patrzył w oczy Laurentowi, nie patrzył nawet na jego twarz. Podążał wzrokiem gdzieś po kurtce, a może jego torsie? By zaraz skierować się ku kołnierzowi, a może jego szyi? I tutaj się zatrzymał, na moment, uśmiechając się szeroko, kiedy mowa była o kuszeniu.
- Ludzie się zmieniają, Laurencie. - mruknął enigmatycznie, jakoby sugerując, że... może już nie jest hetero? A może nie o to mu chodziło? Nie musiał też mówić głośno, byli na tyle blisko siebie, że nawet szept był wystarczający. Te zanikające w ciszy słowa sprowokowały ruch. Obydwie dłonie bezczelnie wsunęły się pod poły kurtki, ale nie znalazły się na ciele Prewetta, nie zamierzał go obłapywać. Przesuwał nimi po podszyciu czarnej skóry, jedynie przypadkiem muskając szorstkimi palcami tors jasnowłosego czarodzieja. Ominął nimi ramiona, by zaraz w kciuki i palce wskazujące chwycić kołnierz - bardzo delikatnie, przesuwając dłonie głębiej, w stronę karku Laurenta, jakby chciał spleść dłonie tuż za jego głową. I na moment zatrzymał się, gdy było blisko, żeby się tak stało. Kciuki się dotykały dokładnie na środku kołnierza - tuż za głową Prewetta. - Ale nie Twoje piękno. - wyszeptał, podnosząc wzrok teraz z kołnierza i szyi na usta, by zaraz spojrzeć prosto w te obłędnie błękitne oczy. Uśmiechnął się niewinnie, delikatnie, puszczając go i odsuwając się jedynie na pół kroku. Czy bawił się jego uczuciami? Nie, bo nie podejrzewał, że jakkolwiek szczególnymi jest obdarzony. I nie wierzył też, że mężczyzna da się złapać w to proste zaklęcie czystej charyzmy i kokieterii. W końcu sam był niezgorszym czarodziejem.- Nic dziwnego, że nie byłem w stanie sobie tego wyobrazić. - wiedział, że czarna skóra, w którą obleczony był Laurent wcale nie była przypadkowa. W ich relacji mało rzeczy było przypadkowych. - Nie sposób ludzkim umysłem objąć tego, co boskie. - przechylił głowę na bok, uśmiechając się przyjaźnie. - Doskonale wyglądasz. Kilka lat temu byś mnie skusił. - i nie żartował. Kilka lat temu był skłonny do wielu rzeczy, bo... przecież raz nie zaszkodzi, prawda? Przecież to takie ciekawe. Przecież to tak intrygujące przeżyć coś nowego - niezależnie czy dobrego, czy złego. Ważne, żeby przeżyć. Poczuć.
Esmé nie prezentował się tak zjawiskowo. Wspomniana wcześniej koszula była pobrudzona, niechlujnie noszona i niechlujnie wpasana w ciemnobrązowe, materiałowe spodnie. Eleganckie, ale nie na tyle, by nie nadawały się do pracy. Kończyły się nad kostką, zaś utrzymane były przez jedyny przepiękny element garderoby - skórzany pasek. Jasnobrązowy z klamrą w kolorze mosiądzu, a o kształcie prostokąta, w którym wygrawerowana była ćma. Na stopach, w podobnej barwie co pasek, były buty - nieszczególnie eleganckie, bo już delikatnie poprzecierane, chociaż wyglądały na produkt najwyższej jakości. Zwyczajnie już nadgryzione regularnym użytkowaniem.
- Ale wyrósł. - rzucił, gdy padła komenda, a Jarczuk posłuchał się. Uśmiechnął się sam do siebie. Musiał często słyszeć, że wyglądał tak uroczo, a miał przy sobie taką bestię. Esmé oszczędził sobie ten nadzwyczaj odkrywczy komentarz, chociaż wciąż był tym faktem delikatnie rozbawiony. - Beksa, nie bądź gorszy, pokaż jakąś sztuczkę. - odezwał się, jakby od niechcenia, zadzierając głowę do góry, spoglądając na Smoczoognika, który to wchodził w zasięg jego wzroku, to z niego wychodził, ganiając muchę. Już nie wiedział czy się z nią bawił, czy naprawdę chciał ją zjeść. Jaszczurka jednak zupełnie nie zareagowała na słowa rzemieślnika, który powrócił wzrokiem do Laurenta. - Chyba się wstydzi. - skwitował, jakby miała to być w ogóle prawda. Jakby oboje w tym momencie nie zdawali sobie sprawy, że Beksa nie potrafi sztuczek. Uśmiechnął się sztucznie uprzejmie, specjalnie w ten sposób. Nie próbował udawać, próbował podkreślić swój drobny żarcik. Beksa znał komendę "ogień" i jak się na niego podniosło głos, to przestawał robić to, co robił. I zajmował się czymś innym, czasem czymś gorszym lub lepszym. Czasami też przylatywał na komendę, gdy się go wezwało, ale było to jak loteria. Cofnął się najpierw na krok, później kolejny, aż w końcu się obrócił i podszedł do stojącego w przy lewej ścianie (gdy patrzyło się od wejścia) pomieszczenia stolika. Przy nim przysunięte były dwa skórzane fotele - stare, odrestaurowane przez Esmé i nadzwyczaj wygodne. Chociaż nie prezentujące się już tak wykwitnie, jak niegdyś. Odsunął jeden z nich, wskazując go dłonią.- Proszę, usiądź. - odezwał się, by samemu na moment wrócić do swojego biurka, z którego zabrał popielniczkę stworzoną z czaszki Tycigryfka. - Czemu zawdzięczam tę wizytę? - zapytał, kładąc popielniczkę na stoliku, ale nie zasiadając jeszcze do niego. Stanął, opierając się bokiem o fotel - ten był ciężki, więc nawet nie drgnął pod niewielką masą ciała czarodzieja. Zaplótł ręce na piersi, ponownie przechylając głowę na bok, tym razem na prawo. - Raczej nie przypadkiem postanowiłeś mnie odwiedzić, widząc szyld mej pracowni, gdy spacerowałeś po Nokturnie i Horyzontalnej. - zwęził spojrzenie, a na koniec uśmiechnął się podejrzanie. - Chociaż Nokturn ci służy, tak twoje miejsce jest gdzie indziej. - ah, zaczynało się. Cały spektakl myśli, niedopowiedzeń, niewyjaśnień. Cała gala słów, które cholera wie co znaczyły, ale były do otwartej interpretacji - bez złych i dobrych odpowiedzi. Bo Esmé nie omieszkał zatrzymać dla siebie to, o co mu naprawdę chodziło. Kluczył w swej nieoczywistości tak teraz, jak i cztery lata temu.